Pełna, wszechstronnie komentowana edycja listów Henryka Sienkiewicza znajduje swój finał w niniejszym, piątym tomie. To wielkie osiągnięcie badawcze, którego znaczenie dla wiedzy o osobie, życiu i twórczości pisarza, jego środowisku, a także szerzej – o instytucjach kulturowo-literackich, o języku epoki – jest nie do przecenienia.
Tom piąty zawiera ponad 500 listów, opatrzonych szczegółowym komentarzem. Obejmuje między innymi korespondencję do teściów Sienkiewicza, do adresatów nieustalonych, a także bardzo cenne listy do około osiemdziesięciu instytucji (takich jak Akademia Umiejętności, Towarzystwo Dziennikarzy Polskich, Towarzystwo Tatrzańskie, Zjednoczenie Rzymsko-Katolickie w Chicago, redakcje czasopism), z którymi pisarz pozostawał w kontaktach i prowadził wymianę myśli na tematy ważkie, aktualne.
Listy tradycyjnie już opatrzone wstępem, obszernym aparatem krytycznym, licznymi ilustracjami o charakterze dokumentacyjnym.
Zrealizowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Książka wydana przy pomocy finansowej Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Tom V – Część pierwsza
Szetkiewiczowie, list 44, 1889
[Wiedeń]
Środa, 17 IV 1889
Siedzę w Wiedniu i namyślam się. W Kaltenleutgeben zimno, w Abacji nudno, do jezior włoskich daleko.
Z Krakowa wyjechałem w poniedziałek rano. Widziałem tu wszystkich znajomych i p. Konstantego [Górskiego] w przejeździe do Meranu.
Pyta Mateczka o Dużą Dzinkę. Otóż znalazłem, że wygląda ładnie i młodo, ale bardzo delikatnie. Sama mówi, że zeszczuplała mocno, co zresztą znać i na twarzy. Gardło jej niby dobrze, ale od czasu do czasu pokasłuje i radzi sobie na ten kaszel, zjadając pastylki z panieńskiej skórki. Z tego, co się mówiło o lecie, wnoszę, że ani mowy o tym nie ma, by mogła uniknąć Blinstrubiszek, długiej podróży i siedzenia tak jak zwykle. Zdaniem moim, trzeba by ją zabrać tym wcześniej gdzieś w góry, w zdrowe powietrze, by mogła nabrać sił przed podróżą. Być może, i to prawdopodobnie, wszystko to nic nie jest i nie pociągnie za sobą gorszych konsekwencji, ale po tych doświadczeniach i przejściach, jakie się przeżyło, dochodzi się do przekonania, że ani zbytnim przewidywaniem, ani ostrożnością, choćby do śmieszności posuniętą, zgrzeszyć nigdy nie można. Bądź co bądź Dzinia gardło zawsze miała delikatne, chorowała już na nie i sama jest delikatna. Że się takich względów nie bierze pod uwagę, póki jakieś zło nie zrobi się widoczniejsze, to jest naturalne. Ale zawsze sądzę, że lepiej jest w takich razach przesadzić, niż zbyt lekceważyć choćby najmniejsze objawy.
Ona sama przywykła do tego, że zawsze jej coś jest, ani dba. Nie wadziłoby jednak wezwać Pareńskiego, kazać się dobrze ostukać, wybadać i dopiero robili projekta. Poddałem jej tę myśl właśnie na czekającą ją podróż i malaryczne usposobienie, ale pewno tego nie zrobi.
Dobrze by było, żeby Mateczka za przyjazdem nalegała o to samo.
Jest zupełnie prawdopodobne, że Pareński znajdzie wszystko w porządku i prócz delikatności kompleksji nic nie odkryje, ale właśnie w takim razie będzie spokój i zadowolenie.
Do Zakopanego jeszcze się nie zdecydowali jechać na święta. Jeśli pojadą, to w sobotę. Zresztą Mateczka będzie lepiej o tym wiedziała. Ja przypuszczam, że się nie wybiorą dla uniknięcia kłopotu dla siebie i Dembowskich, a wolałbym, żeby się wybrali i żeby Dzinka tam na parę tygodni została.
Ja zupełnie jeszcze nie wybrałem. Myślę także trochę o Gleichenbergu, którego nigdy nie widziałem. Zimno tu dotąd i czas w ogóle zły.
Zabieram się po trochu do roboty. Odczyt skorygowałem i wysłałem „Słowu” oraz „Przeglądowi”. W Krakowie się podobał. Krytyki „Ziarna” nie będę czytał nigdy, więc mi wszystko jedno, co piszą.
Byłem wczoraj u Ajdukiewiczów. Ona ma się dobrze. Całe lata przesiadywała przedtem w Goerbersdorfie. A[rtur] Potocki lepiej, choć operacja była straszna, bo mu poderżnęli gardło aż do kości.
Chwała Bogu, że dzieciska zdrowe. Tatuś bardzo je kocha i ściska z całej siły. Bądź co bądź w maju się zobaczymy.
Stoję w Erzherzogu, który jest jedną z brudniejszych dziur w Wiedniu. Za chwilę ma przyjść do mnie Chłędowski, więc kończę, całuję ręce Mateczki, Ojca i dzieci ściskam. Henryk S. Tom V – Część druga
W. Ulanowska, list 40, 1911
[Warszawa. Hoża 22]
Piątek wieczór, 27 I 1911
Drogi mój Kotku.
Czy już po egzaminie i czy wypadł po Twojej myśli, a przede wszystkim jak zdrowie Twoje i wszystkich w domu? Dość już dawno nie miałem od Ciebie wiadomości, zapewne dlatego, że byłaś bardzo zajęta. Ja też ociągałem się, czekając na Twój list, a teraz piszę w nadziei, że mając wolniejszą główkę, prędzej odpowiesz.
Kazałem wysyłać Ci „Kuriera” wraz z odbitką odcinków od Nowego Roku. Powinien już był dojść, a jeśli nie doszedł, to mi donieś, ażebym mógł zmyć głowę redaktorowi. Dołączam także rycinę przedstawiającą Oblęgorek. Wyszła ona w Albumie pisma, które się zowie: „Wieś Ilustrowana”. – Oblęgorek wygląda w naturze znacznie ładniej, ale i z tej ryciny można mieć jakie takie o nim pojęcie. Jaka byłaby to dla mnie przyjemność, gdyby kiedy Pani Ulanowska wraz z Tobą i Profesorem chcieli zajrzeć do tej kieleckiej pustelni, albo (jak ją nazywa „Wieś Ilustrowana”) rezydencji – nie potrzebuję Ci chyba mówić.
Z moim gardłem i z katarem już lepiej. Pomogły inhalacje i inne środki przepisane przez drą Dmochowskiego. Nie wolno mi jeszcze wychodzić wieczorami i w niepogodę, ale i ten zakaz wkrótce się skończy.
Jaka w Krakowie zima? Tu ciągle dwa albo trzy stopnie ciepła. Jest to stan rzeczy wielce niepomyślny, bo nie będzie można zrobić na wsi zapasów lodu na lato. Oblęgorska lodownia dotychczas pusta, a bez lodu wielka bieda, bo gdy przyjdą upały, psują się zapasy żywności.
Dzinka często pisuje z Zakopanego. Zdrowie jej jest zupełnie dobre i rad jestem, że jej nie ma w Warszawie, gdzie mogłoby się popsuć z przyczyny odwilży i szkaradnej w ogóle pogody. W marcu pojadę do niej, a raczej sprowadzę ją do Krakowa i pojedziemy razem dalej.
Czy też dziki Henio pojawił się po moim wyjeździe na Garncarskiej? Jak jestem w Krakowie, to i on się trochę rusza, ale gdy zostaje sam, woli życie pustelnicze i prócz do Babuni na Wolską, rzadko gdzie zachodzi.
W Warszawie nic nowego prócz tego, że ludzie, a zwłaszcza młodzi, pracują obecnie tylko nogami. Co dzień są jakieś bale na rozmaite cele dobroczynne i to tańcujące miłosierdzie będzie wybijało hołubce jeszcze długo, bo i karnawał jest długi.
Ściskam Twoje rączki, mój drogi Kotku, najserdeczniej i całuję kochaną główkę. Do widzenia w marcu. Pani Ulanowskiej, Pani Szumlańskiej i Profesorowi najpiękniejsze ukłony. H.S. Tom V – Część trzecia Polska Rada Narodowa w Ameryce, listy 1-2, 1915
[Vevey, 21 października 1915]
Czcigodni i Drodzy Rodacy, List mój wobec dzisiejszych trudności pocztowych nie zdąży zapewne na otwarcie Sejmu, ale mam na dzieję, że dojdzie rąk Waszych, zanim obrady zostaną ukończone, a w najgorszym razie przedrukują go Wasze dzienniki. Całym sercem biorę udział w Waszych usiłowaniach zorganizowania Polonii amerykańskiej we wspólnym ideale miłości i pomocy dla Ojczyzny. Spadły na kraj nasz wprost niebywałe w dziejach świata klęski i niedola naszej ziemi przechodzi wszelką wyobraźnię.
Na domiar, okrutne prawa wojenne wiążą ludziom ręce w dzielnicach polskich i utrudniają zamierzoną na szerszą skalę pomoc. Wy jedni tylko, jako obywatele wolnej i niedotkniętej wojną ziemi, możecie się skupiać, organizować i wytwarzać siłę zdolną do ratowania Ojczyzny, zagrożonej przez głód, nędzę, przez zniszczenia miast, wsi i przez wyludnienie. Ufamy mocno, że Bóg miłosierny nie dopuści do zupełnego upadku naszego narodu i sami bronić się będziem ze wszystkich sił, ale im więcej znajdziemy u Was pomocy, im więcej okażecie miłości, wiary, woli i energii, im obóz Wasz będzie bardziej zwarty, a moc większa, tym obrona będzie skuteczniejsza. Pamiętajcie, że jesteście poniekąd odsieczą, która ma przyjść w pomoc zagrożonej narodowej twierdzy. Mogą istnieć między Wami rozdźwięki, ale przecie cel jest jeden, a mianowicie: ratunek dla polskiego życia. Dawno nie zajaśniała nam tak promienna nadzieja zmian pomyślnych, nigdy dotychczas ciemięzcy nie przyznali się tak otwarcie do krzywd nam uczynionych – ale zarazem wiedzcie, że nigdy straszliwsza groźba nie zawisła nad nami. Nie tylko bowiem chodzi obecnie o polską niezawisłość, ale o to, by nie zniszczał sam polski naród, by nie wyginął z głodu, by nie został wyparty ze swego odwiecznego gniazda i nie rozproszył się między innymi narodami. Niechże to okropne niebezpieczeństwo potroi Waszą energię i ofiarność, niech Was zjednoczy, niech da mądrość Waszym obradom i nieprzepartą siłę Waszym postanowieniom i czynom, niech rozpłomieni Wasze dusze i serca.
Błogosławieństwo umęczonej Ojczyzny i moje najgorętsze, serdeczne życzenia będą zawsze z Wami. Henryk Sienkiewicz Vevey, 21 X 1915
|