Seria: 80 ŚWIATÓW

Ella Maillart
OD GÓR NIEBIAŃSKICH
DO CZERWONYCH PIASKÓW
(Des monts Célestes aux sables Rouges)

Przełożyła z francuskiego Maryna Ochab
wydanie I, oprawa miękka, s. 304
cena katalogowa 35,00 zł / po rabacie 26,25 zł
ISBN 978-83-06-03091-4

Pierwsza w Polsce książka słynnej szwajcarskiej podróżniczki Elli Maillart (1903-1997).

„Dzięki żeglowaniu i jeździe na nartach czuję, że żyje” – podkreślała w rozmowach. W wieku 13 lat wygrała pierwszy turniej narciarski, gdy skończyła 20 pływała jako majtek na jachtach opływających Atlantyk. Jednak książka, którą państwu przedstawiamy powstała dzięki trzeciej największej miłości Maillart – kinu. W roku 1930 zafascynowana twórczością reżysera Wsiewołoda Pudowkina, Maillart pojechała do Związku Radzieckiego studiować u mistrza. Podróż, którą zasponsorowała jej wdowa po słynnymi amerykańskim pisarzu Jacku Londonie nie ograniczała się jedynie do Moskwy, a Mailart chcąc lepiej poznać ogromny kraj postanowiła zwiedzić Kaukaz.

Zauroczona jego bezkresnymi stepami dwa lata później wyruszyła w kolejną podróż tym razem przemierzając całą Azję Środkową w nadziei na spotkanie prawdziwych koczowników. Początkowo z czwórką młodych Rosjan przemierzyła konno Kirgizję, potem samotnie wędrowała przez radziecki Turkiestan, gdzie nie wygasło jeszcze wspomnienie krwawo stłumionych buntów baszmaków. Na swojej drodze napotykała nomadów, anarchistyczne komuny, zubożałych arystokratów. Plonem podróży jest niniejsza książka, cenne świadectwo świata, gdzie na drogach wciąż grasują zbójcy, gdzie wybuchają powstania muzułmanów przeciwko niezainstalowanej jeszcze władzy radzieckiej, gdzie na rynkach Taszkientu żebrzą niedobitki rosyjskiej arystokracji.
Znakomicie napisana relacja Elli Maillart jest nie tylko świadectwem niebywałej kobiecej odwagi i siły woli to przede wszystkim wspaniała literatura, która nic a nic się nie zestarzała a w dodatku jej autorce udało się znakomicie uchwycić i opisać piękno Azji, której dziś tak naprawdę już nie ma.


Z pomocą finansową Szwajcarskiej Fundacji dla Kultury Pro Helvetia


fragment

część 2

Solo w Turkiestanie

Sama

     Teraz muszę sobie radzić sama. Moi towarzysze podróży odjechali do Moskwy. Śmiać mi się chce, kiedy sobie przypominam, jak nasza niezastąpiona Kapa wołała do mnie każdego wieczora:
     – Ella, chodźmy się przejść!
     Wierzyła, że widzę w ciemnościach, i szła za mną po nocy w poszukiwaniu dyskretnego kącika...
     I każdego dnia o poranku, głośno pokrzykując, szukała grubego tomu Balzaka, którego stronice okazały się nader przydatne. To było naprawdę komiczne: słyszeć na tym bezludziu nazwiska Balzaka i Giraudoux, odbijające się echem od gór. Kiedyś sięgnę po pióro, żeby napisać najpiękniej, jak umiem, do tego z dwóch mistrzów, który może jeszcze docenić tę swoją nieoczekiwaną popularność.

Jeszcze jeden zesłaniec

     Przed wyjazdem z Ałma Aty idę odwiedzić zesłańca politycznego. Po drodze wstępuję do miejscowego muzeum krajoznawczego, które jest w trakcie reorganizacji, a mieści się w dawnej głównej cerkwi; na kopułach wciąż jeszcze błyszczą złote krzyże.
     Człowiek, którego szukam, rok temu został zesłany do stolicy nowo powstałej republiki i od razu znalazł pracę na uniwersytecie: objął katedrę historii. Błądzę po salach wykładowych, pustych o tej późnej porze; w jednym ze skrzydeł budynku trwa remont, nic mogę znaleźć dozorcy, ale w końcu trzech skośnookich studentów wskazuje mi drogę do mieszkania profesora, które znajduje się w pobliżu.
     W obecności swojej żony i młodego studenta, w pokoju zawalonym książkami, profesor opowiada mi o sobie.
     –  Zesłano mnie w wyniku oskarżenia o przynależność do tworzącej się sekty religijnej, co oczywiście było nieprawdą. Gdy tylko przyjechałem, zaproponowano mi etat na uniwersytecie i posadę dyrektora miejskich archiwów. Myślę zresztą, że rewizja wyroku jest na dobrej drodze i że wkrótce zostanę wezwany do Leningradu. Nawet będzie mi trochę żal wyjeżdżać, bo przywiązałem się do mojej obecnej pracy.
     – Co pan sądzi o swoich studentach tubylcach?
     – Są tak samo inteligentni jak Rosjanie, a nierzadko bardziej wytrwali. Kazach myśli wolno, lecz zapamiętuje to, co zrozumiał. Kirgiz z kolei jest szybki, ma intuicję i spryt, ale nigdy nie oszukuje.
     – Czy są religijni?
     – Ich rodzice byli mahometanami w sposób bardzo powierzchowny, więc dzisiejsza nieobecność religii zupełnie ich nie wzrusza.
     –  Wierzy pan, że niebawem będą na tyle wykształceni, żeby samodzielnie rządzić swoim krajem?
     – Z całą pewnością, i nikt im w tym nie przeszkodzi; sądzę, że za parę lat doskonale będą sobie radzić bez Rosjan.
     – Myśli pan, że pójdą wtedy tą samą polityczną drogą co władza radziecka?
     – Na pewno.
     Na stole leżą rozmaite francuskie czasopisma, najnowsze publikacje z lewobrzeżnego Paryża. Z „Temps” sprzed zaledwie trzech tygodni dowiaduję się, że zmarła Virginie Hériot! Otwieram na chybił trafił D’homme à homme Durtaina i znajduję zdanie, pod którym mogłabym się podpisać obiema rękami: „Krótko mówiąc, najpierw świat, potem człowiek w świecie, a jeszcze potem inni ludzie w człowieku. Trzy żądania pisarza pod adresem niezapisanej kartki papieru, a publiczności – pod adresem kartki zadrukowanej”.
     Mnie, która tu przyjechałam z końca świata, to nagłe zanurzenie we współczesność zaskakuje i oszołamia.
     Żegnam się z tym łysym, pozbawionym zarostu i zadziwiającym mężczyzną, który bardzo wyszukanym językiem snuje niekończące się opowieści w rodzaju: „28 kwietnia 1912 roku, kiedy byliśmy na kolacji w Petit-Vatel, pewien niezmiernie ważny Jean taki to a taki powiedział mi dosłownie...”
     Wracam przez miejski park prawie biegiem. Uff! Wolę być tu, niżbym się miała znaleźć w restauracji Petit-Vatel, chociaż chętnie bym zjadła coś dobrego!
     Gdy tylko wyjdzie się poza trzy główne arterie, na ulicach jest przeraźliwie ciemno... Trudno znaleźć drogę do domu. Słyszę ze zdziwieniem dobiegający mnie odgłos stukania w rezonujące drewno: to przechodzi nocny stróż, który nawołuje do wygaszania świateł.

Jak się wyjeżdża

     Nie pozostaje nic innego jak wyjechać – trudne przedsięwzięcie, ale widziałam, jak sobie poradzili moi koledzy. To, czy się dostanę na pociąg, zależy od Towarzystwa Turystyki Proletariackiej. Szef bazy wypełnia za mnie formularz i popiera moją prośbę o bilet kolejowy na określony dzień; dzięki temu mam prawo do kategorii bronnych biletów z rezerwacją.
     Z tym dokumentem trzeba się udać na dworzec w przed dzień planowanego wyjazdu, na dwie lub trzy godziny przed otwarciem okienka. Tam już stoi kolejka. Ten, kto przyszedł pierwszy, robi listę oczekujących i każdy dostaje swój numerek; w zależności od okazanego dokumentu zostaje zaliczony do odpowiedniej kategorii.
     Bladzi, zmęczeni ludzie, którzy stoją na samym początku kolejki, będą obsłużeni w pierwszej kolejności: to kurortni, którzy udają się na rekonwalescencję. Jest ich już troje. Następnie mamy kategorię komunistów, którzy okazują jedynie róg czerwonej legitymacji partyjnej. Nikt nie żąda od nich żadnych papierów: jest oczywiste, że przemieszczają się z ważnych powodów.
     Trzecia kategoria, do której należę ja, to ci z rezerwacją: uznaje się, że mają prawo podróżować, nie tracąc czasu. Za nami ci, co mają komandirowki, wydelegowani przez swój zakład pracy; na końcu wreszcie ludzie podróżujący prywatnie, nie należący do żadnej organizacji. Być może nie starczy dla nich biletów, ale oni i tak spokojnie przyjdą do okienka następnego dnia.
     Według moich obliczeń czeka mnie ze dwie godziny stania w kolejce, więc wolę trochę się przejść. W stołówce ludzie wykupują bułki i zapałki, za rubla można dostać butelkę lemoniady. Ponieważ mam numerek, mogę bez problemu wrócić do kolejki na swoje miejsce. Niektórzy próbują oszukiwać i dostać się do okienka od tyłu, lecz ku radości cierpliwie oczekujących zostają z hukiem wyrzuceni. Pojawia się jakiś gość, mówi „Krasnyj” i staje w ogonku za ostatnim komunistą; kiedy go pytają o legitymację, pokazuje tylko róg czerwonego kartonu, udając, że to jego, prawdziwa.
     – Ale przychodzę w sprawie brata, który jest w partii.
     – Wynocha, cwaniaku! Do kolejki! Co ty sobie wyobrażasz, my tu od trzech godzin zarabiamy sobie na platfusa, po to żebyś ty się przed nas wpychał?
     Kiedy jednak pojawia się wychudzona kobieta z dzieckiem na ręku, mężczyzna stojący przed okienkiem bez słowa kupuje jej bilet.
     Z Ałma Aty odjeżdża wiele wagonów, łatwo więc o miejsce; za bilet do Taszkentu płacę trzydzieści cztery ruble, miejscówkę mam jednak tylko do Arys, gdzie muszę się przesiąść.
     W taki oto sposób następnego dnia wsiadam do wagonu z twardymi ławkami i znajduję swoje numerowane miejsce, a w tym czasie przed okienkiem zdążyła się już uformować nowa kolejka; podróżni nie posiadający jeszcze biletu czekają na peronie, wczepieni w bagaże. Pejzaż jest przewspaniały: nad tonącym w zieleni miastem wznoszą się majestatyczne pięciotysięczniki, niebieskie u podstawy, a od połowy białe od świeżo spadłego śniegu.
     Rok w rok linią kolejową Turk-Syb przyjeżdża z Syberii 960 000 ton zbóż, żeby mógł być nakarmiony Turkiestan, gdzie bawełna niemal zupełnie wyparła wszystkie inne uprawy.
     W bazie szef zaopatruje mnie w prowiant, ja zaś sprzedaję po cenie kosztów swoje raki, liny i czekan. W płóciennym worku mam ubrania i buty do wspinaczki, cztery kilo chleba, dwa kilo cukru, bieliznę, słownik i dwuwarstwowy śpiwór.
     W plecaku ważącym więcej niż zwykłe 15 kilo trzymam całą resztę: kuchenkę gazową, pojemnik na benzynę, filmy, aparat fotograficzny, pelerynę, apteczkę, skarpety, zmianę bielizny, masło, herbatę, miód, kilo płatków owsianych, dwa kilo jabłek, patelnię, z którą się nie rozstaję, i... fajkę na długie samotne wieczory.

(...)


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl