Seria: 80 ŚWIATÓW

Aleksander Franchetti
TYBETAŃSKA KSIĘŻNICZKA


wydanie I
oprawa miękka, 424 s.
cena katalogowa 37,00 zł / po rabacie 27,75 zł -
22,20 zł
ISBN 83-06-02989-5

     Chiny, rok 1979. Alex, który dzieciństwo i młodość spędził w Chinach, zostaje polskim konsulem w Kantonie. Nieoczekiwane polecenia służbowe sprawiają, że Alex natrafia na trop Mimi, przyjaciółki z lat dzieciństwa, swojej pierwszej miłości. Miała ona sporą domieszkę krwi azjatyckiej, wyznawała buddyzm i wierzyła, że jest wcieleniem zmarłej przed trzema wiekami tanguckiej księżniczki.
     Na swej drodze bohater spotyka Maxa von Rimsa: podwójnego – rosyjskiego i angielskiego szpiega, za jego pośrednictwem Alex poznaje Kate Gladstone – córkę Mimi. Wywołuje to lawinę nieprzewidzianych zdarzeń.
     Autor Tybetańskiej księżniczki przez wiele lat przebywał w Azji, stąd liczne są w powieści odniesienia do nieznanych lub mało znanych epizodów historii Dalekiego Wschodu. Zarówno postaci, jak i główna intryga wpisana w wydarzenia ostatnich dni wojny i kapitulacji japońskiej Armii Kantuńskiej są fikcyjne, jakkolwiek autor starał się możliwie wiarygodnie przedstawić inne wydarzenia historyczne stanowiące tło opisywanych zdarzeń.

Autor Tybetańskiej księżniczki urodził się w Harbinie, na kresach Azji, w rodzinie polskiego inżyniera kolejowego. Harbin był na początku dwudziestego wieku głównym centrum administracyjnym rosyjskiej Kolei Wschodniochińskiej.
     Przeżył tam okres okupacji japońskiej i czasy wojen domowych w Chinach zakończonych powstaniem ChRL. Studiował na Uniwersytecie Północno-Mandżurskim i na Politechnice Harbińskiej.
     Dotychczasowy dorobek literacki autora to kilkanaście tytułów; wśród nich opowiadania, reportaże, wspomnienia, książki podróżnicze związane przede wszystkim z Azją i Dalekim Wschodem.
     Biografia autora determinuje fabułę Tybetańskiej księżniczki, pasjonującej powieści, której akcja rozgrywa się w egzotycznej scenerii, jaką stanowią ostępy dziewiczej mandżurskiej tajgi czy bezkresne stepy Mongolii.


fragment

rozdział 34
Tajemnica Kate

     Któregoś dnia zgarnięto mnie z ulicy i wsadzono do aresztu. Ojciec był wściekły. Sam rozumiesz, jego kariera policjanta mogła się załamać z powodu wyskoków córki. Namawiał mnie, abym podjęła współpracę z policją w charakterze informatora, ale stanowczo odmówiłam. Wtedy w moim życiu pojawił się Max. Nie, to nie to, o czym pewno pomyślałeś. Był wtedy dużo młodszy i bardzo przystojny i nawet podobał mi się, ale jakoś nie dostrzegał we mnie kobiety. To było, powiedziałabym, z jego strony takie opiekuńcze wobec mnie nastawienie. Musiał być kimś bardzo ważnym, bo na jego interwencję zwolniono mnie z aresztu. Nie stawiał żadnych warunków i nie nakłaniał mnie do współpracy. Potem spotkałam go w rosyjskiej restauracji. Byłam wtedy sama. Przysiadł się do mojego stolika i zaczął mnie przekonywać, abym nie igrała z ogniem, bo i tak nic nie wskóram, tylko zaszkodzę ojcu i sobie. To drugie omal się nie sprawdziło. Chciano mnie usunąć ze studiów za kontakty z – jak to się wtedy nazywało – elementami wywrotowymi. Chodziło o to, że wśród uchodźców było wielu agentów chińskich służb bezpieczeństwa, a ja, nie wiedząc o tym, zaprzyjaźniłam się z jednym z nich. I wtedy, jak ten dobry duch, znów pojawił się Max. Spotykałam się z nim w restauracjach i kawiarniach, czasem długo rozmawialiśmy o życiu, o ludzkich losach. Nigdy nie posunął się do złożenia mi wiadomej propozycji. Mówił, że darzy mnie czymś w rodzaju ojcowskiego uczucia, ze względu na jego doświadczenia z przeszłości. Pewnego razu zwierzyłam mu się, że miałam kłopoty finansowe, i on natychmiast zaproponował, że pożyczy mi pieniądze. Potem niestety to się powtarzało. Dawał mi różne sumy i nigdy nie chciał ich zwrotu. Ale nie chciał także niczego innego. Nie mówił o swoich doświadczeniach ze służbami specjalnymi, lecz wciąż ostrzegał mnie, abym nigdy nie wiązała się z nimi, niezależnie od moich przekonań. No i widzisz, nie posłuchałam go i związałam się z Bobem.
     – Wiedziałaś już wtedy, że Max pracował dla brytyjskiego MI-6?
     – Domyślałam się tylko. Wtedy w restauracji interesował go tylko jeden człowiek. Nazywał się Han Weibao. Natychmiast po opuszczeniu obozu zaczął w tajemnicy kierować różnymi akcjami, mającymi wywołać niepokoje w Hongkongu. I ja mu w tym pomagałam. Agitowałam za powrotem kolonii do Chin. Max w bardzo delikatny sposób ostrzegł mnie, że ten człowiek, rzekomo uciekający z Chin w samych spodenkach i podkoszulku, od razu po wyjściu z obozu dysponował dużymi sumami. Kupował za nie ludzi, którzy organizowali demonstracje, powiewali transparentami i krzyczeli: „Chcemy powrotu Hongkongu do Chin!”.
     – A Patrycja Wong? – zapytałem, bo dziwiło mnie, że zjawiła się w Kantonie niejako w charakterze emisariuszki Smirnowa.
     – Ach, wiesz także o niej?
     Opowiedziałem Kate o spotkaniu z Patrycją w kawiarni, nie ujawniając jedynie, że dała mi plan amerykańskich badań sejsmicznych u wybrzeży Chin.
     – To podwójna agentka. Brytyjska i chińska. Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co mówi.
     – Mówiła między innymi, że pochodzi ze starej hongkońskiej rodziny.
     – To tylko część prawdy. Jej ojciec zbankrutował, grając na giełdzie, matka popełniła samobójstwo. Ją zaś jako sierotę wzięły na wychowanie irlandzkie siostry zakonne, dlatego włada tak doskonale angielskim. Ale jej wyjście za mąż Harry’ego Wonga...
     Nie dokończyła zdania, widocznie zastanawiając się, czy ma mi jeszcze o czymś powiedzieć.
     – Co z tym zamążpójściem? – zaśmiałem się. – Czy jest w tym coś dziwnego, że wyszła za mąż za takiego krezusa?
     – Nie o to chodzi. Piętnaście lat temu Harry Wong nie był jeszcze bogatym człowiekiem. Podejrzewano go, że był chińskim agentem i postanowiono to wykorzystać.
     – Kto? Wilson?
     – Tak. Nie wiem, czy sam, czy z inspiracji brytyjskiego wywiadu. Najpierw podstawili mu Partycję, a gdy się z nią ożenił, okazało się nagle, że należy do niego sieć stacji benzynowych British Petroleum.
     – I sądzisz, że to była sprawka Wilsona?
     – A czyja? Był przecież jego wspólnikiem.
     Niebawem znaleźliśmy się przed kawiarenką, o której mówiła Kate. Uliczka była wąska i ciasna. Tę ciasnotę wydawało się podkreślać kilka nowych wysokich budynków po obu jej stronach. Na parterze jednej z kamienic mieścił się mały lokalik, o trzech zaledwie wolnych o tej porze stolikach. Stojąca przy ekspresie kobieta niewątpliwie owoc związku portugalsko--chińskiego, przywitała się z Kate niezwykle serdecznie.
     – To moja koleżanka jeszcze z portugalskiej szkoły w Makau – wyjaśniła mi. – Przyjaźniłyśmy się, zanim wyjechałam do Hongkongu. A to jest mój wuj z Harbina.
     Przedstawiła mnie w ten sposób i odwróciwszy się w moim kierunku, figlarnie zmrużyła oko.
     – A teraz usiądź sobie tutaj i chwilę na mnie poczekaj – dodała i wraz z koleżanką znikła za przepierzeniem.
     Mały chłopiec, mogący mieć najwyżej dziesięć lat i bardzo podobny z urody do właścicielki lokalu, sprawnie obsłużył ekspres i postawił na stoliku dwie kawy i ciastka.
     Wyszły obie zza przepierzenia już po kilku minutach.
     – I powiedz mu, że dziś nie mogę z nim się spotkać, bo muszę pilnie wracać do domu. Postaram się przyjechać tu jeszcze raz, jak tylko będę mogła – mówiła cichym głosem, ale na tyle głośno, że słyszałem każde jej słowo. Nie uszło mojej uwagi, że była teraz wyraźnie zdenerwowana. Usiadła, jednym haustem wypiła wystygłą nieco kawę i zapytała, czy możemy już iść.
     – Przecież chciałaś jeszcze coś zjeść – powiedziałem.
     – Ach, odechciało mi się.
     Wyszliśmy z kawiarenki i pieszo udaliśmy się w kierunku przystani.
     – Chyba będę musiała ci jeszcze coś wyznać – odezwała się nagle. – Ale nie wiem, od czego zacząć. Bo widzisz tak naprawdę! to ja i Bob... Niewykluczone, że weźmiemy rozwód, jak tylko wrócimy z obecnej placówki do Stanów.
     – Przecież powiedziałaś przed chwilą, że wszystko między wami układa się dobrze.
     – Nie wszystko. Nie mam do niego zastrzeżeń jako do mężczyzny – fizycznie jest okej, ale różnimy się bardzo w kwestiach duchowych, w naszych poglądach na życie. Na sens życia – rozumiesz? Gdy wychodziłam za niego za mąż, nie wiedziałam, że będę musiała tak się podporządkować tym wszystkim rygorom, jakie jemu i mnie stwarzają jego związki z wywiadem. Brakuje mi tej swobody, jaką cieszyłam się przed zamążpójściem. Czuję, że jestem śledzona. Rozumiesz?! Ktoś mnie ostatnio śledzi i nie wiem, czy to tylko z polecenia mojego męża, czy CIA. – Wyjęła z torebki chusteczkę, ale opanowała się i natychmiast włożyła ją z powrotem.
     – Przepraszam cię, ale czasami jestem tylko słabą kobietą. Choć może wcale na taką nie wyglądam. Dziś rano też musiałam krążyć po mieście, aby się upewnić, że nikt za mną nie jedzie. Pojechałam w drugą stronę – do Kowloonu. Tam zostawiłam samochód przed domem koleżanki i do portu już pojechałam kolejką.
     – Może ci się tak tylko wydaje? Przecież powiedziałaś, że nie zdradzałaś męża.
     – Tu nie chodzi o zdradę – zareplikowała. – Wplątałam się w trudną sytuację, a właściwie wplątał mnie w nią Max. Wiedział doskonale, że mu nie odmówię. Wiesz, że on jest śmiertelnie chory?
     – Tak, wiem. Powiedział mi o tym i prosił też o załatwienie mu pewnej sprawy.
     – Jakiej? Możesz powiedzieć jakiej?
     – Mogę. Chodziło o przewiezienie przesyłki do Szanghaju...
     – Do Szanghaju? – ożywiła się nagle na dźwięk tej nazwy.
(...)


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl