Nie trzeba przekonywać, iż Bolesław Leśmian jest jednym z najwybitniejszych poetów dwudziestego wieku. A mimo to nie doczekał się jeszcze pełnej krytycznej edycji swoich dzieł. Najwyższa pora nadrobić tę zaległość.
Rozpoczynamy więc sześciotomowe wydanie Dzieł wszystkich od Poezji zebranych, gdzie znajdą się utwory z wszystkich wydanych osobno tomików Leśmiana (Sadu rozstajnego, Łąki, Napoju cienistego oraz pośmiertnie wydanej Dziejby leśnej).
Dopełnieniem głównego zrębu poezji Leśmiana jest pokaźny zestaw wierszy rozproszonych, pochodzących z pierwszego okresu twórczości poety, niezamieszczonych w żadnej z jego poetyckich książek, wreszcie utwory pisane po rosyjsku wraz z ich polskimi przekładami. Prezentują one kształtowanie się indywidualności artystycznej poety, przemiany jego stylu, a także narastanie problematyki artystycznej właściwej dojrzałemu dziełu Leśmiana.
Całość opatrzona szczegółowymi przypisami oraz notą edytorską profesora Jacka Trznadla, który stanął przed trudnym zadaniem, zważywszy na charakterystyczne dla Leśmiana osobliwe formy i brzmienia wyrazowe czy zwłaszcza – istotną nie tylko dla edytorów – interpunkcję.
„Jak wiemy Leśmian mieści się w czołówce polskich poetów XX wieku, zachował do dziś czytelniczą atrakcyjność, czego nie zawsze można powiedzieć o wielu innych jego rówieśnikach, z przełomu Młodej Polski i Skamandra. Jego poezja, nie łamiąc tradycyjnej melodyczności wiersza, odznacza się zdumiewającą oryginalnością polegającą na szczególnej wyobraźni, która kreuje niezwykłe, innowymiarowe, światy mrowiące się od udziwniających personifikacji, hipostaz, wyprowadzanych z samej materii języka bytów, co zapewnia mu jedno z najważniejszych miejsc w dziejach naszej literatury dwudziestego wieku”.
Prof. Jan Prokop
SONET I
Kiedy do nieba jakiś dźwięk wypłynie,
To zabrzmi światu i w przestrzeni kona!...
Gdy się woń cudna wyrwie z kwiatów łona –
Zadrży w powietrzu – i zaraz zaginie!...
Więc na wszechświata uroczą świątynię
Spogląda dusza, tych czarów spragniona,
Tęskni i wierzy, w marzenia wpatrzona,
Że piękna chwila wrócić nie ominie!...
A wszystkie dźwięki, i światła, i wonie,
Nim ziemia wyda, wszechświat wnet pochłonie,
I skrywa w głębi swego serca – na dnie!...
Wielki, kto w życia nieuchwytnym pędzie
Choćby dźwięk jeden stamtąd wydobędzie
Lub woń, lub jeden promień światła skradnie!...
[1896]
Z CYKLU „SNY”
I
Wstępuję na snów życia marmurowe schody,
Ni to we śnie Jakuba! W ręku ściskam promień
Zamiast lampy przewodniej! Szumią róż ogrody...
Z dymiących ziół się wznoszą wizje oszołomień!...
Oto pochód obłoków pod promieni zbroją
Śród grania trąb powietrznych i bębnów, i fletni!
Oto księżyc wypływa – wielki, tysiącletni!...
Wcielone czary ziemi – myśli serca poją...
Idę – lecę, na widzeń rozanielon szczycie,
Jeno wszystkie te cuda zmieścić w oczach żądam!
Czuję w sobie prawdziwe i jedyne życie,
Gdy przez okno mej duszy na ziemię poglądam!...
Bo gdyby rzeczywistość stworzyła mi oczy –
Nie usłyszałbym piosnek śród wszechświata głosów,
Nie trysnęłyby farby z bezdennych pomroczy,
Nie zakwitła harmonia nad głębią chaosów!
II
Księga mych marzeń – to mój skarb jedyny!
Mam ją przy sobie i zawsze, i wszędzie...
Czerpię z niej wiosnę w jesienne godziny,
Com w niej wyczytał – było albo będzie!...
Przyszłość do oka wetchnęła mi duszę,
Latarnię widzeń składając w mej dłoni!
Dążąc do celu – przeczuwać go muszę...
Nie widząc kwiatka – poznam go po woni!...
W mej piersi płomień pięknych snów migota,
Biorąc mi serce za zwątpień narzędzie,
I sam już nie wiem, czy to jest tęsknota
Za tym, co było – czy za tym, co będzie!...
III
Miałem sen cherubinów! W mych oczach z szelestem
Z nasion pączki tryskały, z pączków rosły kwiaty!
I myślałem, że bogiem wszystkich kwiatów jestem
I wiosennych narodzin śledzę czas skrzydlaty!
Jako szkło, przezroczystą była ziemia cała!
Olbrzymia panorama ruchliwych widoków
Stubarwnymi kulami pączków mi strzelała,
Chroniąc śród czarnych pustyń – rzeki wonnych soków!
Zbudził mię kwiat z warowni pierś zraniwszy wonią,
Jak dzidą bezcielesną – i pytał spłakany,
Com ja widział pod ziemi skamieniałą skronią,
Kędy jego ojczyzny rozkwitają łany!...
IV
Z powierzchni wody blask się wysnuwa jak para...
To – księżyc! Na jeziorze żaden cień nie mrugnie!
Niby płyta kamienna, lśni toń srebrno-szara...
Śmiało stąpaj po fali – fala się nie ugnie!
Stoję, wsparty o mostka chwiejnego krawędzie,
Czar mię wlecze do światów rusałczanych cienia!
Napój ciszy się rozlał w głowie, w żyłach – wszędzie!
Śmiało stąpaj po fali, co pije z promienia.
Tam znajdziesz długich tęsknot zaklęte krainy,
Tam ujrzysz treść piosenek, któreś słyszał w echu!
Śmiało rzuć się na fali krysztalne równiny!
Ach! w takim samobójstwie nie byłoby grzechu!...
[1897]
O ZMIERZCHU
Słońce zgasło. O, jakże zwinne są i młode
Zmierzchy czerwca, nim w północ głuchą się przesilą!
Po wargach twoich dłonią, kształt czującą, wiodę,
Jak po koralach, morzu wydartych przed chwilą...
Spleć stopy, przymknij oczy – i nazwij to cudem,
Żeśmy razem, dalecy od dziennego znoju!
Jakże łatwo zwiać szczęście, z takim oto trudem
Rozniecone w ciemnościach twojego pokoju!
Łatwiej, niż rozpleść złotą warkocza zawiłość,
Niepojętą dla zmierzchów, co zgadnąć nie mogą,
Czemu te słowa: cisza i wieczór i miłość –
Napełniają mi serce zabobonną trwogą?...
Czemu ciebie, poległą snem na mej rozpaczy,
Pieszczę tak, jakby w szczęścia przepychu dostatnim
Każdy mój pocałunek miał być już – ostatnim...
Słońce zgasło... O, błagam, nie całuj inaczej!...
PRZYJDĘ JUTRO, CHOĆ NIE ZNAM GODZINY
Pordzewiały twej wrótni zawory,
Dym z twej chaty nie buja po niebie –
Mnie tam nie ma! Tu jestem – bez ciebie,
Tu, gdzie w próżni mijają wieczory!
Zmienionego, nim przywrzesz do łona,
Wiem, że poznasz po łkaniu przewiny!...
Czekaj na mnie, w cień własny wpatrzona,
Przyjdę jutro, choć nie znam godziny...
Zapal światło u progów przedsienia,
Z macierzanek spleć wieniec nad czołem,
Naucz dzieci mojego imienia
I zachowaj mi miejsce za stołem!
Ku tej drodze, gdzie idą pątnicy,
Dłonie twoje rzucają cień siny...
Zasadź brzozę pod oknem świetlicy,
Przyjdę jutro, choć nie znam godziny...
Duch mój, chabrem porosły i wrzosem,
Burz zapragnął, co chłodem go zwarzą!
Nie znam głosu, co będzie mym głosem,
Nie znam twarzy, co będzie mą twarzą –
Lecz ty jedna mnie poznasz niezłomnie,
Gdy twe imię śpiewając w doliny,
Z raną w piersi, zmieniony ogromnie,
Przyjdę jutro, choć nie znam godziny...