Seria: RODOWODY CYWILIZACJI

Laurent Vidal
MAZAGAN MIASTO KTÓRE PRZEPŁYNĘŁO ATLANTYK
Z MAROKA DO AMAZONII
(1769-1783)

((Mazagäo, la ville qui traversa l’Atlantique:
Du Maroc à l’Amazonie (1769-1783)
)
Z języka francuskiego przełożyła Maria M. Berger
wydanie I, oprawa twarda, 265 s.
cena katalogowa 49,90 zł / po rabacie 37,42 zł
ISBN 978-83-06-03109-6

Twierdza Mazagan powstała w 1514 roku. Kiedy likwidowano likwidowano ją w roku 1769,była ostatnim portugalskim miastem na marokańskim wybrzeżu Afryki. Jej oblężenie przez przeważające siły Maurów skłoniło koronę portugalską do przeniesienia wszystkich mieszkańców i cennego wyposażenia przez Atlantyk do kolonizowanej właśnie Amazonii.
     Książka Laurenta Vidala przedstawia odyseję ponad dwóch tysięcy mieszkańców Mazaganu podróżujących przesz Lizbonę i Belém, stolicę portugalskiej Amazonii, do nowej osady w Ameryce Południowej oraz ich losy w Nowym Świecie.

Laurent Vidal (ur. 1967), historyk francuski, badacz historii miast i społeczności miejskich Ameryki Południowej, pracuje na uniwersytecie w La Rochelle.


fragment

ROZDZIAŁ DRUGI
Miasto w tranzycie – mazagańczycy w Lizbonie (marzec-wrzesień 1769)

     Przeżyć bez murów
     Postawmy się teraz w sytuacji mazagańczyków: czym się zajmują w okresie przejściowym? Co czują po opuszczeniu twierdzy? I jak przyzwyczajają się do myśli o wyjeździe do Amazonii? Stwierdziliśmy, że źródła, którymi dysponujemy, przede wszystkim urzędowe, dostarczają niewiele informacji o „odczuciach społecznych” lub o dniu codziennym mazagańczyków w Lizbonie. Warto mimo wszystko podjąć eksperyment: idąc tropem Alaina Corbina, spróbujmy „[.]odtworzyć to, co możliwe i prawdopodobne; zarysować historię wirtualną krajobrazu, otoczenia i środowiska; pokusić się o zrekonstruowanie hipotetycznych emocji [.]”, następnie podążając śladem założonym przez Arlette Farge, spróbujmy wyszukać w dostępnych dokumentach szczegóły, które nas informują o „drobinach zdarzeń”.
     Można sobie bez trudu wyobrazić niepokój oraz niepewność mazagańczyków podczas ich przeniesienia do Lizbony, ich mieszane uczucia – z jednej strony poczucie ulgi, że mogą skończyć z życiem w zamknięciu, które stało się ich udziałem przez ostatnie miesiące; z drugiej – poniżenia, że nie mogli walczyć do końca. Czy można jednak wyobrazić sobie obawę o przyszłość grupy moradores albo Azorczyków? Stracili wszystko i czują się teraz ogołoceni, rzuceni na pastwę urzędów, które wydają się im bardziej obce i abstrakcyjne niż kiedykolwiek. Ich świat się wali i gmatwa. Poprzez morze, które im zawsze dostarczało pożywienia i ochrony (to dzięki niemu nadchodziły towary i posiłki; na nie się udawali, aby łowić ryby i zbierać jego owoce) dotarła do nich dnia 8 marca smutna wiadomość, że mają opuścić swoją twierdzę. Po tym samym morzu błąkają się od ponad dziesięciu lat, w marnie wyposażonych łodziach, co jest dodatkowym źródłem ich cierpień i wyrzeczeń: choroba morska ich i nie opuszcza głód i pragnienie.
     U ujścia Tagu, kiedy statki podpływają do nabrzeża Belém, z pokładu widać łany zbóż, tylekroć opiewane przez poetów; złoto ich barwy mieni się na horyzoncie sprawiając, że wielkie miasto, którego kontury zarysowują się stopniowo przed ich oczyma, staje się jakby bardziej nierealne. To być może w tym momencie, zanim zejdą ze statku, doznają pierwszego wielkiego szoku. Nie zapominajmy, że ich świat w Mazaganie był zamknięty, ograniczony wysokimi murami i że wypady na równinę Dukkala były okupione tysiącem wybiegów. I oto ukazuje się im nagle ogromne miasto, liczące jakieś sto trzydzieści tysięcy mieszkańców, którego domy rozciągają się na okoliczne wzgórza i którego nie ogranicza żadne sztuczne ogrodzenie. Oczywiście, mazagańczycy pochodzący z Portugalii mieli już do czynienia, choćby w chwili opuszczania starego kontynentu, z wielkim portowym miastem takim jak Porto albo Lizbona, ale ani Azorczycy, skazani na swoje pełne pyłu wyspy, ani moradores nie mieli wcześniej okazji zetknąć się z tak wielkim centrum. Gorączkowe podniecenie, jakie ich ogarnia, powoduje, że przejście ze świata zamkniętego do świata otwartego wprowadza w ich umysłach jeszcze większy zamęt.
     Zaraz też ogarnia ich wzburzenie, związane z przybyciem: hałas miasta, pokrzykiwania majstrów, zarządzenia urzędników. Niespokojny rytm miasta portowego zastąpił powolną i przewidywalną codzienność warowni, która ulegała zaburzeniu tylko w czasie wojny. Trzeba opuścić statek, przegrupować się, wysłuchać poleceń a następnie rozłączyć się, celem dotarcia do miejsc zakwaterowania, przydzielonych przez Koronę. Podczas gdy komendant Mazaganu, wraz ze swymi doradcami, udaje się do pałacu królewskiego, los mazagańczyków przejmują w swoje ręce nowi przedstawiciele administracji królewskiej. W niektórych rodzinach, które zaznały już tragedii wygnania, otwiera się nowa rana: muszą rozstać się ze swoimi chorymi. To jeszcze bardziej pogłębia ich samotność: zagubieni w tym wielkim zbiorowisku, jakby porozrzucani w przestrzeni, mają poczucie własnej nędzy. Dopiero dotarłszy do miejsca swego zakwaterowania, gdzie rodziny nie mają innego wyjścia, jak tylko tłoczyć się jedne obok drugich, uświadamiają sobie w pełni fakt utraty domu oraz tego co bliskie i bezpieczne. Wrzuceni do tygla wielkiego miasta stołecznego, czują nagle swoją kruchość, małość; oni, którzy jeszcze nie tak dawno byli zaufanymi żołnierzami.
     A jednak, w dzielnicy Belém, gdzie przyszło im mieszkać, odnajdują coś swojskiego. Architektura manuelińska wieży Säo Vicente (zwanej wieżą Belém) – służącej za więzienie – oraz klasztoru hieronimitów, którego imponujące kształty górują nad okolicą, nadaje tej dzielnicy szczególny styl, wyraźnie odbiegający od charakteru odbudowanego centrum Lizbony. Pod względem psychologicznym, Belém jest jeszcze związane z cyklem wielkich odkryć, z wielkimi epopejami w obronie krzyża, podczas kiedy Lizbona, „miasto Oświecenia” pragnie przewodzić nowemu cyklowi, to jest okresowi racjonalnego zarządzania rozległym imperium, rozciągającym się na trzech kontynentach. Złudne wrażenie podtrzymywane jest jeszcze przez jakiś czas, kiedy mazagańczycy przybijają do portu w Belém i zajmują kwatery wokół dostojnego klasztoru Hieronimitów lub też na samym jego terenie. Styl manueliński ukształtował się w codziennej atmosferze wysławiania pobożności i może wydawać się naturalnym przedłużeniem znanej im wcześniej obrazowości oraz rodzaju wrażliwości. We właściwych mu kształtach i rzeźbach, w jego koronkowej ornamentyce, gdzie przeplatają się ze sobą motywy wschodnie oraz zdobnictwo charakterystyczne dla włoskiego renesansu, można nawet odnaleźć coś swojskiego i bliskiego.
     Czy to nagłe znalezienie się w otoczeniu wykwintnej architektury sprzyja osłabieniu rozeznania własnej sytuacji? Nie ulega wątpliwości, że wielu z nich nie orientuje się jeszcze, jak dalece stali się pionkami w rękach Pombala i Furtado Mendonçy, pionkami, które można dowolnie przesuwać na wielkiej szachownicy imperium portugalskiego. Dla obydwu braci, Belém to wielki port handlowy, do którego przybijają flotylle ze złotem, cukrem i towarami korzennymi, ale również i miejsce, skąd odpłynęli jezuici, po ich wydaleniu w 1759 roku; wieża Belém służy już tylko jako więzienie. Odnajdujemy tutaj ulubiony motyw historyków Jeana-Claude’a Perrota i Bernarda Lepetit: rozdźwięk między wykorzystaniem społecznym obiektów architektonicznych a ich pierwotnym przeznaczeniem. To napięcie powstające między wykorzystaniem a przeznaczeniem jakiejś przestrzeni może stać się podstawą działań politycznych; łatwiej zrozumieć, że może ono prowadzić do wielu nieporozumień, a następnie nawet otwartych konfliktów między władzą a społeczeństwem.
     Dla mazagańczyków rozpoczyna się odtąd długi okres oczekiwania. Z podobną sytuacją oswoili się już oczywiście w ich marokańskiej warowni, ale był to rodzaj oczekiwania mistycznego na wielką bitwę z niewiernymi, w której ich odwaga oraz waleczność zostałyby nagrodzone. Oczekiwanie, któremu muszą teraz stawić czoło, jest bardziej banalne: nie muszą niczego dowodzić ani bronić.

(...)


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl