Jan Kulczyński
CO REŻYSER MA W ŚRODKU

wydanie I, oprawa miękka,
ilustracje czarno-białe, 272 s.
cena katalogowa 50,00 zł / po rabacie 37,50 zł
ISBN 978-83-06-03311-3

Reżyser teatralny, opowiada o swoim życiu, które zaczęło się w przedwojennym Lwowie w rodzinie profesorskiej, i niemal od razu musiało zmierzyć z wojną i tułaczką. Wspomnienia Autora zachowały jednak ciepły charakter. W pełnych anegdot opowieściach odnajdziemy nastrój powojennej szkoły i realia życia w państwie totalitarnym, poznamy początki kariery reżyserskiej Autora i szczegóły jego współpracy z najlepszymi artystami ówczesnej polskiej sceny.


Fragment

LEM I LEMONIADA

(...)

      W Basi Leśniakównie kochałem się miłością wielką, bo młodzieńczą i nieodwzajemnioną. Wolała ona pewnego studenta medycyny, niejakiego Lema Stanisława, który potem został pisarzem. Wspomniany Lem niegodnie napawał się moim cierpieniem odrzuconego czternastolatka. Pewnego razu zabrał nas wszystkich na dansing do „Feniksa”, zwanego Feniskiem, lokalu mieszczącego się w Krakowie na rogu Rynku Głównego i ulicy Świętego Jana. Pieniędzy mieliśmy niedużo, więc zamówiliśmy lemoniadę, którą podano nam w wysokich szklankach. Wieczór umajony był pląsami nie całkiem ubranej panienki. Ja oczywiście, jako konkurent do względów ślicznej Basi, zostałem złośliwie usadzony przez Lema tyłem do parkietu, na którym rzeczona panienka popisywała się bardzo atrakcyjnym tańcem brzucha. Żeby coś z jej popisów zobaczyć, musiałem swój kręgosłup wprawić w bolesny skręt i w takim skręcie chłonąłem wzrokiem wygibasy artystki. Falowanie jej brzucha powodowało podwyższenie temperatury mojego ciała.
     Aby ją obniżyć, sięgnąłem po szklankę z lemoniadą, i ów mój gest niekontrolowany wzrokiem, bo ten wciąż miałem utkwiony w pępku odaliski, spowodował wywrócenie się wysokiej szklanki z lemoniadą i wlanie jej zawartości w spodnie inicjatora zabawy, czyli wspomnianego Lema Stanisława. Ten, gdy lemoniada wsiąkała mu w garderobę dolną, poinformował mnie z miną angielskiego lorda, że wlanie mu słodkiego płynu w spodnie było wszystkim, o co mógł mnie poprosić. Po tym epizodzie już trochę mniej cierpiałem z powodu uczuciowego wyboru ślicznej Basi. Nawiasem mówiąc, jej wybór okazał się trwały, bo niedługo po opisanych tu wypadkach śliczna Basia przestała być śliczną Basią Leśniakówną, a zaczęła być śliczną panią Lemową, co jej zostało do dziś.

PAN KRĄŻEL

W 1955 roku profesor Aleksander Bardini przygotował w Teatrze Polskim Dziady. W tymże samym roku na dyrekcję swego teatru na krótko wrócił Arnold Szyfman. Pojawił się na generalnej próbie i usiadł ze dwa rzędy przed pulpitem, przy którym, otoczony gromadą asystentów, siedział reżyser. Wśród nich byłem i ja. Generalna biegła w miarę sprawnie, mimo że Bardini z Kosińskim wymyślili nadzwyczaj skomplikowaną machinę, w której ciągle coś się obracało, zapalało, gasło, odjeżdżało, przyjeżdżało, rozbrzmiewało i się wyciszało, krótko mówiąc, techniczny koszmar. W pewnym momencie niedotarta jeszcze machina zazgrzytała i stanęła. Chwile to trwało, po czym Lucio Sapiński, jeden z trzech inspicjentów prowadzących widowisko, opuścił czerwoną kurtynę, główną kurtynę Teatru Polskiego. Kurtyna ta oddzielała scenę od widowni już w roku 1913. Widząc te czerwień, wielki Arnold Szyfman zakrzyknął:
     – Panie Krążel!
     
Za kurtyną dały się słyszeć nerwowe biegania i jakieś szepty. Wtedy Szyfman znów zawołał:
     – Panie Krążel!
     
I znów pan Krążel się nie pojawił. Po trzecim wezwaniu Bardini nachylił się do mnie i szepnął:
     – Janek, niech pan idzie za kulisy i dowie się, kto to jest Krążel.
     
Za sceną wszyscy biegali zdenerwowani i usiłowali ustalić, kto zacz jest ów wzywany. I dopiero pan Henio Rzętkowski, szef statystów, przypomniał sobie, że Krążel był brygadierem sceny w roku 1926. Wszystko się wyjaśniło. Aktualny brygadier wyszedł przed kurtynę i poinformował Szyfmana, co spowodowało przerwę w próbie.


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl