Robert Jarocki
Z ALBUMU ROMANA JASIŃSKIEGO

Wydanie I, oprawa twarda, ilustracje czarno-białe, 240 s.
cena katalogowa 50,00 zł / po rabacie 37,50 zł
ISBN 978-83-06-03315-1

Zmarły w 1987 roku Roman Jasiński, z wykształcenia pianista-wirtuoz, był długoletnim dyrektorem muzycznym Polskiego Radia, zwierzchnikiem m. in. Władysława Szpilmana. Zasłynął przede wszystkim jako menedżer od spraw muzycznych, ale dał się poznać także jako świetny publicysta i eseista muzyczny oraz wykładowca w Akademii Muzycznej w Warszawie. Był znakomitym rozmówcą i chętnie dzielił się swoimi wspomnieniami. Autora książki, Roberta Jarockiego, chętnie wprowadzał w swój przedwojenny świat, wspominając osoby, które dobrze znał:  Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów, Witkacego i Artura Rubinsteina. Barwnym portretom wymienionych osób towarzyszą unikatowe zdjęcia pochodzące z prywatnego albumu Romana Jasińskiego.


FRAGMENT

Cała tamta Warszawa, jej krótkie dzieje niepodległe między wojnami, to było nieprzerwane się wymijanie światła i cienia, gaśnięcie wielkich blasków w pomroce i znów ich promienne się odradzanie. Ale na tym polegała niespokojna, pociągająca uroda dziwnego miasta. Jego autentyczność. – Ideolodzy, którzy pragną żarliwie uszczęśliwienia ludzkości, nie rozumieją, bo myślenie namiętne uniemożliwia wyważone oceny, że warunkiem szczęścia są także kontrasty. Aby móc się cieszyć dostatkiem, trzeba obok mieć niedostatek, jedynie sąsiadująca szpetota zezwala dokładnie odmierzyć zachwyt pięknem. Ekstrema niezbędne są też i w sferze moralnej: chcąc odróżnić dobro od zła, trzeba wiedzieć, jakie ono jest. Nie dowiedzieć się o nim, lecz zła doświadczyć. – Tych kontrastów dzisiejsze bytowanie, oparte na programowym egalitaryzmie, dać nie może. Dlatego wszystko dokoła planowane jest w intencji sprawiedliwie, ale szaro i nudno.
    Możliwe, że nie mam racji! A nawet bez wątpienia tamte czasy wypada napiętnować, jako grzeszne i pełne wybojów. Grzech jednak pociąga znacznie bardziej od chłodu cnoty. Zresztą... Warszawa międzywojenna ani chybi dlatego lśni takim światłem u samego niemal dna mrocznej studni mych wspomnień, że miałem wtedy dwadzieścia parę lat i dosyć chętnych sił, aby się objadać życiem bez przeszkód, bez zahamowań, jakie – coraz okrutniejsze – gromadzi czas na stoku prowadzącym nas ku cmentarzom.
    Cóż wokół z tamtych lat ocalało? Nic zgoła! Ani kształt rzeczy, ani ciepło dawnych przyjaźni. Smak nawet trudno przypomnieć niegdysiejszych potraw i napojów, ulotnił się w coraz zimniejszym powietrzu zapach kwiatów. Jeno cienie... wspomnienia...

Jerzy Waldorff
Ze Wstępu

(...)

Tak więc, na kilka lat przed wojną, trzydziestoparolatek, zaczął Pan pracę pionierską, bo radio w ogóle, a muzyka poważna w radiu w szczególności stanowiły wtedy nowość nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. No i przy tym zajęciu został Pan także po wojnie, stając się głównym współorganizatorem, a potem długoletnim dyrektorem Działu Muzycznego Polskiego Radia, a więc następcą Edmunda Rudnickiego, choć w zupełnie innych, powojennych warunkach. Zatrzymajmy się jednak na czasach przedwojennych, bez kontynuowania wątków Pańskiej działalności w radiu. Interesuje mnie, jak doszło do powstania Pańskiego albumu, tego osobliwego i jedynego w swoim rodzaju zbioru pamiątek po ludziach i dawnych czasach.
    – Sam zamysł zawdzięczam przykładowi Witkacego. Z wielkim zawsze zaciekawieniem, a może nawet zafascynowaniem, oglądałem jego stosunkowo niewielki album osobliwości oraz w ogóle różne przedmioty gromadzone przez Witkacego w jego mieszkaniu w Zakopanem. Zbierał na przykład laski różnych sławnych osobistości, miał m.in. laski Romana Dmowskiego czy też generała Szeptyckiego. Ale to była mania późniejsza, która mnie zresztą niezbyt frapowała, w odróżnieniu od jego albumu, rzeczywiście osobliwego. Czegóż on w tym pięknym foliale nie zgromadził! Znajdowało się tam wiele dokumentów dotyczących jego australijskiego okresu. Najprzeróżniejsze zaproszenia, legitymacje etc.
   A obok tego piękna kolekcja grafiki Koniecznego, życzliwie opisana przez Żeromskiego. Była w tym albumie podwiązka Rity Sacchetto, a także budzący dreszcz lęku kawał ludzkiej skóry. A przy tym fotografia młodego Artura Rubinsteina, a obok moje rysunki, które Witkacy także uważał za... osobliwość. A więc groch z kapustą, zupełne materii pomieszanie. I to mi się podobało. Jeszcze w latach przedwojennych zebrałem sporo zdjęć, m.in. właśnie z Zakopanego, a także różnych wycinków z pism, zabawnych ogłoszeń prasowych, miałem też rzadkie rysunki, jak na przykład wspomniany przez pana rysunek Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, karykaturę moją i Ferdynanda Goetla autorstwa Topolskiego, szkic rysunku portretowego mej głowy Antoniego Słonimskiego, różne zaproszenia, wizytówki, kartki pocztowe, obsceniczne żarty fotograficzne Witkacego itp. Wciąż wszakże nie miałem tego zebranego w albumie, choć myślałem, żeby sobie taką księgę założyć. Polskie Radio tuż przed wojną zamówiło wielkie, bardzo solidnie wykonane albumy dla gromadzenia wycinków prasowych z recenzjami i omówieniami programów radiowych.
   W październiku 1939 roku, nazajutrz chyba po kapitulacji Warszawy, udało mi się jeszcze wejść do naszego biura w Dyrekcji Radia przy ulicy Zielnej i jeden z nich zabrać. Widzi go pan teraz rozłożony w trakcie naszych rozmów. Do tej potężnej księgi zacząłem stopniowo wlepiać różne materiały i fotografie, luźno tylko przestrzegając zasad chronologii i bardziej starając się, żeby było śmiesznie, ciekawie, zaskakująco. Z czasem doszły liczne aneksy księgi głównej, powiedzmy satelickie w stosunku do głównego gmachu pawilony, tzw. dependencje...

(...)


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl