Seria: BIBLIOTEKA MYŚLI WSPÓŁCZESNEJ

Michel Onfray
TRAKTAT ATEOLOGICZNY.
FIZYKA METAFIZYKI

(Traité d’atéologie. Physique de la métaphysique)

Przełożył z francuskiego
i wstępem opatrzył Mateusz Kwaterko
wydanie pierwsze, oprawa miękka, s. 244,
cena det. 39,90 zł / po rabacie 29,92 zł
ISBN 978-83-06-03121-8

Traktat ateologiczny to najważniejsza z ponad trzydziestu książek głośnego francuskiego filozofa Michela Onfraya. Autor poddaje w niej radykalnej krytyce trzy główne religie monoteistyczne, wydobywając z nich wspólne rysy: nienawiść do rozumu, do kobiet, do wolności, ciała i rozkoszy. Odrzucając pobożną i czołobitną lekturę świętych ksiąg, proponuje rzeczową analizę tekstów religijnych i skrupulatne badanie historii judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu. Zajmuje się również swoistą archeologią współczesnej etyki, polityki, medycyny, biologii, prawodawstwa i filozofii. Powołując się na swoich wielkich poprzedników (siedemnastowiecznych materialistów, Feuerbacha i Nietzschego), autor wykracza poza ich systemy filozoficzne i kładzie fundamenty pod nową dyscyplinę filozoficzną, a zarazem nowy sposób życia – ateologię, która oznacza świadomy, pogodny, radykalny i zaangażowany społecznie ateizm.

PATRONI MEDIALNI

porozmawiaj o książce:

www.ksiazka.interia.pl


fragment wstępu

MICHEL ONFRAY – KARTOGRAF „CIVITAS LUDZI”

     Traktat ateologiczny to książka dla każdego. Czytelnik do tego stwierdzenia odniesie się zapewne nieufnie, gdyż w przyrodzie właściwie nie występują takie książki, zwłaszcza filozoficzne. Proszę jednak zważyć: zdeklarowany ateusz będzie z tego dzieła czerpać pożywkę dla swojej niewiary; dewot może się nim gorszyć do woli; przedstawicielom kleru książka ta da pretekst do rzucania klątw i anatem; teologom pozwoli szydzić z braku zrozumienia autora dla „uniwersalnej i symbolicznej wartości Pisma”; frankofobi znajdą tu potwierdzenie głębokiego przekonania, że „choroba francuska” odradza się stale w coraz potworniejszych formach; historycy-patrioci z IPN zasłużą na pobory, biorąc w obronę Kazimierza Łyszczyńskiego (Onfray cokolwiek szowinistycznie laur pierwszeństwa w ateizmie przyznał Meslierowi, krzywdząc tym samym naszego siedemnastowiecznego rodaka); zbuntowanym nastolatkom dzieło to dostarczy argumentów do owocnych dyskusji z rodzicami czy katechetą; ekumeniści zgodzą się z tezą autora o wspólnym rdzeniu wszystkich religii monoteistycznych, a fundamentaliści, opuszczając rozdziały poświęcone wierzeniom, którym sami hołdują, z rozbawieniem przeczytają o osobliwych przesądach innowierców. Czytelnik bez właściwości będzie zaś wdzięczny Onfrayowi za wskrzeszenie tej filozofii, która formowała się w klubach i kawiarniach, w salonach i na placach, filozofii sporów i polemik, zażartych debat, zaciekłych peror, filozofii namiętnej, gorączkowej, gwałtownej i niecierpliwej...
     Onfray rzeczywiście nie przebiera w słowach. Jego krytyka religii monoteistycznych jest radykalna, całościowa i bezwarunkowa. W Polsce może to budzić niejaką konsternację, przywykliśmy bowiem do widoku ateistów, którzy obnoszą się z szacunkiem dla sacrum , ubolewają, że nie dostąpili „łaski wiary”, twierdzą, iż religia pełni pożyteczną funkcję społeczną, a przeważnie wolą być zresztą nazywani agnostykami. Ci osobliwi ateiści przyznają, że Kościół jest instytucją niezwykłą, „nie z tego świata”, i godzą się, by korzystał z rozlicznych przywilejów, o których inne podmioty prawne, polityczne czy gospodarcze mogą tylko marzyć. Uważają także, iż „prawdy religii” mają zupełnie inny status niż, powiedzmy, twierdzenia naukowe, a zatem nie podlegają racjonalnej krytyce. Wsłuchują się z pokorą w nauki moralne Kościoła, chwalą jego rolę wychowawczą, wysławiają „uniwersalną wartość dekalogu”, a jeśli nawet sami nie zaprzątają sobie głowy religijnymi nakazami i zakazami, utrzymują, że bez nich szarzy obywatele przedzierzgnęliby się w dzikusów i pogrążyli w zbrodni oraz rozpasaniu „cywilizacji śmierci”, wszak vulgum pecus „potrzebuje autorytetów”, a księdzu czy biskupowi, nie mówiąc już nawet o kardynałach czy ojcu świętym, autorytet przysługuje niejako z definicji.
     W sprawach fundamentalnych ten polski ateizm jest, jak widać, w pełni zgodny z magisterium Kościoła. Trudno założyć, że dorośli ludzie jedynie przez zwykłą grzeczność godzą się na to, by ich niewiarę w Boga traktowano jako intelektualną ułomność, a może wręcz skazę moralną... Przyczyn takiego stanu rzeczy należy raczej szukać w potędze Kościoła. Nie chodzi przy tym wyłącznie o potęgę społeczno-polityczną, sprawiającą, że obnoszenie się z bezbożnictwem utrudnia karierę, kładzie się cieniem na relacjach towarzyskich i bywa źródłem wielu mniej lub bardziej uciążliwych strapień w życiu codziennym. Polaków, jak wieść gminna niesie, cechuje wrodzony nonkonformizm, ułańska fantazja i szatańska przekora, czemuż więc mieliby się frasować takimi drobiazgami? Problem jest o wiele poważniejszy, a sam Onfray daje nam klucz do tej zagadki: długie stulecia dominacji religijnej wizji świata odcisnęły swoje piętno na języku (zarówno na języku potocznym, jak i na dyskursie publicznym czy naukowym), etyce, estetyce, prawie, medycynie, słowem: na szeroko pojętej kulturze. Nawet w krajach przykładnie laickich religia wciąż włada ludzką nieświadomością, a cóż dopiero mówić o Polsce! Skoro wrogom religii przekroczenie horyzontu religijnego przychodzi z największym trudem, trudno się dziwić, że osoby religijnie indyferentne odnoszą się do „wiary swoich piastunek” z szacunkiem i nabożeństwem...

(...)

Część pierwsza

ATEOLOGIA

ODYSEJA WOLNEJ MYŚLI

     Bóg jeszcze dycha. Bóg umarł. Czyżby? Na niebie nie ukazały się znaki potwierdzające tak pomyślną wieść. Śmierć Boga winna otworzyć przed ludźmi nowe, obiecujące perspektywy, tymczasem w naszej epoce panuje kult nicości, chorobliwe delektowanie się mrokiem końca cywilizacji, fascynacja otchłanią i bezdenną przepaścią, w której współczesny nihilista zatraca własne ciało, duszę, tożsamość, zainteresowanie sprawami tego świata. Posępny obraz, deprymująca apokalipsa...
     Śmierć Boga to ontologiczny gadżet, reklamiarski chwyt właściwy XX stuleciu, które dostrzegało śmierć dosłownie wszędzie: śmierć sztuki, śmierć filozofii, śmierć metafizyki, śmierć powieści, śmierć systemów tonalnych, śmierć polityki. Najwyższa pora obwieścić śmierć tych fikcyjnych zgonów! Zwiastunowie fałszywej nowiny pragnęli zabłysnąć zgrabnym paradoksem; zresztą większość z nich, nasyciwszy się chwilową sławą, czym prędzej wracała do metafizycznego szeregu. Śmierć filozofii uzasadniała pisanie grubych filozoficznych tomiszczy, śmierć powieści płodziła liczne powieści, śmierć sztuki tworzyła niezliczone dzieła sztuki... A śmierć Boga obrosła gigantycznym przemysłem produkującym sacrum, boskość, religie. Tkwimy po uszy w tej święconej wodzie.
     Wiadomość o śmierci Boga okazała się tromtadracka i fałszywa. Werble, trąby, szumne zapowiedzi, wszystko to było przedwczesne. Zresztą nasza epoka wprost dusi się od nieprawdziwych informacji przyjmowanych na wiarę i autorytarnych wypowiedzi współczesnych augurów, a obfitość w tej materii nie jest, delikatnie mówiąc, synonimem jakości czy prawdy. Dziś nawet najbzdurniejszą plotkę traktuje się jak prawdę objawioną, pod tym względem bodaj czy nie górujemy nad naszymi przodkami. Aby uznać śmierć Boga za fakt potwierdzony, należałoby mieć ku temu podstawy, znaleźć dowody rzeczowe lub chociaż poszlaki. Nic z tego.
     Czy ktoś widział trupa? Nietzsche tak twierdził, zgoda, ale czy można go uznać za wiarygodnego świadka? Podobnie jak u Ioneski obecność corpus delicti byłaby odczuwalna, namacalna, zwłoki zaczęłyby cuchnąć, przestrzeń wypełniłaby się fetorem, truchło gniłoby powoli, dzień po dniu, bylibyśmy świadkami prawdziwego rozkładu – również w filozoficznym znaczeniu tego słowa. Tymczasem Bóg, niewidoczny za życia, pozostał też niewidzialny po śmierci. Jak zatem przekonać się, czy rzeczywiście zginął? Domagamy się dowodów. Któż jednak mógłby je przedłożyć? Jaki szaleniec podjąłby się tej niemożliwej misji?
     Wbrew temu, co twierdzili Nietzsche i Heine, Bóg nie umarł; nie jest nawet umierający. Nie umarł i nie umiera, ponieważ nie jest śmiertelny. Fikcja nie umiera, złudzenie nie może sczeznąć, bajki dla dzieci nie sposób ukatrupić. Ani hipogryf, ani centaur, ani żadne inne zwierzę z mitologicznego bestiarium nie podlega prawom, które rządzą ssakami – wielorybem, dromaderem czy tchórzofretką. Otóż Bóg należy właśnie do mitologicznego bestiarium, podobnie jak tysiące innych stworzeń wymienionych w opasłych słownikach religioznawczych pomiędzy bodhisattwą a Bragim. Westchnienie uciśnionego stworzenia nie ustanie, póki istnieć będą uciśnione stworzenia; nie ustanie więc nigdy...
     Zresztą gdzie miałby nastąpić ów zgon? W Wiedzy radosnej ? Czyżby Boga zamordował w Sils-Maria natchniony, tragiczny, wzniosły filozof, krążący jak widmo – lub błędny ognik – nad ostatnim ćwierćwieczem XIX stulecia? Jaką bronią się posłużył? Książką, książkami, dziełem? Bluźnierstwem, analizami, argumentacją, polemiką? Zadał cios młotem filozofii? Sztych białą bronią literatów? Czy działał w pojedynkę? Z zasadzki? Czy miał wspólników? Czyżby w zbrodni maczali palce jego dziadkowie – ksiądz Meslier i markiz de Sade? Gdyby istniał zabójca Boga, czyż nie byłby kimś w rodzaju nadboga? A może ta urojona zbrodnia kryje w sobie pragnienie edypalne, próżne, choć nieprzeparte dążenie do celu obdarzenia człowieka wolnością i tożsamością oraz nadania jego życiu sensu?
     Nie można zabić tchnienia, wiatru, zapachu, nie sposób zgładzić marzenia, aspiracji, rojeń. Boga stworzyli śmiertelnicy na swój hipostazowany obraz. Chcieli w ten sposób walczyć ze świadomością, że na końcu drogi nieodwołanie czeka nas śmierć, niebyt, nicość; słowem – pragnęli uczynić znośnym własne życie. Dopóki ludzie będą skazani na śmierć, wielu z nich będzie usiłowało stłumić tę przerażającą myśl, stosując rozmaite wybiegi. Wybiegu nie da się zamordować. W tym wypadku to raczej wybieg nas zabija, Bóg unicestwia bowiem wszystko, co stawia mu opór. Najsampierw rozum, intelekt, zmysł krytyczny. Reszta ulega destrukcji na mocy reakcji łańcuchowej.
     Ostatni bóg umrze wraz z ostatnim człowiekiem. Znikną wówczas strach, obawa, lęk – maszyny do produkcji bożyszcz. Trwoga przed nicością, niezdolność pojmowania śmierci jako naturalnego, nieuchronnego procesu, z którym rozum, i tylko rozum, może się układać, a także brak sensu, jeśli pominąć sens nadawany przez nas samych, aprioryczny absurd – oto genealogiczne rozgałęzienia boskości. Bóg umrze dopiero wtedy, gdy zdołamy oswoić nicość. Od takiego postępu ontologicznego dzielą nas jednak lata świetlne...

(...)

SPIS RZECZY

Michel Onfray – kartograf „civitas ludzi” (Mateusz Kwaterko)
Przedmowa
Wprowadzenie

Część I. Ateologia
1. Odyseja wolnej myśli
2. Ateizm, czyli rozbrat z nihilizmem
3. W stronę ateologii

Część II. Monoteizmy
1. Tyrania i poddaństwo w zaświatach
2. Autodafe inteligencji
3. Zasada nierzeczywistości

Część III. Chrześcijaństwo
1. Fabrykat zwany Jezusem
2. Paweł, czyli skażenie
3. Chrześcijańskie państwo totalitarne

Część IV. Teokracja
1. Krótka teoria wyłuskiwania
2. W służbie popędu śmierc
3. W stronę pochrześcijańskiej laickości

Bibliografia


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl