Seria: RODOWODY WSPÓŁCZESNOŚCI

Geert Mak
W EUROPIE
PODRÓŻE PRZEZ DWUDZIESTY WIEK

(In Europa. Reizen door de twintigste eeuw)
Przełożyla Małgorzata Woźniak-Diederen
wydanie pierwsze, oprawa twarda, 854 s.
cena katalogowa 89.90 zł / po rabacie 67,42 zł
ISBN 978-83-06-03108-9

 

     Czwartego stycznia 1999 roku pisarz i dziennikarz Geert Mak wyruszył w podróż po Europie śladami najważniejszych wydarzeń XX wieku. Był w Verdun i Berlinie, Sankt Petersburgu i Londynie, Warszawie i Budapeszcie, Srebrenicy i Czarnobylu. Rozmawiał z ludźmi, którzy doświadczyli wojen, przeżyli rewolucje i wypędzenia. Czytał dawne gazety, szukał informacji we wspomnieniach i listach.
      Zapisem tej podróży jest książka W Europie. Mak łączy w niej relację historyczną z reportażem, pokazuje przemiany polityczne i społeczne na przykładzie losów konkretnych ludzi. Oddając głos naocznym świadkom wydarzeń, odkrywa cierpienie i radość, o których nie dowiemy się z podręczników historii. Jego książka to niepowtarzalne świadectwo dziejów Europy XX wieku.

Geert Mak (ur. 1946) – jeden z najbardziej znanych pisarzy holenderskich. Studiował prawo i socjologię, pracował jako wykładowca uniwersytecki, dziennikarz prasowy i zagraniczny korespondent radiowy. Jest autorem wielu książek, m.in.: De engel van Amsterdam (Anioł z Amsterdamu, 1992), Hoe God verdween uit Jorwerd (Jorwerd. Śmierć wsi w XX wieku, 1996), De eeuw van mijn vader (Stulecie mojego ojca, 1999), W Europie (wyd. oryg. 2004). Ta ostatnia stała się bestsellerem w Holandii, a jej przekłady ukazały się w dziesięciu językach.

1. Ze wstępu do wydania polskiego:

  • Uczciwość i sprawiedliwość przychodzą czasami późno, również w dziejopisarstwie historycznym.
  • Europa zawdzięcza Polsce bardzo, bardzo wiele.
  • Czuję się zaszczycony, że moja książka ukaże się w Polsce. Muszę jednak ostrzec moich polskich czytelników. To nie jest książka historyczna do jakiej przywykliście. To nie jest systematyczne porządkowanie faktów historycznych i wydarzeń, to nie jest historia, w której jeden kraj jest głównym bohaterem. To jest reportaż z podróży przez kontynent i jednocześnie podróży w czasie, przez wiek dwudziesty.
  • Niektórzy czytelnicy będą musieli się też przyzwyczaić do tonu tej książki. Nie jest podobna do żadnego klasycznego, narodowego podręcznika historii. To nie epos bohaterski, tu nie ma miejsca na czarno białe podziały, w którym każdy kompromis jest widziany jako forma słabości lub, jeszcze gorzej, zdrady.
  • W drugiej połowie dwudziestego wieku ten cyklon dziejów uspokoił się, ale przepaść istnieje do dzisiaj, rany dalej bolą, a w stosunkach międzynarodowych wszystkie stare pretensje wychodzą na nowo. Można to zrozumieć. Jednak urazy można też kultywować. Oglądając się ciągle za siebie można zamienić się w słup soli, żyjący tylko przeszłością, reagujący tylko na zagrożenia z przeszłości, mówiący tylko językiem przeszłości.
  • W ten sposób można sparaliżować własną przyszłość.
  • Unia zdała też egzamin z modernizacji Europy – w dowolnym miasteczku w Arizonie nie wydarzyło się nic przez ostatnie czterdzieści lat, w podobnym miasteczku w Hiszpanii zmieniło się dosłownie wszystko. Unia ma jednak przed sobą długą drogę, jeśli chodzi o jedność polityczną i demokratyczną.

Prasa niderlandzka o książce:
„Historia Europy z perspektywy ulicy, domu, zwykłego człowieka”
„Perełki reportażu”
„Mak jest bezbłędnym obserwatorem krajobrazu i ludzi”
„Książka „W Europie” jest opowieścią o niedokończeniu i dlatego w wielu aspektach opowieścią o nieprzetrawionej historii. Jest to bez wątpienia sytuacja w jakiej znajduje się teraz Europa. Tymczasem rośnie nowe pokolenie, dla którego podziały z przeszłości zacierają się”.

Przeczytaj:
wywiad z autorem
wywiad z tlumaczka


fragment

(...)

     Przeglądam jeszcze kilka innych albumów. Najwcześniejsze zdjęcia Warszawy pokazują zamożne miasto, szerokie ulice pełne przechodniów, tramwaje konne, kościoły i pałace w dobrze znanym stylu eklektycznym. Na początku XX wieku miasto przeżywało taki sam szybki rozwój, jak wiele innych miast europejskich. Uprzemysłowienie, dobrobyt w mieście, bieda na wsi, chłopi tysiącami ciągnący do miast, nieustanna rozbudowa i wzrost liczby mieszkańców z 261 tys. w 1874 roku do 797 tys. w 1911 roku.
      Potem odrodzenie Rzeczypospolitej Polskiej, zamęt rewolucji rosyjskiej – Sowieci zbliżają się do Warszawy – a potem widać na zdjęciach wesołą i elegancką Warszawę lat dwudziestych i trzydziestych, z kawiarniami, teatrami, uniwersytetami, bulwarami, gazeciarzami i dzwoniącymi tramwajami. A potem wojna.
     Zdjęcia Warszawy z 1945 roku przypominają obrazy Hiroszimy. Z całego miasta ocalała tylko jedna czwarta. Dziewięćdziesiąt procent wielkich budynków leżało w gruzach. Z 1,3 miliona mieszkańców w 1940 roku, w 1945 roku zostało tylko 378 tys. Dwie trzecie mieszkańców nie żyły lub zaginęły.
     Teraz, pod koniec XX wieku, miasto ma w sobie coś sztucznego, jakby stary Rynek zrekonstruowali jacyś mistrzowie scenografii. Każda rysa na murze jakby zrobiona umyślnie, wiele domów wygląda na bardziej stare i autentyczne, niż kiedykolwiek były. I to prawda. Prawie każdy kamień został najpierw odkuty, a potem wstawiony starannie na swoje miejsce. Na Rynku, w centrum Starego Miasta, stoi smutny kataryniarz z podrabianą „antyczną” katarynką, przystojni mężczyźni sprzedają brzydkie obrazy, żebracy o kulach chcą wzruszyć przechodniów, prosząc o jałmużnę, amerykańskie damy aż proszą się, żeby je oszukać. W okolicach getta polscy sprzedawcy uliczni wciskają pamiątkowe figurki śmiesznych Żydów, śmiejących się i tańczących rabinów, folklor żyje, ale tancerze umarli.
     To jest miasto pełne tablic pamiątkowych, pewnie dlatego że nic innego się nie zachowało. Na każdym rogu coś zostało upamiętnione, tu urodził się poeta albo umarł bohater i ciągle przybywa nowych tablic. W dzielnicy nieco oddalonej od centrum stoi nowy pomnik. W zapadającym zmroku starsze panie stoją, patrząc na lśniącą kolumnę. Kobieta w czarnej garsonce podchodzi, szuka czegoś wśród wielu nazwisk, wskazuje jedno ręką w rękawiczce.
     W te długie letnie wieczory najprzyjemniejszymi miejscami spacerów są warszawskie parki. Otaczają pierścieniem Stare Miasto, często znajdują się na tyłach prywatnych ogrodów. Sąsiedzi stoją, rozmawiając przez płot, dzieci biegają dookoła, chłopcy grają w piłkę nożną, wiele niemowląt na rękach i w wózkach dziecięcych, dziewczyny należą do najładniejszych w Europie.
     Wokół jednego ze stawów spaceruję z Władysławem Matwinem. Matwin jest historykiem i byłym politykiem, urodził się w 1916 i z czasem stał się chodzącą kroniką. „Moje życie wypadło na czasy przemocy – mówi. – Był to okres działania potężnych sił, które przewracały wszystko do góry nogami”.
    Studiował w Poznaniu, należał do młodzieżówki komunistycznej, został aresztowany z powodu jakiejś „niewinnej szczeniackiej roboty”, po czym nie chciał go już żaden uniwersytet. „W 1938 roku, w czasie zawarcia układu monachijskiego, studiowałem w Czechosłowacji. Musiałem czym prędzej uciekać. Gdy Hitler zaatakował Polskę, znowu musiałem uciekać, na wschód. W 1941 roku pracowałem w fabryce na Ukrainie, stamtąd też musiałem uciekać. W Polsce brano mnie za radzieckiego agenta, w Rosji byłem nagle polskim agentem. Czwarty raz, kiedy musiałem uciekać z powodu Niemców, to było na Kaukazie, wtedy wylądowałem w końcu w Armii Czerwonej”.
     Niebo nabiera ciepłoczerwonej barwy, ogłuszająco rechoczą żaby. Matwin opowiada o starej Warszawie. „Teraz Warszawa jest miastem jednokulturowym, dla niektórych ludzi to ideał. Ale przed 1939 rokiem to było typowe wielokulturowe społeczeństwo. To były najbardziej owocne lata. Ten wielokulturowy charakter zatraciliśmy po wojnie, to, oprócz innych, olbrzymia strata dla tego miasta i kraju”.
     W sierpniu 1944 roku Matwin był porucznikiem w Armii Czerwonej. Z bliska oglądał Powstanie Warszawskie, które ogarnęło całe miasto. „Stacjonowaliśmy blisko Warszawy, na drugim brzegu Wisły, ale nic nie mogliśmy zrobić”. Do tej pory trudno mu o tym mówić. „Myślę, że nie jestem jedyny. Prawie każdy Polak ma teraz na ten temat mieszane uczucia. To był gorzki dramat. Kosztowało nas to sporą część miasta i dziesiątki tysięcy ludzkich istnień. Walczyli w mieście jak lwy, najdziwniejszą bronią. Szczególnie dziewczyny wyprawiały szalone rzeczy. Prawie wszyscy polegli. To było od początku źle zaplanowane”.
     Ale przecież Armia Czerwona mogła wkroczyć do akcji? Partyzanci na to liczyli? Dlaczego ich zostawiliście?
     Matwin wzdycha głęboko. „Istnieje romantyczna wersja powstania, zawsze podtrzymywana w opowieściach i filmach. I jest wersja polityczna. Rosjanie powinni pomóc, chociażby ze względów humanitarnych. Ale strategicznie i politycznie było to dla nich niewygodne. To powstanie było przecież skierowane również przeciwko nim. Przed wybuchem powstania nie było żadnych kontaktów między powstańcami a nami, polskimi oficerami ze zbliżającej się Armii Czerwonej. To było bardzo dziwne? Gdy nadchodzą sojusznicy, a planuje się powstanie, to należałoby zadbać o skoordynowanie działań? Wszystkie rozkazy wychodziły od rządu emigracyjnego w dalekim Londynie. Uważaliśmy, że oni chcą w Warszawie stworzyć własne przedstawicielstwo, przeciwko Rosjanom. O to chodziło”.

(...)

Lata sześćdziesiąte były okresem kryzysu świadomości zarówno starszych, jak i młodszych pokoleń. Każdy, uwzględniając swój punkt widzenia, własną przeszłość i pochodzenie, musiał nagle odnaleźć się w obliczu wszechogarniających zmian. Tym razem kryzys został wywołany nie przez zapaść ekonomiczną, jak w latach trzydziestych, ale przeciwnie: przez niebywały wzrost gospodarczy w całej Europie Zachodniej, niesłychany wzrost wolnego czasu i mobilności ludzi, niekończące się nowości techniczne, po raz pierwszy masową dostępność samochodów, motorowerów i innych artykułów luksusowych, pigułki antykoncepcyjnej, która od 1962 roku uwolniła seks od konieczności reprodukcji, upadek wyidealizowanego wizerunku Ameryki w rezultacie wojny w Wietnamie, masową produkcję telewizorów i radia tranzystorowego, co dało młodzieży od San Francisco do Amsterdamu poczucie zjednoczenia w tym samym rytmie życia.
      Provo Rob Stoik opowiedział mi, że dla niego zaczęła się ta nowa era w dniu, w którym na jego ulicę wjechał biały samochód pełen dziewczyn rozdających nowy rodzaj zupy - Roycosoup w torebce. „To było coś zupełnie nieznanego. Ludzie dostawali tę zupę po prostu do spróbowania, coś, po co parę lat wcześniej musieli stać w kolejce. Nagle traktowano ich jak poważnych konsumentów. Tego dnia zaczęła się dla mnie nowa epoka”.
     Nie tylko Rob Stoik i moi przyjaciele musieli znaleźć odpowiedź na te nowości, ale również nasi rodzice. My, młodzież zachodnia, znaliśmy tylko dobrobyt, który ponadto stale wzrastał. Z drugiej strony starsi zostali skonfrontowani z tak szybko zmieniającym się społeczeństwem, że zapierało im to dech w piersi. „Dopiero w XX wieku wydajność pracy w kilku państwach osiągnęła taką wielkość, że wszystkim obywatelom, młodym i starszym, można było zapewnić poziom życia znacznie przewyższający granicę głodu”, pisał Norbert Elias. W latach sześćdziesiątych zapomniano już zupełnie, czym jest społeczeństwo bez głodu.
     Socjolog amerykański Ronald Ingelhart mówił o silent revolution w całym zachodnim świecie kultury, prawie niezauważanym częściowym przejściu od wzorów wartości materialnych – z silnym akcentem na spokój i porządek w polityce i gospodarce - na wzór postmaterialistyczny, w którym centralne miejsce zajmują wartości niematerialne, związane z ochroną środowiska, emancypacją i indywidualnym stylem życia.
     Wielu starszych ludzi przywiązywało dużą wagę do wartości materialnych, ponieważ mieli za sobą czas biedy i wojny. Ich dzieci wychowane w czasach bezpieczeństwa i dobrobytu odważyły się pójść dalej. Dla nich kwestia nagiej egzystencji nie podlegała już dyskusji. (...)

Kobiety
Wolność seksualna lat sześćdziesiątych była w dużej części uprawiana i inicjowana przez mężczyzn. Propagowano męski styl seksualności, realizowano męskie fantazje. Pod koniec lat sześćdziesiątych powstał wśród kobiet i dziewcząt ruch przeciwny. Jesienią 1969 roku ulotka wzywała włoskie kobiety do „rewolucji w ramach rewolucji”. „Eksplozja erotyczna, która opanowała nasze życie społeczne, okrzyczana jako wyzwolenie z opresji, jest właściwie jedynie uszlachetnioną wersją starego systemu seksualnego niewolnictwa”. W Holandii w 1969 roku Joke Kool-Smit swoim artykułem w piśmie „De Gids” pt. Nieprzyjemności kobiet, zapoczątkowała drugą falę feminizmu. Tak zwane feministki żądały dużo więcej, między innymi „władzy nad swoim własnym brzuchem” i „prawa publicznego sikania”. Kobiety francuskie złoży ły w 1970 roku wieniec pod grobem Nieznanego Żołnierza przy Łuku Triumfalnym, ale poświęciły go „nieznanej kobiecie”. Powstała organizacja Féministes Révolutionnaires, ruch, który odmawiał każdej formy współpracy z mężczyznami. „Le Nouvel Observateur” opublikował Manifest 343 zdzir, podpisany przez 343 kobiety, w tym wiele znanych nazwisk, które otwarcie przyznawały się do popełnienia aborcji. Grupa znanych niemieckich kobiet powtórzyła akcję w „Sternie”. Starsze pokolenie było głęboko zszokowane.

Czynnikiem o zasadniczym znaczeniu dla burzy lat sześćdziesiątych był czwarty element: niezwykły wzrost dobrobytu i jego masowy charakter. W lecie 1967 roku francuski socjolog Edgar Morin przedstawił portret młodzieży wiejskiej z bretońskiej wsi Plodément. Opisał dwa nowe środki komunikacyjne, dzięki którym młodzież mogła czuć się niezależna od świata dorosłych: z jednej strony zmotoryzowany transport w postaci motorowerów lub nawet używanych samochodów, z drugiej strony – telekomunikację, w formie własnych odbiorników tranzystorowych, ciągle grających. „Młodzież w Plodément ma obecnie takie same udogodnienia, te same hasła (vachement – fantastycznie; terrible – okropnie), te same radia, tę samą kulturę co młodzież miejska. Czują ten sam powiew zmian”.
      Starsza generacja zawsze uważała, że młodzież w zasadzie bez większych trudności zechce przejąć jej system norm i reguł. Nagle ta „socjalizacja młodzieży”, jak nazwali ją socjolodzy, przestała być taka oczywista. Między 1960 a 1968 rokiem liczba studentów w Holandii wzrosła ponaddwukrotnie. Jednocześnie prawie połowa ojców i dwie trzecie matek miało tylko wykształcenie podstawowe. Nagle powstało tak dużo nowych możliwości, że młodzież mogła więcej nauczyć starszych niż odwrotnie.

(...)

zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl