Seria: BIBLIOTEKA MYŚLI WSPÓŁCZESNEJ

Jeremy Stangroom
CO MYŚLĄ NAUKOWCY

(What scientists think)
Przełożyła z angielskiego Agna Onysymow
wydanie I, oprawa miękka, 182 s.
cena katalogowa 29,90 zł / po rabacie 22,42 zł
ISBN 978-83-06-03179-9


Czy za pomocą elektroniki można poznać uczucia innych osób? Czy już niedługo będziemy mogli czytać w cudzych myślach? Czy będziemy używać wirusów do walki z bakteriami? Jak możemy zapobiec zdominowaniu ludzkości przez inteligentne maszyny? Czy Homo sapiens skazany jest na wymarcie?
    Książka filozofa Jeremy’ego Stangrooma przynosi interesujący przegląd najdynamiczniej rozwijających się gałęzi wiedzy naukowej, informuje o pomysłach, ideach i eksperymentach, nad którymi obecnie pracują psychologowie, neurolodzy, genetycy, biolodzy ewolucyjni czy bakteriolodzy. Składa się z jedenastu wywiadów z wybitnymi przedstawicielami nauki. Są wśród nich słynny psycholog i językoznawca Steven Pinker, kontrowersyjny cybernetyk Kevin Warwick, socjobiolog Edward O. Wilson czy astrofizyk Martin Rees. Mówią oni o swojej pracy naukowej, najbardziej obiecujących kierunkach badań, przyszłości i granicach nauki oraz jej znaczeniu dla społeczeństwa.
   Jeremy Stangroom – brytyjski pisarz, wydawca i programista komputerowy. Otrzymał doktorat z socjologii polityki w London School of Economics. W 1997 roku założył wraz z Julianem Bagginim „The Philosopher’s Magazine” – jedno z najbardziej popularnych czasopism filozoficznych na świecie. Jest autorem lub współautorem wielu książek, m.in. What Philosophers Think (z Julianem Bagginim, 2003), The Great Philosophers (z Jamesem Garveyem, 2005), Do You Think What You Think You Think? (z Julianem Bagginim, 2006), The Little Book of Big Ideas. Philosophy ( 2006 ), Why Truth Matters (z Ophelią Benson, 2006).


WPROWADZENIE

     W marcu 2002 roku Royal Society, niezależna brytyjska akademia naukowa, zorganizowała krajowe forum mające przedyskutować, czy ogólnie społeczeństwo ufa naukowcom. Otwierając forum, sir Paul Nurse, przewodniczący komitetu Science in Society (programu utworzonego przez Royal Society), zwrócił uwagę, że zaufaniem opinii publicznej do nauki zachwiały kontrowersje wokół takich kwestii, jak globalne ocieplenie, broń biologiczna, żywność modyfikowana genetycznie, BSE, eksperymenty na zwierzętach i broń jądrowa. Ten pogląd oparł na wynikach badań opinii publicznej. Na przykład w ostatnim badaniu MORI 48% respondentów, w porównaniu z 36% w 1989 roku, zgadza się, że naukowcy nie wiedzą, o czym mówią w sprawach środowiska; w tym samym badaniu stwierdzono, że pod względem zaufania do prawdomówności naukowców wyprzedzają lekarze, nauczyciele, sędziowie i duchowieństwo.
      Wraz z tym brakiem zaufania do nauki opinia publiczna przejawia alarmującą nieznajomość podstawowych faktów naukowych. Na przykład badania przeglądowe w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych pokazują między innymi, że około dwóch trzecich ludności nie wie, że CO2 to główny gaz cieplarniany, że jedna trzecia myśli, iż Słońce krąży wokół Ziemi, że większość uważa, iż antybiotyki zabijają wirusy tak samo jak bakterie, że co piąty człowiek nie potrafi nic powiedzieć o znaczeniu zwrotu „ludzka informacja genetyczna”.
     Rząd, komentatorzy w mediach i przedstawiciele środowiska naukowego uznali w odpowiedzi na ten stan rzeczy, że naukowcy muszą wziąć udział w publicznym dialogu o ich pracy. Profesor David King, główny doradca naukowy rządu Wielkiej Brytanii, stwierdził, że uczciwość i otwartość to klucz do odzyskania społecznego zaufania do nauki i działań naukowców, a Charles Secrett, były dyrektor Friends of the Earth, powiedział, że bardziej ufano by naukowcom, gdyby była większa swoboda przepływu informacji.
     Racją powstania tego zbioru wywiadów było przekonanie, że jest coś słusznego w dążeniu do tego, by naukowcy przedstawiali swoje poglądy szerszej publiczności. Za tym, że wzrost zrozumienia nauki przez opinię publiczną jest pożądany, przemawiają w szczególności dwa powody. Pierwszy to fakt, że rozkwit nauki częściowo determinuje społeczny i polityczny kontekst, w jakim ona funkcjonuje. Dlatego naukowcy muszą zaangażować się w publiczny dialog, by uzyskać szersze poparcie dla swojej pracy. Pod tym względem pouczająca jest brytyjska debata nad żywnością modyfikowaną genetycznie (GM). Wcześniej zwolennicy GM nie potrafili wyjaśnić brytyjskiej opinii publicznej korzyści, jakie daje taka żywność. W efekcie, wskutek oporu konsumentów i skutków kampanii bezpośredniej w wykonaniu grup działaczy na rzecz ochrony środowiska, jak Greenpeace, koncerny biotechnologiczne Monsanto, Syngenta i DuPont zawiesiły finansowanie brytyjskich badań nad GMO (organizmy modyfikowane genetycznie).
     Nie można twierdzić, że wzrost publicznego zrozumienia nauki musi zaowocować wsparciem jakiejś jej dziedziny. Jednak są dane sugerujące, że społeczeństwo chce wspierać projekty naukowe, które przynoszą widoczne korzyści, jeśli zaś tego nie czyni w stosunku do jakiegoś projektu, to często dlatego, że nie rozumie, jaką przyniesie on korzyść. Znowu pouczająca jest tu debata o technologii GM. Przynajmniej niektóre opory społeczeństwa przed spożywaniem produktów GM biorą się z przeświadczenia, że taka żywność szkodzi zdrowiu, choć nie ma danych, które by to potwierdzały. Możliwe, że kampania dezinformacji prowadzona przez różne grupy nacisku zajmujące się ochroną środowiska uniemożliwiła dostrzeżenie korzyści z roślin GM, a zwłaszcza tego, że znaczący wzrost zbiorów pozwoli wyżywić więcej ludzi.
     Drugi powód przemawiający za tym, że pożądane jest zwiększone zrozumienie nauki przez społeczeństwo, wiąże się z powinnością głoszenia prawdy. Jeśli jest coś z istoty wartościowego w gromadzeniu i upowszechnianiu wiedzy naukowej, to zaznajomiona z nauką populacja jest rzeczą dobrą. Oczywiście jest prawdopodobne, że zwiększona wiedza naukowa przyniesie także czysto zewnętrzne korzyści; na przykład są dobre powody do uznania, że znajomość nauki będzie skorelowana ze zdolnością do swego rodzaju krytycznego myślenia. Jednak można też argumentować, że znajomość nauki jest pożądana sama przez się; do swoistości ludzkiego gatunku należy to, że potrafi on poznawać rzeczy tego świata, że nauka za pośrednictwem swojej specyficznej metody jest najlepszą drogą do tego celu i że jeśli ludzie, zadowoleni z sennej wędrówki przez życie wśród mitów i przesądów, zapomną o tym aspekcie swojego człowieczeństwa, wtedy odwrócą się plecami do znacznej części tego, co pozostawiło im ich ewolucyjne dziedzictwo.
     Uzasadnienie tej książki jest więc dwojakie. Po pierwsze, stanowi je nadzieja, że pokaże ona, czemu praca naukowców jest ważna i dlaczego zasługują na wsparcie w swoich wysiłkach. I po drugie, książka ta to część procesu upowszechniania wiedzy naukowej, co jest pożądane samo w sobie.

(...)

5. CYBERNETYKA I PRZYSZŁOŚĆ POLUDZKA ROZMOWA Z KEYINEM WARWICKIEM

     Kevin Warwick, profesor cybernetyki na Uniwersytecie w Reading, to postać kontrowersyjna. Jego akademickie osiągnięcia są znamienite, wliczając profesurę w 34. roku życia i ponad 300 opublikowanych prac. Gdy jednak zapowiedziano, że będzie miał w Royal Institute pierwszy bożonarodzeniowy wykład w nowym tysiącleciu, profesor Susan Greenfield, dyrektorka Royal Institution, musiała zadeklarować swoje poparcie dla Warwicka, gdyż jego wybór krytykowano w pewnych kręgach społeczności akademickiej. I mimo że jest laureatem nagród w rodzaju przyznawanej przez MIT „Future of Health Technology Award”, The Register, portal internetowy poświęcony zaawansowanym technologiom opublikował o jego pracach serię artykułów więcej niż krytycznych.
      Prawdopodobną przyczyną kontrowersji, jakie budzi Warwick, wydaje się niechęć, jaką żywią do niego media wysokie. Na przykład, napisał kilka popularnych książek o robotach i cybernetyce, m.in. In the Mind ofthe Machinę, gdzie dowodzi, że kiedy maszyny staną się inteligentniejsze od ludzi i zdolne do samodzielnego uczenia się, zdominują ludzkość. Ten pogląd sprowokował ostrą reakcję krytyczną, nazywano go najróżniej: głupim, dziwacznym i śmiesznie przestarzałym. A przecież nie tylko Warwick uważa, że jest to realna możliwość. Na przykład Stephen Hawking, Hugo de Garis, Bili Joy i Hans Moravec, wszyscy oni zgodzili się, że nie jest niemożliwe, iż pewnego dnia ludzie staną się poddanymi maszyn.
     Warwicka wersja tego poglądu wymaga, by maszyny co najmniej były inteligentne. Ale nie jest to kwestia bezsporna. Filozof John Searle, na przykład, dowiódł w słynnym eksperymencie myślowym z chińskim pokojem, że cyfrowe maszyny liczące nie są zdolne do myślenia pojęciowego, co, jeśli ma on rację, czyni kwestię inteligencji najmniej ważną. Zaczynam więc od zapytania Warwicka, czym według niego jest inteligencja i czy uważa, że współczesne roboty i maszyny są inteligentne.
     Wiadomo, odpowiada, że niektórzy chcą, by maszyny przejawiły cechy podobne do ludzkich, zanim nazwą je inteligentnymi. Dobrym przykładem może być tutaj test Turinga, który Marvin Minsky przedstawił w książce The Society of Mind. Ale oczywiście cała argumentacja obraca się wokół tego, co myślimy, gdy używamy słowa „inteligentny”. Czy inteligencja jest na przykład odpowiednikiem wiedzy? Niekiedy wydaje się, że tak jest: weźmy „University Challenge” czy „Milionerów” – to są testy na wiedzę. A wiemy, że komputer, mając dostęp do ogromnej bazy danych, zwycięży w nich człowieka. Jeśli więc inteligencja ma coś wspólnego z wiedzą, jeśli ma coś wspólnego z szybkością liczenia, jeśli ma coś wspólnego z komunikacją, itd., to maszyny są inteligentne. Ale istotne jest to, że są inteligentne w inny sposób niż ludzie. Faktycznie, każda istota jest inteligentna trochę inaczej. Pszczoły rozumieją świat, odbierając sygnały pary wodnej. Ludzie tego nie umieją. Tak więc każdy test na inteligencję, który użyje pary wodnej, będzie dla istot ludzkich pozbawiony sensu, a pszczoły prześcigną w nim istoty ludzkie. Wystarcza mi do szczęścia, gdy mogę powiedzieć, że maszyny są inteligentne, i gdy jasne jest, że mówiąc, iż ludzie są inteligentni, nie mówimy tego samego.
     Inteligencja jest oczywiście pojęciem spornym, więc być może Warwick ma rację, że definiuje ją w ten otwarty sposób. Jednak bez wątpienia w inteligencji ludzkiej jest coś wyjątkowego, a mianowicie to, że pozwala na wysoce elastyczne, zorientowane na cel, niezależne od kontekstu podejmowanie decyzji. Czy więc jest możliwe, by maszyny stały się inteligentne w ten sam sposób, co ludzkie istoty?
     Prawdopodobnie w przyszłości maszyny będą zdolne do wykonywania wszystkich zadań wykonywanych przez ludzi, odpowiada Warwick. Ale niekoniecznie oznacza to, że są inteligent ne w taki sam sposób, jak ludzie. Ci, którzy wątpią, by to było możliwe, mogą powiedzieć, że maszyny nigdy nie będą mieć samoświadomości. To oczywiście pozwala im ignorować wszystkie dane pokazujące, że maszyny wykonują wiele zadań lepiej niż ludzie.
     Według mnie maszyny nie będą nigdy inteligentne w dokładnie taki sam sposób jak ludzie, póki mózg maszyny nie zostanie zrobiony z takiego samego tworzywa jak mózg ludzki, wtedy zaś będzie to do wszystkich celów i zadań mózg ludzki. Ale ten sposób myślenia jest homocentryczny. Dlaczego myśląc o inteligencji maszyn, zaczynać od inteligencji ludzkiej?
     Nie można powiedzieć, że nie ma tutaj interesujących tematów filozoficznych do zbadania. Ale nawet na poziomie filozoficznym nie wydaje się oczywiste, że maszyny nigdy nie będą miały żadnego rodzaju samoświadomości i że bez samoświadomości pozostaną mniej inteligentne od istot ludzkich, a ludzie zawsze będą ich mistrzami.
     Są pewne powody, choć może nie ostateczne, by myśleć, że Warwick może mieć rację, iż inteligencja maszyn pewnego dnia prześcignie inteligencję ludzką. Ta myśl dotyczy prawa Moore’a, które, mówiąc z grubsza, opisuje, jak przyrasta w czasie moc komputerów. Jeśli prawo Moore’a zastosować do przyszłych dekad – choć są tu wątpliwości spowodowane ograniczeniami miniaturyzacji – to w kategoriach mocy przerobowych komputera mózgi komputerowe będą potężniejsze od mózgów ludzkich około roku 2050. Oczywiście niekoniecznie musi to oznaczać zrównanie inteligencji i świadomości; jednak prawdopodobnie jest to powód do przyznania Warwickowi zasługi wątpienia, gdy uważa za poważne niebezpieczeństwo, że maszyny mogą zdominować ludzi.
     Jednak nawet jeśli założymy inteligencję maszyn, nie wydaje się oczywiste, że posłuży ona do podporządkowania sobie ludzi. Pisarz Isaac Asimov sformułował Trzy Prawa Robotyki, mające zapewniać, że technologia robotów będzie bezpieczna. Głoszą one:

  1. Robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
  2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z Pierwszym Prawem.
  3. Robot musi chronić sam siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z Pierwszym lub Drugim Prawem.

     Czemu więc, pytam Warwicka, nie mielibyśmy po prostu wprowadzić tych zabezpieczeń do każdej inteligentnej maszyny, jaką tworzymy?

(...)