Nowa seria: BIBLIOTEKA BABEL

Literacka Nagroda Nobla 2007

Doris Lessing
MROWISKO

(Five short novels)
Przełożyła z angielskiego Agnieszka Glinczanka
wydanie drugie, oprawa broszurowa, s. 488
cena katalogowa 39.00 zł / po rabacie 29,25 zł
ISBN 978-83-06-03129-4


     Twórczość laureatki Nagrody Nobla Doris Lessing mocno związana jest z jej biografią. Młodość spędziła w Afryce Południowej; „afrykańska” część pisarstwa Lessing nasycona jest jej żywym uczestnictwem w otaczającej rzeczywistości, niezgodą na kolonialną politykę nierówności rasowej, krytyką bezpłodnej kultury białych na Czarnym Lądzie. Frapujące ją problemy społeczne Afryki przekuła na słowo i pomieściła w prezentowanym tomie, za który w 1954 roku otrzymała Somerset Maugham Award.
     W sposób wolny od zakłamanego sentymentalizmu Doris Lessing bierze pod lupę mieszkańców Czarnego Lądu. W szczególności inspirują ją dwa tematy: niezgodność kolorów oraz urok złota. W tytułowej dla polskiego wydania opowieści mały biały chłopiec przygląda się rojowi czarnych robotników kłębiącemu się w kopalni złota. Ów chłopiec u stóp prawdziwego mrowiska zawiązuje przyjaźń z czarnym rówieśnikiem. Mrowisko stanie się metaforą wyzysku i przyjaźni, która nie godzi się na nierówność społeczną.


fragment

TA TRZECIA

     Matkę Rose przejechała ciężarówka pewnego ranka, kiedy przechodziła przez jezdnię w drodze po sprawunki. Rose sprowadzono z pracy; młody policjant, niezgrabnie okazując jej współczucie, zadawał różne pytania, a na koniec poradził:
     – Powinna panienka zawiadomić swojego tatusia, trzeba, żeby się dowiedział.
     Zdziwiło go, że sama dotąd o tym nie pomyślała, tylko zachowywała się tak, jakby to ona z natury rzeczy musiała wszystkim się zająć. Wydawało mu się, że opanowanie Rose jest nienaturalne. Usta miała zaciśnięte, a w oczach wyraz ostatecznego napięcia. Nalegał więc. Rose posłała ojcu wiadomość, lecz kiedy przyszedł, natychmiast położyła go do łóżka z filiżanką herbaty. Pan Johnson był pulchniutkim człowieczkiem o jasnych włosach, których kosmyki przesłaniały różową czaszkę, miał niebieskie, szczere, ufne oczy. Następnie Rose wróciła do kuchni i zachowaniem swoim dała policjantowi do zrozumienia, że powinien sobie pójść. Już od drzwi powiedział nieśmiało:
     – Przykro mi, panienko, naprawdę bardzo mi przykro. To straszna rzecz. Nie można po prawdzie winić szofera ciężarówki, a panienki mamusia – ona też nic nie była winna.
     Rose zwróciła ku niemu swoją białą, wstrząśniętą twarzyczkę i zimne, błyszczące oczy i rzekła niecierpliwie:
     – Od tego, że komuś jest przykro, połamane kości się nie zrosną.
     Własne słowa zaskoczyły ją widocznie, gdyż twarz jej skurczyła się od raptownego napływu łez, po czym jednak na nowo zacisnęła mocno szczęki.
     – Te ciężarówki – powiedziała z przejęciem – te wielkie machiny, to powinno być zakazane, i tyle.
     Irracjonalna ta uwaga dodała policjantowi śmiałości: bliższa była łez i wzruszenia, które według niego wyszłyby dziewczynie na dobre. Rzucił zachęcająco:
– Może i tak, panienko, ale nie moglibyśmy się bez nich obejść, no, nieprawda?
     Rosę nie zmieniła wyrazu twarzy. Powiedziała grzecznie:
     – Tak?
     Wyrażało to sceptycyzm i ostateczną odprawę: monosylaba mówiła wyraźnie: „Zostań sobie przy swoim zdaniu, ja zostanę przy swoim”. Brała pod sąd i potępiała całą epokę mechanizacji. Młody policjant wciąż jeszcze ociągał się z zakończeniem swoich obowiązków.
     – Czy nie ma nikogo, kto by mógł tu przyjść i posiedzieć z panienką? Po mojemu to panienka za dobrze nie wygląda.
     – Nie ma nikogo – ucięła Rose krótko i dodała: – Nic mi nie jest. – W głosie jej brzmiała irytacja, więc policjant poszedł. Usiadła przy stole i sama zgorszyła się tym, co powiedziała. Pomyślała: „Powinnam zawiadomić George’a...”. Nie poruszyła się jednak. Szeroko rozwartymi oczyma rozglądała się bez celu po kuchni; umysł mglisto obracał wkoło te same myśli. Jedna – że ojciec ciężko to przyjął; będzie z nim miała pełne ręce roboty. Druga – że policjanci, urzędnicy to wszystko nieznośni ważniacy, którzy tylko pouczają każdego, co ma robić. Przyłapała się na tym, że wpatruje się w obraz na ścianie i myśli: „Teraz mogę go zdjąć. Teraz, kiedy jej nie ma, mogę robić, co mi się podoba”. Poczuła się trochę winowajczynią, ale prawie natychmiast wstała energicznie i zdjęła obraz ze ściany. Przedstawiał okręt wojenny na wzburzonym morzu; Rose nie cierpiała go. Schowała go do szafy. Wtedy biały, pusty kwadrat na ścianie zaczął ją niepokoić, więc powiesiła na miejsce obrazu kalendarz z wymalowanymi na nim żółtymi różami. Zaparzyła sobie herbaty i zaczęła gotować ojcu kolację, myśląc: „Obudzę go i zmuszę do jedzenia, dobrze mu zrobi przekąsić coś gorącego”. Przy kolacji ojciec zapytał:
     – Gdzie George?
     Jej twarz zamknęła się przed nim.
     – Nie wiem – odrzekła z rozdrażnieniem. Ojciec był zdziwiony i zgorszony.
     – Ależ, Rose – zaprotestował – powinnaś go zawiadomić, to się przecież należy.
     Przed tą właśnie myślą broniła się cały dzień; wiedziała jednak, że wcześniej czy później musi George’a zawiadomić, toteż kiedy skończyła zmywanie, wyjęła z szuflady kredensu arkusz papieru listowego i zasiadła do pisania. Sama była równie swoim postępowaniem zdziwiona jak jej ojciec: dlaczegóż to nie ma ochoty zawiadomić George’a? Ojciec powiedział z charakterystycznym dla niego, łagodnym protestem:
     – Ależ, Rose, dlaczego nie zadzwonisz do niego do fabryki? Przecież mu tam powtórzą.
     Rose udała, że nie słyszy. Skończyła pisanie, wyszukała w torebce parę miedziaków na znaczek i wyszła wrzucić list do skrzynki. Skonstatowała potem, że myśli o przyjściu George’a z oporem zasługującym na miano strachu. Nie mogła samej siebie pojąć i wkrótce położyła się do łóżka, aby zatracić się we śnie. Śniła jej się ciężarówka, która zabiła jej matkę; śniła jej się też olbrzymia, czarna machina bezustannie wymachująca swoimi wielkimi ramionami tam i z powrotem, tam i z powrotem, w sposób, który jej, Rose, zagrażał.
     George zastał list następnego wieczoru, kiedy wrócił z pracy. Pierwszą jego myślą było: „Nie mogła to dać się zabić za tydzień, już po naszym ślubie, a nie teraz?”. Ta okrutna i samolubna myśl zgorszyła go. Ale on i Rose chodzili ze sobą już trzy lata i nie mógł się oprzeć uczuciu, że los potraktował ich okrutnie, kładąc na ich wesele cień tej okropnej, bezsensownej śmierci. Matki Rosę nie lubił: uważał ją za zrzędę i despotkę; ale zginąć tak ni stąd, ni zowąd, jako krzepka, zaledwie pięćdziesięcioparoletnia kobieta... Pomyślał nagle: „Biedna, mała Rosie, pewno jest strasznie rozbita, a do tego jej tatuś: całkiem jak duże dziecko; trzeba mi zaraz do niej lecieć”. Kładł właśnie list do kieszeni, kiedy uderzyło go jedno: „Dlaczego pisała? Dlaczego nie zatelefonowała do zakładów?”. Spojrzał na list i przekonał się, że pani Johnson nie żyje już od wczorajszego ranka. Z początku był zbyt zdumiony, aby się gniewać, ale potem rozgniewał się ogromnie.
     – Co! – mruknął. – Cóż u diabła, co ona wyrabia? – Był przecież członkiem rodziny, no nie?... albo tak jakby. A tu Rose pisze mu sztywne liściki, zaczynające się od „Kochany George”, a kończące się „Rose”, bez ucałowań, nawet bez pozdrowień. Pod gniewem jednak taił się głęboki niepokój. Przypominał sobie, że ostatnio ogarnęło ją jakieś otępienie, jakaś apatia, którą można było prawie wziąć za obojętność. Kiedy na przykład zaprowadził ją, by obejrzała dwa pokoje, które miały być ich domem, wysuwała najrozmaitsze zarzuty, zamiast być równie zachwycona jak on. „Popatrz na te wszystkie schody – powiedziała – jak to wysoko” – i tak dalej. Można było nieomal pomyśleć, że nie paliła się do tego małżeństwa, ale ta myśl była nie do zniesienia, więc prędko ją porzucił. Pamiętał, że z początku, trzy lata temu, nalegała, aby się natychmiast pobrali. Gotowa jest zaryzykować – mówiła; dużo ludzi pobiera się, mając mniej pieniędzy niż oni. On jednak był człowiekiem przezornym i namówił ją, żeby poczekać na jakie takie zabezpieczenie. Na tym polegał jego błąd – stwierdził teraz; powinien był wziąć ją za słowo i ożenić się z nią od razu, a wtedy... Spieszył ulicami Londynu, aby pocieszyć Rose, a przez cały czas, myśląc o niej, czuł niepokój i troskę; był niespokojny jak zabłąkane dziecko. Kiedy wchodził do kuchni, nie miał jasnego wyobrażenia o tym, co zastanie; zdziwił się jednak, widząc, że Rose siedzi na swoim zwykłym miejscu przy stole z rękoma splecionymi bezczynnie przed sobą, blada, z opuchniętymi powiekami, ale zupełnie spokojna. Kuchnia była nieskazitelna, unosił się w niej zapach mydlin i czystego ciepła. Najwidoczniej dopiero co została porządnie wyszorowana.
     Rose zwróciła na niego zapłakane oczy i rzekła:
     – To ładnie, żeś przyszedł, George.
     Zamierzał ucałować ją serdecznie na pociechę, ale to, co powiedziała, zaskoczyło go. Poczucie urazy pogłębiło się w nim.
     – No – powiedział oskarżycielskim tonem – co to wszystko znaczy, Rose, dlaczegoś mnie nie zawiadomiła? Wyglądała na zdenerwowaną, ale rzekła wymijająco:
     – Tak prędko było po wszystkim, zabrali ją, wydawało mi się, że nie ma sensu i ciebie jeszcze sprowadzać!
     George wysunął sobie krzesło zza stołu i usiadł naprzeciwko niej. Sądził, że po trzech latach nie dowie się już niczego nowego o Rose; tymczasem oto teraz rzucał na nią niespokojne i bojaźliwe spojrzenia: wydawała mu się kimś obcym. Była mała i śniada, trochę za szczupła. Twarzyczkę miała bladą, o ostrych rysach, ładnych, chociaż nieregularnych. Ubierała się zazwyczaj w ciemną spódniczkę i białą bluzkę. Bluzkę tę prała i prasowała po nocach, żeby była zawsze świeża. Ta świeżość, schludność, była jej najwybitniejszą cechą. „Wyglądasz, jakby cię można było przeciągnąć głową naprzód przez żywopłot, a mimo to każdy włosek pozostałby na miejscu” – przekomarzał się z nią nieraz. Na co ona odpowiadała na przykład: „Nie rozśmieszaj mnie. Jakżeby to mogło być?”. Mówiła to z całą powagą, a on w takich chwilach wzdychał zabawnie, stwierdzając, że jest pozbawiona poczucia humoru.
     (...)

GŁÓD

     (...) Ach, ależ piękne, piękne jest miasto białego człowieka! Patrz, jak domy układają się w desenie, a gładkie szare ulice rysują pomiędzy nimi wzory niby ślady zręcznego palca. Spójrz na te domy białe i kolorowe, oblane słońcem tak, że oślepiają. Zobacz, jakie są duże. Ależ dom Greka to psia buda w porównaniu z nimi! Tutaj domy piętrzą się tak, jakby ich było trzy albo cztery jeden na drugim, a każdy otoczony ogrodem z kwiatami o barwach czerwieni, fioletu i złota; w ogrodach lśnią ciemne tafle wody, a na ich powierzchni kołyszą się kwiaty. I spójrz, jak się to miasto ciągnie w głąb doliny, a nawet w górę po przeciwnej stronie! Dżabawu idzie dalej, nogi same stąpają bez pomocy oczu, tak iż posuwa się zygzakowato, zbaczając to w tę, to w ową stronę, aż z przejeżdżającego samochodu rozlega się ostrzegawczy wrzask i raz jeszcze chłopiec uskakuje w bok i stoi, wytrzeszczając oczy. Teraz jednak nie ma kurzu, tylko gładziutki, rozgrzany asfalt. Dżabawu schodzi powoli po zboczu, wspina się na następne wzgórze, dostaje się na jego wierzchołek i tam stoi długo, długo. Domy bowiem ciągną się przed nim jak okiem sięgnąć, a również po obu stronach. Nie ma tym domom końca. Zbudziło się w nim nowe uczucie. Nie twierdzi, że się boi, ale w żołądku czuje ciężar i zimno. Dżabawu wspomina wioskę; i on, który tyle lat tęsknił za tą właśnie chwilą święcie przekonany, że nic go z wioską nie łączy, teraz słyszy, jak szepce mu ona po cichu: „Dżabawu, Dżabawu, ja cię urobiłam, do mnie należysz; co będziesz robił w tym ogromnym i oszałamiającym mieście, które z pewnością jest większe niż wszystkie inne miasta?”. W tej chwili bowiem zapomniał, że to jeszcze nic w porównaniu z Johannesburgiem i innymi miastami na Południu; albo raczej nie ma odwagi o tym pamiętać, myśl ta jest zanadto przerażająca.
     Domy są teraz rozmaite, jedne duże, inne lada jakie jak dom Greka. Bywają więc rozmaici biali ludzie – mówi z wolna mózg Dżabawu, lecz trudno jest wchłonąć taką myśl od jednego razu. Dotychczas sądził, że są wszyscy jednakowo bogaci, potężni, mądrzy.
     Dżabawu powiada swoim nogom: „No, idźcież dalej, idźcie”. Ale nogi go nie słuchają. Stoi w miejscu, podczas gdy oczy wędrują po ulicach obudowanych domami, i te oczy są oczami małego dziecka. Wreszcie daje się słyszeć szelest gumowych kół zwalniających biegu i Dżabawu widzi obok siebie Afrykańczyka-policjanta na rowerze. Policjant opiera jedną stopę na ziemi i patrzy na Dżabawu. Patrzy na stare, podarte spodenki i nieszczęśliwą twarz chłopca i pyta życzliwie:
     – Zabłądziłeś?
     Mówi po angielsku.
     Z początku Dżabawu zaprzecza, bo nawet w tej chwili niemiło mu jest przyznać, że nie wie wszystkiego. Potem jednak odpowiada nachmurzony:
     Tak, nie wiem, gdzie iść.
     – Szukasz pracy?
     – Tak, synu rządu, szukam pracy. – Mówi to w swoim języku; policjant, który pochodzi z innej części kraju, nie rozumie i Dżabawu powtarza to samo po angielsku.
     – W takim razie musisz iść do Urzędu Przepustek i dostać przepustkę na szukanie pracy.
     – A gdzie jest ten urząd?
     Policjant zsiada z roweru, ujmuje Dżabawu za ramię i długo przemawia do niego:
     – Teraz musisz iść prosto przed siebie jakieś pół mili, potem tam, gdzie spotyka się ze sobą pięć ulic, skręć w lewo, a potem skręć jeszcze raz i idź prosto, i...
     Dżabawu słucha, kiwa głową i mówi „Tak” i „Dziękuję”, po czym policjant odjeżdża i Dżabawu stoi bezradnie, gdyż nic nie zrozumiał. A potem idzie dalej i nie wie, czy nogi mu dygocą z głodu, czy ze strachu. Kiedy spotkał policjanta, słońce padało mu od tyłu na plecy, w chwili zaś kiedy nogi same mu się zatrzymują z osłabienia, słońce ma nad głową. Wszędzie naokoło są domy, na werandach siedzą białe kobiety z dziećmi, w ogródkach pracują czarni mężczyźni, a na podwórkach widać ich więcej jeszcze, śmiejących się i rozmawiających. Czasami Dżabawu rozumie, co mówią, a czasami nie. W tym mieście bowiem są ludzie z Nyasaland i z Północnej Rodezji, i z kraju należącego do Portugalczyków. Dżabawu nie zna ani słowa w ich językach, toteż boi się ich. Kiedy zaś słyszy własną mowę, dowiaduje się, że ci ludzie pokazują palcami na jego podarte portki i tobołek i śmieją się, mówiąc:
     – Patrzcie na tego nieokrzesanego chłopaka prosto z kraalu.
     Staje na skrzyżowaniu dwóch ulic, rozglądając się w tę i w ową stronę. Nie ma pojęcia, którędy kazał mu iść policjant. Idzie jeszcze trochę dalej, po czym widzi rower oparty o drzewo. Z tyłu roweru jest koszyk, a w nim bochenki chleba i bułki takie, jakie jadł poprzedniego wieczoru. Patrzy na nie, a tymczasem usta napełniają mu się śliną. Nagle wyciąga rękę i bierze bułkę. Rozgląda się. Nikt nie widział. Kładzie bułkę do kieszeni i oddala się. Znalazłszy się na innej ulicy, wyjmuje bułkę ł idzie dalej, jedząc ją. Lecz kiedy skończył, żołądek jego zdaje się mówić: „Co, jedna mała bułka po całym ranku na głodnego! Lepiej już, żebyś mi nic nie dawał!”.
     Dżabawu idzie dalej, oglądając się za drugim koszykiem na rowerze. Kilka razy skręca w różne ulice za jakimś koszykiem, który wygląda tak samo, ale okazuje się inny. Mija dużo czasu, nim znajduje, czego szukał. Tym razem sprawa nie jest tak łatwa jak przedtem. Wtedy ręka sama się wyciągnęła i wzięła bułkę, teraz zaś umysł ostrzega go: „Uważaj, Dżabawu, uważaj!”. Stoi koło koszyka i rozgląda się, gdy wtem jakaś biała kobieta krzyczy na niego przez płot ze swego ogródka i Dżabawu prędko ucieka, póki nie skręci za róg i nie znajdzie się na innej ulicy. Tu opiera się o drzewo, drżąc cały. Jest to wąska ulica, pełna drzew, cicha i cienista. Nie widać nikogo. Wreszcie z jakiegoś domu wychodzi czarna niania z całym naręczem ubrań i rozwiesza je na sznurze, spoglądając zza żywopłotu na Dżabawu.

Spis treści:

Lobola
Ta trzecia
Eldorado
Mrowisko
Głód