„Warszawa 24/3. 1968 Haneczko moja kochana! Twój pomysł pyszny! Oczywiście, że mam kilka ukochanych wierszy naszej Lilusi, które to wracają coraz do mnie szczególnie podczas jej wieczorów, na które jestem często tak proszona, albo kiedy sama jestem w domu i słucham naszego ukochanego Chopina. Jaka to wielka szkoda, moja Haneczko, że tych dwojga w innych żyło dziejowych przestrzeniach, bo pomyśl tylko, jakie piękne rzeczy razem mogliby wyczarować!! Załączam ich tytuły, moja droga Haneczko, i całuję Cię czule. Twoja
Madzia” Podstawą tego unikatowego, bo siostrzanego wyboru wierszy, jest list Magdaleny Samozwaniec do stryjecznej siostry Anny Kruczkiewicz, w którym pisarka wymienia – na prośbę kuzynki – trzydzieści osiem tytułów ulubionych wierszy starszej siostry.
Tomik uzupełniają wiersze umieszczone przez Marię Pawlikowską-Jasnorzewską w listach do trzeciego męża Stefana Jerzego Jasnorzewskiego, a także nigdy jeszcze niepublikowany wiersz z okresu II wojny światowej. Znajdziemy tu także tekst Magdaleny Samozwaniec poświęcony siostrze. Całość ozdobiona jest prywatnymi zdjęciami rodziny Kossaków i dwoma, dotychczas nieznanymi, fotografiami poetki. Książkę wzbogaca płyta CD, na której Magdalena Samozwaniec czyta osiem wierszy siostry.
(...) W późniejszych latach zainteresowała się bardzo astrologią i nagminnie całej rodzinie i znajomym układała – czy tego chcieli, czy też nie – horoskopy. Do tego była domową zielarką i poiła Tatkę, Momo, Jurka, Kucharcię i mnie swoimi naparami, które niekonieczne były smaczne.
Od najmłodszych lat ujawniała też ogromne zdolności malarskie i rodzice, a szczególnie Tatko, byli wręcz przekonani, że stanie się kiedyś bardzo sławną i wielką malarką, dziedzicząc tym samym talent po nim i Dziadziu. Znakomicie mówiła po francusku, niemiecku i troszkę gorzej po angielsku. Liznęła też, w odróżnieniu ode mnie, troszku greki i łaciny. Sama, już w dzieciństwie, nazwała siebie Lilką, „Lila”, co – nie powiem – niesłychanie do niej pasowało, ponieważ ulubionym jej kolorem był właśnie kolor lila. Kiedy już dorosła, zawsze sprawiała sobie liliowe suknie i szale. Poza tym w swojej garderobie, w przepastnych szafach najpierw na Kossakówce, a później w alei Krasińskich i na Akacjowej, uznawała jeszcze tylko wszystkie odcienie błękitu i zieleni. Czerni nie cierpiała strasznie, podobnie jak i krwistej czerwieni.
Od najwcześniejszych lat moja siostra poetka marzyła o miłości, o miłości przez wielkie, niebotyczne „M”. Oprócz owej prawdziwej miłości, na którą tak bardzo czekała i wciąż jej wypatrywała, obchodził ją cały świat, a przede wszystkim przyroda. Nagminnie zaczytywała się w naukowych książkach przyrodniczych i na pamięć znała mnóstwo łacińskich nazw kwiatów i ziół. Całym sercem kochała zwierzęta. Pamiętam, jak przez wiele lat przeżywała tragiczną śmierć Florka, naszej wiewiórki, która tragicznie została zamor dowana przeze mnie drzwiami do naszego panieńskiego pokoju. Na jego cześć ułożyła przecudny wiersz, w którym wyraziła samą za nim tęsknotę i ból. Przeżyłam to zdarzenie bardzo, bo przez prawie miesiąc Lilusia traktowała mnie jak powietrze. I nie pomogły tu moje stokrotne przeprosiny, łzy i obietnice, dopiero jak w ogromnej desperacji zagroziłam, że zrobię sobie jakąś krzywdę, bo już więcej nie zniosę tej straszliwej pogardy, z jaką mnie traktowała, złagodniała i, z czasem, dobrotliwe wybaczyła.
Wiewiórka
Drzewny pajacyk. Florek, wiewiórka
O oczach Włocha, a brzuchu Turka,
O uszach diabła, ruchach wariata,
Komik, filozof i akrobata,
Zasiadał, biorąc w szybkie obroty
Orzech buczyny – trój kącik złoty,
Ząb słonecznika – orzech laskowy
Lub włoski – większy od jego głowy –
I jadł, nadęty, pełen przesady,
Wyglądem swoim dając mi radę,
By w każdą czynność – choćby w jedzenie,
Kłaść przekonanie, zapał, natchnienie.
Krząkając, trenem szastając rudym.
Chodził w trop za mną. Nie znał obłudy.
Gryzł, lecz żartami. Wciąż pełen pieczy
I obliczenia, by nie skaleczyć.
Bo nie powinien drasnąć przyjaciel.
O, przyjaciele! Czy uważacie?
Serduszko jego wesołe, skore,
Dla wszystkich innych serc było wzorem,
Jakby mówiło: i cóż za sztuka
Tak równo stukać, tak pięknie pukać?
Florek był światły. Czy zjadł chininę.
Czy pił atrament – wiedział, co czyni.
Bo bialy proszek z kory pochodzi,
A galas z dębem atrament zrodził.
Co do orzechów – chytry jak kupiec!
Puste poznawał już po skorupie.
To mi na głowie z uporem siedział,
Loki rozrzucał i burzył przedział,
To mnie obiegał, prędko, radośnie,
Jak zwykł przebiegać po dębie, sośnie,
Dając mi znowu lekcję zabawy:
Jak serce leczyć, od smutku zbawić
I całym sobą szaleć w rozpędzie.
Bez troski o to, co dalej będzie.
Skakał – (patrzałam, co znów rozbije?)
Po czym mnie długo całował w szyję,
Przyjmując wzajem moje pieszczoty:
Usta na oczach wypukłych, złotych...
A pyszczka jego dar przyjacielski
Był upojeniem rajskim, anielskim.
Szczęściem wzbronionym, o świecie! wiedz to.
Za mięsożersrwo i za łowiectwo.
Aż raz – w godzinie złej, urzeczonej –
Drzwi zgniotły kłębek rudo-czerwony.
Już się wiewiórka po ziemi wlecze.
Zmoczona z krzyża wytrysłym mleczem,
A piękny ogon, płomyk borowy,
Uwiądł, tragicznej pełen wymowy.
Z oczami w moich – drżąca ze zgrozy.
Bez księdza, modlitw i bez narkozy
Daje mi lekcję dumy milczenia,
Gdy przyjdzie płacić długi istnienia.
I bierze – obca wszelkiej pocieszę –
Z zimnych rąk śmierci – twardy orzeszek...
Kto chce, bym go kochała
Kto chce, bym go kochała, nie może być nigdy ponury,
I musi potrafić mnie unieść na ręku wysoko do góry.
Kto chce, bym go kochała, musi umieć siedzieć na ławce
I przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce.
I musi też umieć ziewać, kiedy pogrzeb przechodzi ulicą,
gdy na procesjach tłumy pobożne idą i krzyczą.
Lecz musi być za to wzruszony, gdy na przykład kukułka kuka,
lub gdy dzięcioł kuje zawzięcie w srebrzystą powłokę buka.
Musi umieć pieska pogłaskać, i mnie musi umieć pieścić,
i śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści,
i nie wiedzieć nic, jak ja nie wiem, i milczeć w rozkosznej
ciemności,
i być daleki od dobra i równie daleki od złości.
Różowa magia, 1924
Perła
Wy, coście mnie kochali, zowiąc mnie klejnotem.
Perłą swą najcenniejszą! Dziś, gdy myślę o tem,
Czuje się nią istotnie, gdyż jak perła ginę,
Straciwszy piersi waszych odżywczą ciepłotę...
Ostatnie utwory
* * *
Tobie prawdy nie powiem,
ale za to morzu,
ale wichrom lecącym w dalekie rozboje,
ale mgłom,
kiedy ranne zdejmują zawoje
z namiętnej twarzy świata,
podobnej do mojej.
z teczki MS
|