|
Książka Justyny Olko wprowadza w fascynujący świat kultur przedhiszpańskiego Meksyku. Szczególną uwagę autorka poświęca Indianom Nahua – popularnie zwanym Aztekami – spadkobiercom i współtwórcom zaawansowanej cywilizacji mezoamerykańskiej.
W książce znajdziemy omówienie wierzeń religijnych, rytuałów, obyczajowości, roli władcy i kobiet w społecznościach tego regionu, ale także zrytualizowanej gry w piłkę, tradycji pisma i tajników malowanych ksiąg, a nawet diety. Prezentując najważniejsze elementy kultury duchowej i materialnej, autorka zapoznaje czytelnika z aktualnym stanem wiedzy i proponuje własne interpretacje rozmaitych zjawisk i zagadnień związanych z cywilizacją przedhiszpańskiej Mezoameryki.
Dr Justyna Olko zajmuje się historią, antropologią i archeologią Mezoameryki prekolumbijskiej i wczesnokolonialnej w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Warszawskiego. Od blisko dziesięciu lat naucza języka nahuatl (azteckiego). Zrealizowała wiele projektów badawczych w Gwatemali i Meksyku. Jest autorką książki Turquoise Diadems and Staffs of Office (2005) oraz kilkudziesięciu artykułów i opracowań naukowych, a także redaktorką serii wydawniczej Spotkania Dawnych Kultur.
ROZDZIAŁ 1. Mezoameryka przed Aztekami
Tula, czyli zniekształcona forma słowa Tollan oznaczającego „Miejsce Trzcin”, była od dawna znana ze źródeł azteckich, rozpisujących się o wspaniałościach tolteckiej stolicy. Tak jak i jej uzdolnieni mieszkańcy, była ona niedościgłym wzorem harmonijnego i cywilizowanego miasta. Poszukując owego wspaniałego ośrodka, badacze widzieli Tollan w monumentalnych pozostałościach Teotihuacan. Dopiero studia takich XX-wiecznych badaczy, jak Wigberto Jimenez Moreno, Hugo Moedano czy Nigel Davies, a także badania archeologiczne, dowiodły ponad wszelką wątpliwość, że Tollan opisywana w źródłach azteckich to Tula w dzisiejszym stanie Hidalgo. W X i XI wieku stała się niewątpliwym hegemonem w środkowym Meksyku: jej apogeum przypadło na okres od ok. 900 do 1150 r. n.e. Składała się z wielu zespołów architektonicznych i dzielnic, zajmując obszar ok. 15 km2 i licząc blisko 50 tysięcy mieszkańców o złożonej przynależności etnicznej, randze i afiliacjach zawodowych. Współcześni badacze Tuli podkreślają jej rozmach i wspaniałość, zżymając się przy tym na opinie wskazujące na niepozorny wygląd pozostałości archeologicznych mitycznej Tuli i fakt, że ustępuje ona pod wieloma względami jukatańskiemu ośrodkowi Chichen Itza, który Toltekowie mieli rzekomo podbić. Choć bez wątpienia zasięg zurbanizowanego ośrodka był znaczny, ruiny Tuli robią skromniejsze wrażenie w porównaniu z Teotihuacan czy ze współczesnym jej centrum Chichen Itza. Kontrastują również z późniejszymi relacjami Azteków mówiącymi o splendorze i wspaniałości stolicy Tolteków. Za rządów ich mitycznego przywódcy noszącego imię boga Quetzalcoatla miały tu powstać pałace z drogocennych zielonych kamieni, turkusów, złota i kolorowych muszli,gdzie władca-kapłan przebywał i odprawiał modły, kontaktując się z samym bogiem-stwórcą. Miasto Tollan przepełniał delikatny i urokliwy śpiew licznych gatunków ptaków o barwnych, drogocennych piórach. Zgromadzono tu nieprawdopodobne bogactwa, za panowania Quetzalcoatla ziemia rodziła niezwykłe plony, ludzie zaś posiadali rzadkie umiejętności w zakresie rzemiosła. Spod ich rąk wychodziły niedoścignione dzieła sztuki i piękne przedmioty, jakich nikt inny już później nie miał stworzyć. Kres owemu „złotemu wiekowi” położyły klęski, jakie spadły na monarchę-kapłana i jego szczęśliwy lud. Stało się to za sprawą przebiegłego boga Tezcatlipoki, który, przybierając różne postaci, zsyłał na Tolteków zarazę, szaleństwo, śmierć oraz nakłonił ich do stosowania krwawej ofiary zakazanej przez Quetzalcoatla. Badacze spekulują, że wizerunki głównych bohaterów tych mitów może przedstawiać jeden z filarów Piramidy B w Tuli, jako że przedstawione postaci mają atrybuty Tezcatlipoki i Quetzalcoatla. Niektórzy uważają wręcz, że opisany w przekazach azteckich konflikt między Quetzalcoatlem a Tezcatlipoką odzwierciedla faktyczną rywalizację między kapłanami tych bogów, co jednak pozostaje hipotezą niezwykle trudną do zweryfikowania. Choć próżno by szukać w pozostałościach dawnego Tollan wspaniałości, o których mówią Aztekowie, niemniej samo centrum tolteckiej stolicy robiło bez wątpienia monumentalne wrażenie. Centralną część stanowiska zajmuje szeroki plac zamknięty od wschodu przez Piramidę C, od zachodu przez boisko do gry w piłkę, a od północy przez Piramidę B. Najbardziej imponującym budynkiem jest niewątpliwie właśnie Piramida B - piramidalna platforma z kolumnowym przedsionkiem. Na jej szczycie wznoszą się kolosalne kamienne figury atlantów-wojowników i filary z reliefową dekoracją również ukazującą uzbrojone postaci. Niegdyś dźwigały one dach świątyni. W ścisłym centrum mieściły się też budowle o przeznaczeniu rezydencjonalnym i reprezentacyjnym. Pomiędzy Piramidą B i C znajduje się tzw. Pałac Wschodni, prawdopodobnie dawna rezydencja królewska i miejsce sprawowania państwowych ceremoniałów. Jego funkcje potwierdzają najnowsze badania archeologiczne, które w pomieszczeniu obok sali reprezentacyjnej odsłoniły olbrzymie naczynia ceramiczne służące do przechowywania żywności, którą zapewne raczono podejmowanych gości.
(...)
ROZDZIAŁ 5. Królowe, kapłanki i tkaczki
Jeden z azteckich kronikarzy opowiada barwną historię księżniczki Chalchiubnenetzin, narzeczonej króla Nezahualpilli. Była ona córką samego Axayaca tla, władcy Tenochtitlanu, który przeznaczył ją na małżonkę dla swego sojusznika. Gdy wybrano ją do tej roli, była jeszcze małą dziewczynką, zadecydowa no więc, że do czasu osiągnięcia odpowiedniego wieku przebywać będzie w osobnym pałacu. Usługiwało jej ponoć dwa tysiące służących, opiekunek i paziów. Chalchiuhnenetzin, widząc, jakim szacunkiem darzona jest jej osoba i jakim mirem cieszy się wśród swej służby, poczuła się bezkarna i postanowiła dać upust swemu temperamentowi. Po upatrzeniu sobie przystojnego młodzieńca uwodziła go po kryjomu, a zaspokoiwszy swe pragnienia, nakazywała go zgładzić, a potem sporządzić jego figurę, którą przystrajała w bogate stroje i kosztowności. Z czasem reprezentacyjna sala pałacu niemal całkiem zapełniłaś!? wizerunkami kochanków księżniczki. Kiedy władca Tetzcoco składał swej na rzeczonej wizyty w owej sali i pytał o znajdujące się w niej figury, odpowiadała, że to posągi jej bogów, ten zaś dawał jej wiarę. Prawda wkrótce jednak wyszła na jaw. Chalchiuhnenetzin pozostawiła przy życiu trzech swych kochanków – ważnych panów często przebywających na dworze samego Nezahual pilli. Ten u jednego z nich rozpoznał klejnot niegdyś podarowany wybrance. Aby upewnić się co do zdrady, wybrał się w nocy do pałacu Chalchiuhnenetzin i mimo protestów opiekunki i dam dworu czyniących wszystko, by go od tego odwieść, wtargnął do jej komnaty. Gdy w łożu znalazł jedynie kukłę udającą dziewczynę, wezwał całą służbę pałacu i srogo ją upomniał. Szybko znaleziono księżniczkę, którą przyłapano na gorącym uczynku, spędzającą miło czas w towarzystwie swych trzech amantów. Nezahualpilli oddał sprawę w ręce swych sędziów, ci zaś, po szczegółowym dochodzeniu wydali surowe wyroki. Na publiczną egzekucję władca Tetzcoco zaprosił nie tylko swych sprzymierzeńców i wasali, lecz nawet wrogów imperium, w szczególności zaś córki i żony wszystkich panów, by stały się świadkami potępienia i ukarania rozwiązłej księżniczki. Wyroki śmierci wykonano na niej i na jej kochankach, a ich ciała spalono wraz z licznymi figurami upamiętniającymi poprzednich amantów. Taki sam los spotkał całą jej służbę, która pomagała w procederze. Jej egzekucję wykonano przy świątyni bóstwa związanego z cudzołóstwem, a ciała sług wrzucono do specjalnie wykopanego dołu. Wszystko to działo się na oczach zaproszonych widzów i niezliczonego tłumu, który ledwo mógł się pomieścić w mieście Tetzcoco. Publiczna egzekucja miała stać się przestrogą dla wszystkich azteckich kobiet, którym przyszłaby ochota zejść z drogi cnoty.
Ile ziarna prawdy może być w tej niezwykłej historii? Jakimi prawami cieszyły się kobiety w przedhiszpańskim Meksyku? Bez wątpienia przypadek Chalchiuhnenetzin został zaklasyfikowany w relacji kronikarza jako cudzołóstwo, a tetzcokańskie prawo przewidywało za to przestępstwo niezwykle surowe kary:
Jeśli przyłapał cudzołożnika mąż kobiety na gorącym uczynku, umierali oboje przez ukamienowanie: jeśli mąż miał jedynie podejrzenia, a postępowanie potwierdzało słuszność jego domysłów, oboje cudzołożnicy umierali przez powieszenie, a ich ciała wleczono do świątyni znajdującej się poza miastem. Nawet jeśli oskarżenia nie padły ze strony mażą, karano ich z uwagi na zły przykład dla sąsiedztwa, przy czym tą samą karę wymierzano tym, którzy pomagali w sprawie. Jeśli chodzi o cudzołożników, którzy zabili zdradzanego małżonka, mężczyzna umierał przypiekany żywcem, a w trakcie przypiekania polewano go wodą i posypywano solą, aż wy zionął ducha, kobietę zaś wieszano. Jeśli cudzołożnicy należeli do arystokracji lub szlachty, po uduszeniu palono ich ciała, co było miejscowym sposobem grzebania zmarłych.
Chalchiuhnenetzin i jej kochankowie zostali zatem ukarani stosownie do swej rangi społecznej, a spalenie ich ciał nie było częścią kary, lecz elementem obrządku pogrzebowego należnego członkom warstwy szlacheckiej mimo popełnionego przestępstwa. Rzecz charakterystyczna, służący i świta Chalchiuhnenetzin ponieśli bardziej dotkliwą karę, gdyż odmówiono im prawa do pochówku, grzebiąc ich ciała w zbiorowej mogile. Kontekstualna analiza tego niezwykłego epizodu wskazuje jednak na jego prawdopodobny wymiar polityczny i znaczenie w tradycji tetzcokańskiej, wyjaśniając przy tym nadanie sprawie wymiaru publicznego widowiska. Otóż zgodnie z azteckim obyczajem małżeństwo z córką władcy o wyższym statusie politycznym miało charakter międzydyna stycznej hypogamii: jej małżonka klasyfikowało jako osobę o niższej randze politycznej lub nawet podporządkowaną. Jest znaczące, że władcy Tetzcoco jako swe główne żony brali kobiety z dynastii panującej z Tenochtitlanu, a władcy Mexików, od momentu utrwalenia jego imperialnej pozycji – jedynie należące do własnej arystokracji. Wydaje się zatem prawdopodobne, że w oskarżeniach Nezahualpilli względem jego narzeczonej z Tenochtitlanu, a następnie jej publicznej egzekucji, należy widzieć próbę zerwania z owym niekorzystnym dla niego schematem, krokiem do uniezależnienia się od potężnego partnera.
Niezależnie od politycznego podtekstu i znaczenia tego epizodu, historia Chalchiuhnenetzin nie jest odosobnionym wypadkiem ukarania na dworze Tetzcoco przedstawicieli najwyższej arystokracji za cudzołóstwo i czyny niemoralne. Wedle pełnej pikantnych i anegdotycznych opowieści relacji tetzcokańskiego kronikarza Ixtlilxochitla, kara taka spotykała również synów i córki samego władcy; jedną z nich Nezahualpilli miał ponoć skazać na śmierć tylko dlatego, że rozmawiała z synem miejscowego arystokraty. W tej wizji surowego kodeksu prawnego i norm moralnych obowiązujących w Tetzcoco, gdzie nikt nie mógł ujść sprawiedliwej kary, ponad prawem zdaje się stać jedynie sam władca. Otóż na jednej z zabaw Nezahualpilli tak oczarował żonę jednego z tetzcokańskich szlachciców, niejakiego Teanatzina, że ta, nie bez zachęty ze strony władcy, wyznała mu swe uczucia. Wtedy Nezahualpilli miał ją zaprosić na swe komnaty, gdzie zbliżył się do niej, następnie jednak, wiedząc, że była kobietą zamężną, rozkazał ją zgładzić przez uduszenie i wrzucić jej ciało do wąwozu, gdzie wrzucano zwłoki cudzołożników i cudzołożnic.
Jak pisze kronikarz, władca postanowił posłużyć się jej przykładem, by dać kolejną lekcję moralności. Nie dość jednak na tym, że sam nie podlegał karze jako mężczyzna, który cudzołożył z zamężną kobietą: próbował również targnąć się na jej męża. Ten ostatni, gdy przybyli doń wysłannicy władcy ze smutną wieścią, wpadł w wielką rozpacz i podniósł lament po stracie ukochanej żony, słynącej zresztą z wielkiej urody, zapytując, dlaczego władca nie darował jej życia i nie puścił jej wolno, po tym, jak nacieszył się już jej wdziękami. Gdy jego słowa przekazano Nezahualpilli, ten, dotknięty do żywego, polecił wtrącić nieszczęśnika do więzienia w obliczu tak jawnego braku szacunku wobec jego królewskiej osoby. Teanatzin spędził tam sporo czasu, aż w końcu ułożył piękną i wzruszającą pieśń o niesprawiedliwości, jaka go spotkała. Pewnego dnia zaprzyjaźnieni z nim muzycy odśpiewali ją obecności Nezahualpilli. Ten, poruszony do żywego, posłał po swego więźnia, a następnie puścił go wolno, wynagradzając mu doznane krzywdy bogatymi darami i nową, młodą żoną, jaką dla niego wybrał.
(...)
|