Seria: BIBLIOTEKA BABEL

Joseph Roth
TARABAS
Gość na tej ziemi

(Tarabas. Ein Gast auf dieser Erde)

Przełożyła z niemieckiego Sława Lisiecka
wydanie I w tej edycji, oprawa miękka, 208 s.
cena katalogowa 30 zł / po rabacie 22,50 zł
ISBN 978-83-06-03325-0

Był Joseph Roth znakomitym obserwatorem, znawcą duszy ludzkiej, jej potęgi, ale i licznych słabości. A także zjadliwym satyrykiem; jak nikt inny potrafił stąpać po cieniutkiej linii ironii, po mistrzowsku jednym zdaniem sytuację jednostki czynił metaforą ogółu.
    W dodatku Joseph Roth to wielki stylista. Wypracował własny osobny styl, dzięki któremu na stałe wszedł do kanonu literatury światowej. Lubuje się w zdaniach krótkich, konkretnych, przejrzystych. Dlatego jego proza się nie starzeje.
    Inspiracją do napisania Tarabasa (1934) były ponoć losy pewnego Polaka, oficera armii Hallera, który spotkawszy niegdyś człowieka z dużą ryżą brodą, rzucił się na niego i wytargał go za nią. Czyn ten jednak tak bardzo nie dawał mu spokoju, iż w końcu odszukał poszkodowanego, uzyskał jego przebaczenie i oddał mu do dyspozycji cały swój majątek.
    Tarabas to przypowieść o człowieku, który nie może znaleźć sobie miejsca na ziemi, przypowieść o synu marnotrawnym, który przechodzi przez życie, by na koniec stać się człowiekiem. Kunszt literacki Rotha objawia się w pełni we wstrząsającym opisie pogromu Żydów w Koropcie.

Joseph Roth (1894-1939) urodzony w Brodach, prozaik, dziennikarz, bohater licznych monografii. Powiązany wieloma nićmi z Polską, przyjaciel i tłumacz Józefa Wittlina. Znany jest jako autor m.in. Marsza Radetzky’ego, Krypty kapucynów, Hotelu Savoy.

FRAGMENT

Ludzie cisnęli się w stronę cudownego zjawiska. Wielu podnosiło się z ziemi, na której klęczeli i leżeli. Inni nie mieli odwagi wstać. Sunęli do przodu, czołgając się na brzuchach lub na kolanach. W każdym drżał strach, że pełen łask obraz zgaśnie równie szybko, jak się zaświecił. Starali się podejść bliziutko, mieli nadzieję, że uda się im dotknąć go rękami. Od jak dawna już ich biednym sercom brak było tak wyraźnego cudu! Na świecie wiele lat trwała wojna! Śpiewali wszystkie pieśni maryjne, które znali z kościoła i ze szkoły, a tymczasem na stojąco, na leżąco i na klęczkach coraz bardziej zbliżali się do zjawiska na ścianie. Naraz ostatni poblask dnia zniknął, jakby starła go czyjaś nikczemna ręka. Miła barwa kości słoniowej na piersi, szyi, twarzy, a także srebrna korona stały się teraz bladymi plamami. Ci, którzy znaleźli się jak najbliżej ściany, podnosili się i wyciągali ręce, aby dotknąć Matki Bożej.
     – Stójcie! – rozległ się głos z tyłu.
    Był to Ramzin. Ustawiwszy się wysoko, pośrodku sfory klęczących, stał i wołał donośnie:
    – Stójcie! Nie dotykajcie tego obrazu! To pomieszczenie to kościół. Tam na ścianie, gdzie teraz widzicie obraz, stał kiedyś ołtarz! Ale ten żydowski kramarz go usunął. Pokalał kościół. Granatowym wapnem zamalował święte obrazy. Módlcie się, bracia! Czyńcie pokutę! Niech tu znów powstanie świątynia. Niech pokutuje również Żyd Kristianpoller. Przyprowadźmy go tutaj! Ukrył się. Ale my go znajdziemy!
    Nikt nie odpowiedział. Teraz już na dobre zapadł wieczór. Przez otwarte drzwi karczmy wnikał do środka mocny, chłodny i granatowy mrok. Wzmagał straszliwe milczenie. Granatowa ściana nieomal poczerniała. Widać było jedynie nieregularną, szarawą poząbkowaną plamę i nic więcej. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą klęczeli i leżeli, wstali teraz, jakby dopiero musieli wyswobodzić swoje członki z jakichś pęt. Dziki gniew, prawie im nieznany, od najwcześniejszego dzieciństwa zatopiony w ich sercach, wchłonięty i rozprowadzony po wszystkich żyłach przez krew, obudził się w nich i wzmógł, karmiony alkoholem, który dzisiaj spożywali, nasilony od wzburzeń spowodowanych cudem, którego doświadczyli. Setka chaotycznych głosów krzykiem domagała się zemsty za łagodną, słodką, występnie pohańbioną Matkę Boską. Kto ją obraził, kto zasmarował granatowym wapnem i ukrył pod zaprawą murarską i odorem gorzałki? Żyd! – Prastary upiór, rozsiany po kraju w tysiąckrotnej postaci, jątrzący wróg w ciele, niepojęty, przebiegły, krwiożerczy i łagodny zarazem, tysiąckroć bity i powstający, okrutny i uległy, straszliwszy niż cała groza ledwie przeżytej wojny: Żyd. W tym momencie nosił on imię karczmarza Kristianpollera.
    – Gdzie on się ukrywa? – zapytał ktoś.
    A inni zawtórowali:
    – Gdzie on się ukrywa?
    Chłopi, którzy ujrzeli wizerunek Matki Boskiej, nie myśleli już dzisiaj o powrocie do domów. Ale również inni, co tylko słyszeli o tym cudzie, zaczęli wyprzęgać koniki i prowadzić je z powrotem na podwórze Kristianpollera. Czuli, że koniecznie muszą zostać w miejscu, gdzie wydarzyła się taka niebiańska sprawa. Bardzo powoli, ostrożnie zgłębiającymi, ledwie przetrawiającymi wszystko umysłami przyjmowali tę cudowną wieść, walcowali ją w tych swoich ciężkich, przeżuwających głowach, ogarniało ich zwątpienie, ale zaraz potem znów wpadali w zachwyt, żegnali się znakiem krzyża, chwalili Boga i coraz bardziej przepełniała ich nienawiść do Żydów. Ale gdzie jest Żyd Kristianpoller? Kilka osób poszło szukać go w karczmie. Za szynkwasem znaleźli jedynie parobka Fiedię, który się upił i od dawna spał. Szukano w pokojach gościnnych, w których byli zakwaterowani oficerowie. Rozwalano posłania, otwierano szafy. Przed karczmą i w środku, na podwórzu, gromadzili się ludzie. Ba, nawet chłopi, którzy byli już w drodze do domu, zawrócili, aby przeżyć ten cud. Kiedy zatrzymali przed karczmą furmanki z żonami i dziećmi, wydawało się im, że nie zawrócili, aby wielbić pełne łask zjawisko, lecz żeby wziąć zemstę na Żydzie, który pohańbił Matkę Bożą. Gorliwsza bowiem od najgorliwszej wiary jest nienawiść, a szybka jest jak diabeł. Chłopi czuli się tak, jakby nie tylko na własne oczy ujrzeli to cudne zjawisko, lecz także, jakby niezwykle dokładnie przypomnieli sobie teraz poszczególne haniebne czyny, którymi Żyd pokalał obraz, a następnie pokrył go granatowym wapnem. Do żądzy zemsty doszło przytłaczające jeszcze tępe poczucie własnej winy, którą siebie obarczyli, kiedy jeszcze byli dość lekkomyślni i pozwolili Żydowi żyć w tak haniebny sposób. Nie mieli już wątpliwości: to sam diabeł ich zaślepił.

zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl