Jarosław Iwaszkiewicz
LISTY DO CÓREK

Opracowali Anna i Radosław Romaniukowie
wydanie I
oprawa twarda, ilustracje czarno-białe, 560 s.
cena katalogowa 59,90 zł / po rabacie 44,92 zł
ISBN 978-83-06-03217-8

    „Marysieńko złota...”, „Kochana Teresko...” – tak zaczynają się zebrane w tej książce listy. Kończy je podpis nadawcy – „Tajta”, „Ojciec”, „Jarosław”. W listach Jarosława Iwaszkiewicza do córek znajdziemy kilka epok: historycznych, życia jednej rodziny, życia nadawcy i adresatek. Jest to korespondencja z okresu międzywojennego, lat okupacji i PRL-u, ale wewnętrzne cezury znaczą w niej również wydarzenia rodzinne, rytm dzieciństwa, młodości, dojrzałości i starości. Iwaszkiewicz potrafił docenić i starał się pielęgnować relacje łączące go z najbliższymi. Pisał do córek z Rabki i Kopenhagi, Sandomierza i Santiago de Chile, Gorzekałów i Rzymu. Dzięki tym listom na moment lektury stajemy się również domownikami na Stawisku. Wchodzimy do domu, którego atmosferę, daleką nieraz od sielanki, kształtowały indywidualności wszystkich jego mieszkańców: Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, ich córek, wnuków, bliższych i dalszych krewnych, przyjaciół-artystów. Listy do córek Jarosława Iwaszkiewicza są jak ten dom i ta rodzina. Zwyczajne i jedyne w swoim rodzaju.

„Listy Jarosława Iwaszkiewicza do córek czytać można na kilka sposobów. Wpierw jako wgląd w najbardziej intymną sferę życia pisarza. Iwaszkiewicz jawi się tutaj jako niezwykle troskliwy ojciec, a następnie dziadek. (...) Pośrednio wprowadza ta korespondencja w nierzadko dramatyczne losy Stawiska, które stanowi swoisty mikrokosmos. (...) Opisana przez pisarza gęsta sieć rozmaitych współzależności dużo mówi o ludzkiej naturze. (...) Prawdziwy podziw budzą niesłychanie precyzyjne i skrupulatne przypisy do tej korespondencji. Dzięki nim przed czytelnikiem otwiera się jeszcze jedna możliwość odczytania książki – jako swego rodzaju dramatycznej opowieści o dziejach przedwojennej polskiej inteligencji, ujmowanych z nieoczekiwanej i oryginalnej perspektywy – od strony kulis oficjalnego jej życia”.
Z recenzji prof. dr hab. Aleksandra Fiuta

„W ogromnym bloku tekstów pozostawionych przez Jarosława Iwaszkiewicza zbiór listów do córek stanowi zespół zasadniczy, bogaty i cenny z wielu względów. Listy te pisane były przez ponad pół wieku – pierwsza korespondencja pochodzi z drugiej połowy lat dwudziestych dwudziestego wieku, ostatnie zdania zapisał Iwaszkiewicz tuz przed śmiercią, w roku 1980.
(...) Tom ów dla badaczy twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla historyków literatury dwudziestego wieku, dla wszystkich zainteresowanych kultura minionego stulecia, wreszcie dla miłośników i czytelników prozy pisarza jest lektura cenną i satysfakcjonującą. Ogrom informacji zawarty w listach ogarnia życie artystyczne i towarzyskie, w którym Iwaszkiewicz był obecny i czynny z taką intensywnością, jak chyba nikt z jego rówieśnych”.
Z recenzji prof. dr hab. Andrzeja Zawady


(...)

    Zaskoczyło mnie to, że Ojciec w listach opisywał wszystko, co robił, cała Jego aktywność w okresie powojennym ma w nich swoje odbicie, szczególnie w listach do mojej siostry Teresy do Kanady, w których relacjonował dokładnie działalność Komitetu Obrońców Pokoju, Związku Literatów, Pen Clubu. Teraz na to patrzymy już zupełnie inaczej, bo Komitet Obrońców Pokoju jakoś się skompromitował, choć nie wiem, czy tak całkiem, czy to obecna ocena PRL-u narzuciła taki stosunek do niego. Może istotnie to był humbug i złudzenie, że coś się za pomocą tego Komitetu obroni, ale trzeba przecież pamiętać, że wtedy na wszystko, co dotyczyło wojny, inaczej się patrzyło. Strach ciągle był w ludziach. Pomimo tego wiele osób wracało do Polski, jak chociażby Zygmunt Mycielski, bo wydawało im się, że w kraju będzie można twórczo i pożytecznie pracować. Co z, tego wynikło, zobaczyliśmy potem, ale ludzką rzeczą jest przecież mieć złudzenia. I ta korespondencja jest przez to interesująca, że właściwie jest to opis złudzeń później całkowicie straconych, podejmowanych przedsięwzięć, które nie miały żadnego odbicia w życiu codziennym. Dlatego uważam za właściwe i celowe zaprezentowanie jej Czytelnikom.
     Jednocześnie widać w tych listach wielkie uczucie – Ojciec był bardzo dobrym ojcem. Dbał o to, jak się uczymy, do głowy mu nie przyszło, że możemy mieć trudności. Ważne są dla mnie w tych listach również odniesienia do szkoły Kowalczykówny i Jawurkówny, byłam do niej bardzo przywiązana, a Ojciec często pytał mnie o szkołę. Uważałam i zawsze będę uważać, że oprócz domu ta szkoła mnie ukształtowała.
    Ojciec opisywał w listach całe nasze życie. Po lekturze listów Ojca do nas, córek, budzą się głównie w pamięci wszystkie wspomnienia związane z domem, ze sposobem domowego życia, z nieprawdopodobną ilością zwierząt, która „przewaliła się” przez Stawisko: psów, kotów, ich przygód. W tych listach pojawia się obraz naszej rodziny: sióstr Ojca, które były właściwie włączone w nasz tryb życia, dwóch babć, osób z rodziny mojej Mamy, z którymi utrzymywaliśmy bliższe stosunki, małych dzieci – wnuków Rodziców. Teraz to się rozpadło.
    Wszystko to razem tworzy dla mnie niezwykle ciekawy i bardzo wzruszający obraz.
Maria Iwaszkiewicz

Stawisko, dn. 17 II 1936 [B]

    Marysieńko moja najdroższa!
    Przesyłam Ci najserdeczniejsze życzenia i ucałowania na dzień twoich urodzin. Kończysz dwanaście lat – przestajesz być dzieckiem, stajesz się dorastającą panną, powinnaś już zacząć zdawać sobie sprawę ze swojego życia i ze swoich obowiązków. Choroba Mamusi sprawia, że powinnaś myśleć o tym, aby być dla mnie pociechą, dla Tereni opiekunką serdeczną, a dla nas wszystkich radością i uśmiechem.
     Moja droga, bardzo mi smutno, że nie jestem w tym dniu z tobą i nic mogę Ciebie tak uściskać, jak bym chciał. Mam nadzieję, że naprędce przyjedziecie już na Stawisko i będziemy nareszcie wszyscy razem.
    Mamusia kazała Cię uściskać i ucałować serdecznie, myśli ona o was ciągle i mar twi się, że was tak dawno nic widziała. Czuje się teraz trochę lepiej, chociaż jest mizerna i źle wygląda. Chodzimy teraz na spacery po wielkim śniegu, jaki spadł od kilku dni, Mik zawsze nam towarzyszy i zabawia się zjadaniem śniegu. Tak za bawnie połyka śnieg, a potem się otrząsa, bo mu zimno w gardło.
    Prezenty (skromne) urodzinowe prześlę Ci przez Władka, który w niedzielę lub w poniedziałek będzie już w Brukseli. Babcie też pewnie przez niego coś poślą. Władek bardzo tęskni do swojego Jasia i strasznie się ucieszył, że mu kazałem wra cać już do Brukseli.
    Wyobraź sobie, że wczoraj (w niedzielę) zjawił się niespodziewanie Żakiej. Siedział wczoraj cały dzień i dzisiaj rano pojechał z powrotem do Warszawy, gdzie ma zdawać egzaminy do szkoły dramatycznej. Zeza ma zoperowanego i całkiem przyzwoicie wygląda. Bardzo się o was wypytywał i kazał was serdecznie pozdro wić. Nic więcej ciekawego na Stawisku się nic dzieje, ładnie teraz ze śniegiem, na nartach ludzie jeżdżą jak w Garmisch-Partenkirchen. Babcie słuchały olim piady nadawanej z Niemiec i bardzo się tym przejmowały. Niedawno w radio był nadawany konkurs tenorów: była nadawana z płyt pięć razy ta sama aria śpiewana przez różnych tenorów i nikt nic poznał Kiepury! Książeczkę o kotach, którą Ci przesyłam, przejrzyj tylko, samego tekstu możesz nic czytać, bo nudne. Ale foto grafie cudowne.
    Jestem ciekaw wiadomości od was i o twoim zdrowiu także – nudzi mnie już, że tak ciągle chorujesz i mam zamiar zastosować metodę owego Norwega, co bił dzieci, kiedy się przeziębiały.
    Ciocia Jadwinia dostała nową lekcję w Helenowie i jeździ tam trzy razy na ty dzień. Czy byłaś kiedy w Helenowie? Tam taki śliczny jest ten park.
    Ucałuj Tereskę ode mnie serdecznie i mocno, także Jasia, ale tylko o ile jest grzeczny. Cioci Heli rączki ucałuj i wszystkich pozdrów serdecznie.
    Wyobrażam sobie, jaki Kominczak był uszczęśliwiony, że reprezentacja Polski wygrała z Belgami. A Marusarz w skokach narciarskich był 5-ty! Zaraz po Szwedzie Ruud i Norwegach!
    Ściskam Cię, moja malutka, i do serca tulę, twój
Ojciec

Stawisko, 2 marca 1977

    Moja droga Marycho!
     Piszesz, że nie masz od nas listów, ale mama zdaje się pisała i jak zwykle bardzo obficie - ja natomiast zupełnie nic mogłem. Naprzód były te czortowskie imieniny, a potem szalała znów grypa bardzo uciążliwa i w tym wieku trudna do zniesienia. Dziś już jest trochę lepiej, ale piszę w łóżku i na karb tego musisz złożyć straszne pismo, mętność myśli i niestaranność tego listu. W dodatku coś przesłania mi oczy – czy to młodzień cza migrena, czy starcza katarakta? Odwołałem moją podróż do Paryża i do Włoch i dobrze, że odwołałem, bo w tak zwanym międzyczasie dostałem zaproszenie do Sztokholmu, do związku pisarzy i na inaugurację mojej Matki Joanny, która akurat teraz wychodzi po szwedzku. Mam być tam 21. na 5 dni i stamtąd wprost „udam się” do Paryża i do Włoch. Może się uda trochę popisać, bo już dawno nic nie napisałem.
    A więc imieniny – było 75 osób i zaczęło się od samego rana, doktor Lipiński jak przyszedł o 11 rano, to wyszedł o 11 wieczór. Było mnóstwo bardzo dobrego jedze nia, o którym pomyślał Szymek, a przygotował Stach i Anusia. Były gorące potrawy w rondelkach i mnóstwo zimnych. Zaprzyjaźniliśmy się z pewną babą na Polnej i mieliśmy od niej dobre rzeczy – był łosoś i kawior itd. Mama na wszystko kręciła nosem, ale jakoś szło. Blikle przysłał tort na l0 osób, bardzo dobry, specjalnie robiony. Byli Matuszewscy, Ernstowa, Rusinkowa, Olimpia i mnóstwo różnych niespodzie wanych osób, a spodziewanych nie było. W następną niedzielę zwaliła mnie grypa. Ominęły mnie przez to: jubileusz Piotra Perkowskiego, spotkanie w Radziejowicach z pisarzami niemieckimi, wizyta Łukaszewicza i parę innych spotkań oficjalnych. Wyobrażasz sobie, jak mnie to wszystko zmartwiło! Cieszę się, że już się kończy twój pobyt w Szczawnie – i to chyba na zimowo, bo wiosna już minęła i zima zaczyna się na nowo, przynajmniej u nas na Stawisku. Pieski samorzutnie przeniosły się do większej budy M4 – a Primus już dostał posadkę, Secundus przychodzi co dzień do mnie, jest bardzo miły i mądry i bardzo pokochał dziadków. Tertius coś ma iść do Porzuczków. Migdał cierpi bardzo na reumatyzm w nogach. Maciek pojechał do Szczyrku na nar ty, a Mirka z Ludwisią do matki. U nas quasi spokój – mama kłóci się z Zosią i z ciocią Jadwinią, chwilami zdaje mi się, że już sam zwariowałem. Ale potem przy tomnieję!
    Całuję Cię mocno, twój
Ojciec

[Na marginesie drugiej strony dopisek:] Anusia płakała na imieninach, bo po wiedziałem, że jej sałatki nadają się do murzyńskiego burdelu!

Stawisko, dnia 26 XII [I9]51

    Teresek Kochany!
     List twój ostatni przyszedł w samą wilię i był dla nas wielką radością, mama myśli, żeś to ty tak wykombinowała, „a ludzie myślą i myślą uczenie”, że to listonosz chowa efektowną pocztę na ten dzień, aby tym pewniej dostać kieliszek wódki i parę groszy. Mama tak była uszczęśliwiona, że o mało z nim bruderszaftu nie wypiła. Święta jak święta, dużo jadła, mimo wszystko, i mało urozmaicenia. Mama, ku rozpaczy babci, zaprosiła na święta Irenkę z Fułą, bardzo zresztą jestem z tego zadowolony, bo bardzo lubię Irenkę i dla nich to naprawdę jest przyjemność. Na wilię było szesnaście osób przy stole, bo i Reszfeldy jak zwykle były. Ale mężczyzn tylko czterech: ja, Wiesio, Stasio i Maciunio, reszta same baby. Cały dzień i wieczór myśleliśmy bardzo o Stachu, jak on się czuje na swojej wilegiaturze i jak musi sobie pluć w brodę. Dzieci bardzo do niego tęsknią i mają do niego żal, że się do nich nie zjawia, Maciek zresztą zdaje sobie sprawę, że [Stach] się rozwiódł z Marysią i ożenił z Janką. Wilia niestety była bardzo niedobra, bo Janina zmartwiona i zmartwienie jej odbiło się na gotowaniu. Ryb nic dostaliśmy, miał być więc kulebiak, ale ona coś tak strasznego upiekła, że nikt tego nic jadł. Nadrabialiśmy makiem i kompotami, a także owocami, bo jabłka nasze jeszcze są w pełni, a przy tym przed samą wilią zjawiły się palestyńskie pomarańcze. Chłopcy, czyli Wiesio i Stasio, pojechali zaraz po wilii do Zakopanego, a ja dzisiaj tam jadę. Mama w sam Nowy Rok wyjeżdża do Rabki z dziećmi, które jeszcze nie są zupełnie zdrowe, gorączkują i źle chodzą z powodu jakichś komplikacji reumatyczn ych. Wszystkie analizy nie wykazały nic złego, więc chyba po Rabce już będą dobrze, trzeba mieć tę nadzieję, bo z tymi chorobami to już wytrzymania nie ma. Wczoraj nikogo nic było i spokój zupełny, graliśmy w brydża z dwoma Fułami; to wszystko, obawiam się, że dzisiaj trochę ludzi się sypnie, co będzie nieco kolidowało z moim wyjazdem. Marysia smutna i spokojna, bardzo miła dla nas, jak zawsze w ostatnich czasach, bardzo wielką dla nas jest pociechą jej usposobienie w tych wszystkich kło potach i zmartwieniach. Ja jadę do Zakopanego na robotę, bo mam wydać cały zbiór moich mów pokojowych, a one wszystkie były improwizowane, tylko dwie czy trzy są spisane, więc będę musiał wszystko rekonstruować, co nie jest takie łatwe. A sprawa jest bardzo pilna i w jakie dwa tygodnie muszę to skończyć!! Zresztą, gdyby się była ustaliła data mamy wyjazdu, nie potrzebowałbym jechać do Zakopanego, bez mamy i bez dzieci spokój będzie na Stawisku, ale ten wyjazd ciągle się odkładał i nawet był zupełnie pod znakiem zapytania z powodu choroby pani Łozińskiej, u której mają mieszkać. Dzieci teraz już zupełnie na naszej odpowiedzialności i co gorsza, na naszej forsie, z którą coraz jest trudniej. Ale jakoś nam humor dopisuje, bo bez humorku trudno byłoby wytrzymać. Jakie to dziwne, ze nasze życie osobiste przy całych pozo rach wielkiej szczęśliwości tak jakoś układa się trudno i wszystko idzie jak z kamienia. Wczoraj rechotaliśmy się do północy, wspominając różne kawały z waszej młodości, straszenie Kozakowskicj, historie z Łapką itd., itd. Fuła czytała swoją nowelkę pani Anieli i Jance i one twierdzą, że jest zupełnie dobra. Mnie jeszcze nie śmie częstować swoimi elukubracjami, ale niechybnie mnie jeszcze czeka to przeżycie. Fuła nic się nic zmieniła, okropna i twarz ma nieprzyzwoitą., jak gdyby była to jaka inna wstydliwa część ciała. Za to Irenka zawsze miła i jeszcze ma wielkie powodzenie, nawet u młod szych ludzi. Wiesio zaczyna podflirtowywać nawet z Marysią przerwało mi list wielkie gaudium Marysi, która przyleciała z kuchni, że przyszła paczka od Ciebie. Zaczęło się wielkie rozpakowywanie i zaglądanie, co jest. Strasznie wam dziękujemy za wszystko, matka jest jeszcze w kościele, ale pewnie bardzo Ci będzie wdzięczna za strzykawkę, ja co prawda przywiozłem prawie taką samą z Rzymu, ale nasze dwie zupełnie się już zepsuły, a tutaj ciągle są jakieś zastrzyki, więc to bardzo pożyteczne. Herbata też się przyda, chociaż nie ma w tej chwili jej braku na rynku i nawet jest wcale dobra gruzińska i indyjska. Teraz czekamy na paczkę od Edyty. Nici, igły, agraf ki wzbudzają podziw i zazdrość wszystkich. A figi i daktyle to wielka niespodziunia! Bardzo jesteś poczciwa, że tak o wszystkim pamiętasz.
    Bardzo czekamy na twój list z opisem choinki i reakcji na nią Magdy, strasznie pewnie jest teraz milutka i aż dziwno, że taka wielka, przecież oboje nie jesteście wielkoludami jak Fuła.
    Przyjście poczty przerwało mi listowy tok myśli, wice już nie wiem, co mam pi sać. Kończę więc, raz jeszcze serdecznie całując was wszystkich troje i życząc najlep szych rzeczy przy nadchodzącym roku, który oby dał nam się zobaczyć w zdrowiu i pomyślności. Do serca Cię tulę, kochanie, i mocno, mocno całuję, twój
Ojciec


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl