Paderewski był znakomitością w międzywojennej Polsce. Publiczność mogła go słuchać i oglądać w salach koncertowych, wiele pisano o nim w prasie. W istocie jednak wiedziano o nim niewiele, ponieważ żył w hermetycznym świecie, był skryty i nie zwierzał się ludziom. Nie lubił także pisać listów, a pamiętniki i dwie biografie opublikowane jeszcze za jego życia podają „wersję oficjalną”, która mówi niewiele o samym człowieku.
Niełatwego zadania odkrycia prawdziwego Paderewskiego podjął się Adam Zamoyski. Jak detektyw przeniknął poza publiczny obraz pianisty, kompozytora i polityka i odkrył niezwykle interesującą, złożoną osobowość człowieka, który sławiony szeroko jako geniusz ukrywał przed światem swoje problemy i bogate życie wewnętrzne.
Drugie wydanie książki zostało przejrzane, uaktualnione i poprawione przez autora.
fragment Rozdział I
SKROMNE POCZĄTKI (...)
Paderewski stanowił wyjątkowe zjawisko; był odbiorcą niemalże histerycznej miłości tłumów i fantastycznego hołdu znawców. Mimo ogromnej popularności traktowano go poważnie, a jego nazwisko wielokrotnie zestawiano z Einsteinem i Mahatmą Gandhim, uznawano go bowiem powszechnie za jednego z geniuszy epoki. A jednak słowa szalonej księżnej były niezwykle trafne. Choć za jego życia ogłoszono go nieśmiertelnym, sława jego umarła wraz z tymi, którzy go znali; ostatecznie okazało się, że jest tylko jednym ze zwykłych śmiertelników, których czas przemija.
Przebieg, oznaki i atrybuty kariery Paderewskiego tkwią mocno w dwudziestym wieku. Był pierwszą prawdziwą „gwiazdą” i przyczynił się do ustanowienia wzoru, naśladowanego odtąd przez tak wielu muzyków i aktorów: wzoru wzajemnej eksploatacji artysty, impresaria i publiczności, opartego na motywie osiągania sławy i walki o przetrwanie. Jego życie, jak również jego występy stały się spektaklem publicznym, drogą rozwoju, w której pragnęły brać udział tysiące wielbicieli na całym świecie. Jak wielu nowoczesnych idoli, zawdzięczał swoje powodzenie powszechnej potrzebie przeżyć zastępczych. Kiedy odnosił sukcesy, jego wielbiciele triumfowali; kiedy potykał się, cierpieli. Ogniwem, które łączyło obie strony, była prasa zamieniająca obraz, jaki stworzył artysta i jego impresaria, w postać nadludzką zgodnie z upodobaniem mas. Jednocześnie prasa starała się podkreślać, jak bardzo ludzkim i skromnym był ów artysta – bogowie schodzą z nieba, ale bożyszcza ulepione są ze zwykłej gliny.
Skromne początki to poetyczny i właściwy punkt wyjścia długiej walki o sławę i majątek, ale w sensie bardziej konkretnym stanowią one często również i bodziec ambicji koniecznej, by walkę tę prowadzić do końca. Pod tym względem Paderewski nie był wyjątkiem. Choć jego pochodzenie nie było dosłownie skromne, jego ambicje naprawdę wynikały z biedy i politycznego poniżenia, bo dla jego rodziny i jej ojczyzny nadeszły ciężkie czasy.
Paderewscy byli jedną z licznych polskich rodzin, które od wieków żyły zgodnie z kodeksem rycerskim od dawna gdzie indziej zapomnianym. Najstarsza gałąź rodu zachowała dziedziczny dwór Paderewo, nad Bugiem, aż do lat osiemdziesiątych szesnastego wieku, ale młodsi synowie na długo przedtem ruszyli na dzikie, rzadko zaludnione pola Ukrainy.
Jan Paderewski, silnie zbudowany i przystojny mężczyzna, pracowity i pobożny, był typowym reprezentantem własnej klasy, polskiej szlachty. Gałąź rodziny, do której należał, była już zupełnie zubożała, dlatego też pracował jako administrator majątku. Chlebodawcą jego był Dionizy Iwanowski, wuj Karoliny Iwanowskiej, która poślubiła księcia Sayn Wittgensteina, a później opuściła go dla Liszta. Pan Iwanowski, jak również jego żona, należeli do zamożnej szlachty. Ale choć wykształcona i, jak to głosiła miejscowa plotka, „dość nowoczesna”, pani Iwanowska okazała się zbyt wielką patriotką i w rezultacie zesłano ją do rosyjskiego Kurska, dokąd w ślad za nią udał się jej mąż i córki. Kiedy tylko pozwolono im na opuszczenie tego miasta, cała rodzina pojechała do Francji, przekazując majątek pod zarząd Jana Paderewskiego.
Ten ożenił się z Polikseną Nowicką, młodą osobą wywodzącą się ze środowiska podobnego do jego własnego. Ojciec jej był profesorem prawa na Uniwersytecie Wileńskim aż do 1831 roku, kiedy to wskutek powstania on i jego brzemienna żona zostali wtrąceni do więzienia, a potem zesłani do Rosji. Tam urodziła się Poliksena. W 1858 roku urodziła ona Janowi Paderewskiemu córkę Antoniną, a w dwa lata później, 6 listopada 1860 roku, syna, którego ochrzczono Ignacy Jan. W kilka miesięcy potem Poliksena zmarła na chorobę zakaźną.
Iwanowscy mieszkali w okazałym dworze zbudowanym w stylu neoklasycznym, natomiast administrator Jan Paderewski i jego dwoje dzieci zajmowali znacznie mniejszy dworek – prawdopodobnie drewniany i jednopiętrowy – na skraju wioski Kuryłówka, niedaleko Żytomierza. Było to stare miasto, jedno z największych na Podolu; teraz jednak zaniedbane tonęło w błocie i tylko wielka renesansowa synagoga, barokowe kościoły i łuszczący się z tynków siedemnastowieczny rynek świadczyły o dawnej świetności. Jeśli mierzyć dziewiętnastowiecznymi symbolami postępu – takimi jak koleje żelazne, bite drogi i rozwój handlu – to ta część Europy była doprawdy prymitywna. Bogactwem jej była jednak piękna architektura, wspaniałe dwory z wartościowymi zbiorami książek i obrazów oraz ich mieszkańcy – inteligencja szlachecka.
(...)
Rozdział VI
NOWY ŚWIAT
Samo tempo tournée nic pozwalało artyście myśleć o niczym innym. Jeśli nie grał, to miał próby, a w czasie wolnym od jednego i drugiego albo był w podróży, albo na proszonym obiedzie u miejscowych muzyków i dygnitarzy. Z trudem udało mu się spędzić Boże Narodzenie z Heleną Modrzejewską, która właśnie grała w Nowym Jorku; było to ich pierwsze spotkanie od czasu Zakopanego i był szczęśliwy, że artystka może naocznie się przekonać, jak daleko zaszedł na wskazanej przez nią drodze. Ale niewiele czasu mógł poświęcić jej i innym rodakom w Ameryce, słynnym śpiewakom Janowi i Edwardowi de Reszke, pełnej życia śpiewaczce sopranowej Marcelinie Sembrich-Kochańskiej czy pianiście Józefowi Hofmanowi, którego znał z Warszawy. „W ciągu stu siedemnastu dni dałem sto siedem koncertów i byłem na osiemdziesięciu sześciu przyjęciach” – powiedział później pewnemu dziennikarzowi. „Mon Dieu, ależ mnie to złościło!” Doprowadziło go to do stanu tak wielkiego nerwowego napięcia, że nawet gdy podróżował i dawał dwa koncerty tego samego dnia, to bez względu na późną porę musiał przez kilka godzin grać w brydża ze swoim sekretarzem, zanim odprężył się dostatecznie, żeby położyć się do łóżka.
Wkrótce się przekonał, że przy tym tempie pracy zaczynają go boleć ręce. Fortepian Steinwaya uważał za „najcudowniejszy instrument na świecie”, ale strój jego był bardzo twardy i „istotna siła fizyczna konieczna dla wydobycia mocnego tonu z fortepianu Steinwaya w owych czasach przekraczała możliwości każdego artysty. Wysiłek był ogromny.” Po drugich dyskusjach z impresariem, a potem z majstrami fabryki udało mu się przekonać ich, żeby wyregulowali instrumenty, na których grał, tak aby stały się miększe. „Wtedy mój fortepian, nie tracąc swego piękna i siły, stał się stopniowo całkiem posłuszny i mój bezpośredni stosunek do instrumentu był jak najbardziej zadowalający. Przestał być moim wrogiem: nie musiałem już z nim walczyć – staliśmy się przyjaciółmi.” Ale ten nowy przyjaciel niedługo miał wymierzyć mu dotkliwy cios.
Pewnego mroźnego styczniowego wieczoru artysta przybył do Rochester w stanie Nowy Jork. Prosto ze stacji wszedł na wypełnioną po brzegi salę i wstąpił na estradę. Fortepian został wcześniej wyregulowany w fabryce i kontroler, który nic nie wiedział o prywatnej umowie Paderewskie go, przywrócił jego twardy strój, a nawet w tym przesadził. Rezultat był katastrofalny, jak opisuje artysta:
„Jak zwykle na wstępie wziąłem parę akordów – gdy nagle poczułem w ramieniu okropny, nie dający się wyrazić ból. Cierpiałem bardzo, miałem wrażenie, że będę musiał natychmiast opuścić estradę i że nigdy więcej nie potrafię nic zagrać. Przezwyciężyłem się oczywiście błyskawicznie, wiedząc, że nagłe przerwanie koncertu oznaczałoby katastrofę. W takich chwilach wszystko przedstawia się w czarnych kolorach – byłem pewien, że kariera moja jest ostatecznie zwichnięta, czułem, że z moim ramieniem stało się coś poważnego: zesztywniało zupełnie i przeraźliwie bolało. Wziąłem się jednak w karby i rozpocząłem Appassionatę Bethovena. W jaki sposób udało mi się dobrnąć do końca – powiedzieć dziś nic potrafię.”
Po recitalu poszedł do miejscowego lekarza, który powiedział, że nadwerężył ścięgno, naciągnął inne i poważnie uszkodził palec. Doktor oświadczył, że tylko kompletna bezczynność może palec wyleczyć. To oznaczało, że Paderewski musi zrezygnować z dalszego tournée, zrywając kontrakt i tracąc większość pieniędzy. Ponieważ doktor orzekł, że nie ma pewności, czy artysta kiedykolwiek w pełni odzyska sprawność, Paderewski odczuwał, że może to być jego ostatnia szansa zrobienia pieniędzy i zdecydował, że bez względu na to, co się stanie, musi spróbować zakończyć tournée, nawet jeśli miałoby fatalne skutki. Dalej więc występował prawie codziennie, a czasem dwa razy dziennie. Po przyjeździe na miejsce brał za kołnierz miejscowego lekarza i kazał mu masować się i bandażować z całych sił. „Przyzwyczaiłem się do stałego i przeraźliwego bólu ramienia, nauczyłem się grać tylko czterema palcami prawej ręki i naginać wolę i nerwy do męki niemal codziennych publicznych występów, wiedząc, że z każdym koncertem jestem bliższy wyzwolenia.”
Po powrocie do Nowego Jorku na początku marca 1892 roku Paderewski nareszcie mógł odpocząć przez kilka dni. Wypełnił swoją część kontraktu, ale stanął wobec okropnego dylematu. Publiczność domagała się większej ilości koncertów i Steinway, przepraszając za złe pod pewnymi względami przygotowanie tournée, zaproponował, że zorganizuje dalsze koncerty w taki sposób, że Paderewski zgarnie całość wpływów kasowych. Artysta się wahał. „Podobnie jak lekarze odczuwałem, że to może być koniec mojej kariery i nie będę mógł grać nigdy więcej... Co miałem począć? ... Postanowiłem przez to przebrnąć. Nie wiem jak mi się udało. Stosowałem gorące okłady, masaże, elektryczność i Bóg wie co jeszcze, aby tylko pielęgnować i pobudzić mój martwy palec do życia.” Dał jeszcze dwadzieścia sześć koncertów i 28 marca pożegnał się z Nowym Jorkiem i Ameryką koncertem w Metropolitan Opera, z którego cały dochód – około 4000 dolarów – miał zasilić fundusz budowy Łuku Waszyngtona.
|