LILKA
Wspomnienia o Marii
Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej


Zebrała i opracowała Mariola Pryzwan
wydanie I, oprawa twarda, ilustracje czarno-białe, 184 s.
cena katalogowa 44,90 zł / po rabacie 33,67 zł
ISBN 978-83-06-03250-5


Książka poświęcona jednej z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich poetek – Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (1891-1945). Ta poetka, dramatopisarka i malarka pochodziła ze słynnego rodu Kossaków. Była wnuczką Juliusza, córką Wojciecha, siostrą Jerzego i Magdaleny, piszącej pod pseudonimem Samozwaniec.
     Ze wspomnień i listów zebranych w tomie Lilka wyłania się postać kobiety wrażliwej, egzaltowanej, trochę egoistycznej i niezwykle utalentowanej. Kobiety żyjącej miłością i dla miłości.
    W książce znajdują się wspomnienia m.in. Magdaleny Samozwaniec, Ireny Krzywickiej, Beaty Obertyńskiej, Jarosława Iwaszkiewicza i Antoniego Słonimskiego. Są także, odnalezione w materiałach poświęconych Magdalenie Samozwaniec, nieznane wspomnienia ostatniego męża poetki – Stefana Jerzego Jasnorzewskiego.
    Barwną opowieść o wielkiej damie poezji polskiej uzupełniają publikowane po raz pierwszy fotografie, dokumenty i akwarele.
    Tom ukazuje się w 65. rocznicę śmierci Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

 

AGDALENA SAMOZWANIEC

(...)

Nie powiem, w latach poprzedzających wojnę potrafiłyśmy się znakomicie bawić i brać z życia pełnymi garściami. Dużo czytałyśmy Czechowa, Dostojewskiego, Twaina, Balzaka, słuchałyśmy Chopina. Gershwina – szczególnie Lilka zasłuchiwała się w jazzie. Często wpadałyśmy do stolicy, korzystając z pokoiku przy pracowni ojca w Bristolu. Tam obracałyśmy się wśród cyganerii. Prawie co dziennie punkt dwunasta piłyśmy kawę w kawiarence na Mazowieckiej z Tuwimem, łwaszkiewiczem, Iłłą [Kazimiera łłłakowiczówna] – nie piło się wówczas aperitifów, tylko pół czarnej w szklance, a do tego pączek; to przed obiadem. Na spotkania w samo południe przychodził też Żeromski. Bardzo byłyśmy wzruszone, kiedy poznałyśmy go osobiście.
     Z Lilusią szalenie się kochałyśmy i zarazem szalenie kłóciłyśmy. Biłyśmy się, rzucałyśmy w siebie książkami, a potem się przepraszałyśmy, i to niejako smarkule, ale dorosłe kobiety. Jak któraś drugą porządnie uderzyła, dokuczyła, to czym prędzej szła do miasta i kupowała jej prezent, żeby przebłagać, przeprosić. Pogodzone znowu płakałyśmy z rozczulenia. Zupełnie jak dwie wariatki...
    Mój Boże, co myśmy wyrabiały! Nic dziwnego więc, że Kraków patrzył na nasze zachowanie – mówiąc oględnie – dziwnie. Biedna nasza mama, ileż to się nasłuchała o długości spódnic, fryzurach panienek, poglądach i... towarzystwie, w jakim panienki Madzia i Lila się obracają. Zgroza!
    Najlepsza historia przydarzyła się na Riwierze, na którą pojechałyśmy oczywiście razem. Ciągle tam jęczałam, chorowałam, miałam jakieś nieszczęśliwe miłości, poza tym rozchodziłam się wówczas z mężem [Janem Starzewskim]; w ogóle nudna byłam strasznie, o czym moja siostra pisze w listach do matki. I oto taka sytuacja. Moja siostra siedzi na ławeczce w Nicei, czekając na mnie, a tutaj przysiada się do niej jakiś mężczyzna. Zaczęli rozmawiać. Ów jegomość pyta Lilkę: – Co pani tu robi sama? – A ona mu na to: – Jestem pielęgniarką, przyjechałam z chorą umysłowo osobą, którą się opiekuję...
    Jegomość zerknął na poważną twarz Lilki i nie pytał już o nic, po czym za chwilę przychodzę ja, w bardzo ładnej letniej sukni – siadam obok niej. Facet tak się bokiem na mnie spojrzał, że niby to ta umysłowo chora, szybko się pożegnał i odszedł „łowić” gdzie indziej niewinną rybkę na upojny wieczór. W hotelu Lilka ze śmiechem opowiedziała mi całe to zdarzenie. Takie figle potrafiła płatać.
    To była szalona figlarka! Nikt by nie pomyślał, znając jej wiersze – tak sentymentalne, tak głębokie, nieraz filozoficzne, że miała tyle prostoty w sobie.
    Z czasów panieńskich pamiętam przezabawną historię. Przyszli do nas z wizytą młodzi ułani z ósmego pułku. Chłopcy malowani, jeden piękniejszy i milszy od drugiego, a niby jacy odważni, waleczni: ale nie wierzyli w duchy. Postanowiłyśmy dać im nauczkę. Zrobiłyśmy z Lilką w pracowni ojca wielką hecę. która – jak się potem okazało – kosztowała nas przyjaźń dwóch przyjaciółek z lat dziecięcych.
    W pracowni co jakiś czas urządzaliśmy sobie wieczorynki, dzisiaj by się powiedziało „prywatki”. Był patefon, przygaszone światło... Lilka na tę okazję, przy pomocy nieodżałowanej Kucharci [Helena Kołatkówna], robiła cudowne nalewki i pyszne kanapki.
    Było nam w tej pracowni bardzo, bardzo wesoło. I właśnie tam miał się odbyć kolejny wielki seans spirytystyczny organizowany przez panny Kossakówny, czyli nas. Pomysłowość mojej siostry poetki zawsze była wielka. Aby w temacie duchów być bardziej wiarygodną, przekupiła kilku znajomków. którzy weszli na szklany dach pracowni i przez uchylone w dachu okno spuścili do pracowni sznurki i przywiązali je do wielkiego manekina konia (ojciec miał go w pracowni). Koń był sprowadzony specjalnie z Wiednia, cały ze skóry, z ruchomą głową, ruchomymi nogami, takimi, które można było dowolnie ustawiać. Oprócz konia był też szkaradny manekin człowieka, który dopiero ubrany w mundur nie straszył... Manekin był z białej skóry, a zamiast twarzy miał dziwną maskę. Okropność! Jemu też przywiązało się kilka sznurków do rąk i nóg żeby, jak rzekła Lilka. „był lepszy efekt”.
    Lilka zadbała o każdy szczegół, ubrała ów manekin w mundur austriackiego oficera. Ja wolałam, żeby założyć mu napoleoński, ale ustąpiłam – nie chciałam awantury. Lilusia miała pewną wadę (a może zaletę?): zawsze stawiała na swoim. Tego nauczyła ją nasza mama. „Starszej siostrze się ustępuje – mawiała – bo wie lepiej”. Gdyby ta nasza biedna matka znała wszystkie zwariowane pomysły mojej siostry, w których ja odgrywałam główną rolę, a ich dokładne wykonanie groziło mi utratą życia albo kalectwem, to ostrożniejsza byłaby w formułowaniu takich stwierdzeń.
    Zebrało się całe towarzystwo: my, dwie nasze znajome i trzech ułanów. Tymczasem znajomkowie Lilki siedzieli na dachu, czekając na odpowiedni moment. W pracowni panował półmrok, tak więc sznurków przywiązanych do konia i manekina nic było widać. Zrobiłyśmy odpowiedni nastrój. Świece, stolik na środku pracowni. Nagle jedna z uczestniczek zbladła i wyszeptała: – Ten koń ruszył głową... – Na to ułan niedowiarek mówi: – No wiecie! – Teraz ruszył nogą... – wyszeptała druga.
    I jak się zaczęły te postacie ruszać, tak nasze biedne znajome z miejsca omdlały, a ułani zamiast je ratować, pouciekali. Zostałyśmy same, konając ze śmiechu i cucąc nasze przyjaciółki, które nie miały, jak się okazało, takiego poczucia humoru jak my...

LISTY MARII PAWLIKOWSKIEJ-JASNORZEWSKIEJ
DO STEFANA JERZEGO JASNORZEWSKIEGO

Środek, 24 II11943

Robaczeńku mój Ty jedyny. Tak co wieczór zażywam jedną pomarańczową dużą pigułkę w postaci, pokrajanej z łyżeczką, miodu. To robi, dobrze na sen, daje zastrzyk witamin i świeżość całemu samopoczuciu. Jest ich tyle, że na dłuższą kurację wystarczy. Nie ma, głupich, aby komukolwiek pokazywać nawet. Za każdym razem myślę, że Bajbak sam się wyrzekł tych leczniczych, pierwszorzędnych piguł naturalnych i mnie złożył w ofierze. Robaczko najlepsza.
    
Dziś deszcz padał, pierwszy raz od dawna. List długi i piękny, prawdziwie literacko napisany, trzymam sobie w kieszeni, przeczytawszy go kilka razy.
    
Miałam też dziś list od poczciwej Zając, która pociesza, oraz niby sama czując, że była, niedobra, obiecuje pomoc mimo wszystko. Dowód to, jakie uczciwe i porządne, choć kapryśne dziewczysko. Bądź rozsądne Bajbaczko i napisz do niej ładną kartkę – wystarczą same pozdrowienia i ani słowa o jakiejś naszej wdzięczności, bo ją wsypać można takim słowem, po co to zresztą taktownemu Robakowi „zaznaczać”, sam wie, co ma robić, z czym mu do twarzy.
    
Bajbaczko kochana, ściskam Cię i tak długo ciepłe trzymam w objęciach, aż mi Robactwo uśmiecha się i spojrzenie rzuca i łapeczkę podaje swoją, miłą. Czy tak? Proszę się wypowiedzieć. Bądź łaskawa, Robaczko, zaraz napisać i już pozostawionej po przedniemu trafowi, to znaczy niezależne już ode mnie. Jak tam Zając pokierował, to już tak się stało, ja swoje napisałam, nie bądźmy nerwowi i nie trujmy się drobiazgami. Będę się bardzo cieszyć, jeśliś nie wysłał, i w ogóle pragnę zgody z Robakiem moim miłym, kochanym, bardzo kochanym.

       Ll.
Rzuć promyk, słoneczko.

(...)

JAN LECHOŃ

Lilka Pawlikowska, zastrachana, zawsze świadoma swego ukrywanego garbu i swego utykania, a zarazem tego, że jest cudowną poetką i że ma profil, jakich już nie ma, i oczy, jakich już nie bywa. W każdej rozmowie zlewająca na nas komplementy tak przesadne, jak dobre wróżby Cyganek. I nagle słysząc jakiś dowcip, jakąś złośliwość niebotyczną albo jakieś bardzo ryzykowne, ale bardzo zabawne świństwo – wybuchała śmiechem z całego serca, śmiechem bachicznym i okrutnym. I Lilka też – jak Iłła [Kazimiera Iłłakowiczówna] – była czarownicą, tylko inną, bardziej niebezpieczną, bo warzyła zioła z upajających zapachów, bo wabiła nie tylko uroczym smutkiem, ale nawet śmiechem.
     Bardzo dużo napisano o niej, ale wszystkim tym pochwałom czegoś brak: pisze się o niej, jak zawsze u nas, prawie jak o świętej. A to była czarownica. Rusałka to też znaczy czarownica.

zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl