Ateiści pokroju Richarda Dawkinsa wiedzą, że Bóg nie istnieje. Twierdzą, że wierzyć w jego istnienie jest niebezpiecznym urojeniem. Wyznawcy dowolnej religii z tą samą pewnością wiedzą, że Bóg nie tylko istnieje, lecz potrafi odmienić ludzkie życie, pomaga przezwyciężyć cierpienie i śmierć.
Autor tej książki wybiera stanowisko pośrednie. Na pytanie: czy Bóg istnieje, odpowiada: nie wiem. Jego książka jest przeznaczona dla osób, którym tak jak jemu mimo usilnych refleksji i szczerych chęci, nie udało się dojść do jednoznacznego wniosku w tej kwestii. To ludzie, którzy wątpią, czyli zajmują pozycję między wiarą a niewiarą – pozycję, jak podkreśla Autor, najmniej komfortową.
Fragment
ZACZNIJMY OD POCZĄTKU
(...)
1 września 2004 roku grupa uzbrojonych mężczyzn wdarła się do miejscowej szkoły i wzięła w zakład ponad tysiąc uczniów wraz z nauczycielami. Świat przyglądał się tragedii i modlił za dzieci. Odpowiedzią na tamte modlitwy było nie uwolnienie zakładników, lecz krwawa masakra. Zginęło trzysta trzydzieści parę osób, w tym sto siedemdziesięcioro sześcioro dzieci.
To nie było żadne przypadkowe niecodzienne wydarzenie, żadna potworna omyłka, żadna chwila szaleństwa niepoczytalnego psychopaty. Tamci ludzie załadowali broń i podłożyli materiały wybuchowe w klasach szkolnych, świadomie wkalkulowując w to śmierć niewinnych dzieci. Przez ponad trzy potworne dni musieli zapewne poznać większość z nich. Musieli widzieć w każdej przestraszonej twarzyczce twarz własnego dziecka. A mimo to je zabili. Niektóre horrory dzieją się na tak wielką skalę, że trudno je objąć rozumem: holokaust, czystki stalinowskie, miliony zamordowane przez Mao Tse-tunga. Ale nie Biesłan. To rozumiemy aż za dobrze. Wielu z nas wyobrażało sobie własne dzieci uwięzione w tamtej szkole, oddane we władanie tamtego strachu. Kiedy umilkły strzały, zadzwoniłem do arcybiskupa Canterbury, doktora Rowana Williamsa, i poprosiłem go o rozmowę w „Today” następnego ranka. Zwierzchnikowi Kościoła, w którym wyrosłem i który obiecywał mi bezgraniczną miłość i zbawienie wieczne, chciałem zadać tylko jedno pytanie: gdzie w tamtej szkole był Bóg? Arcybiskup zgodził się przyjść i rozmawiać.
Ten wywiad zainspirował mnie do stworzenia programu „Humphrys in Search of God”. Przez prawie pół wieku uprawiania dziennikarstwa nigdy nie spotkałem się z taką reakcją na cokolwiek, co wcześniej napisałem czy zaprezentowałem na antenie. Listy napływały dosłownie pełnymi workami. Przeprowadzane do tego programu wywiady nauczyły mnie wiele. Jeszcze więcej nauczył mnie odzew na nie. To wyglądało trochę tak, jakbym trzymał rękę na religijnym pulsie kraju. A bije on nadal mocno. Bez względu na to, jak puste bywają ławki w kościołach parafialnych w typowy niedzielny poranek, wciąż jest całe mnóstwo ludzi głęboko i szczerze wierzących. To całkiem oczywiste.
Jest także całe mnóstwo innych. Ci uważają, że wiara to stek bzdur. Ale o tym potem.
Zaskoczyło mnie natomiast to, jak wielu myśli o sobie nie jak o wierzących ani o ateistach, lecz jak o ludziach wątpiących. Oni, podobnie szczerze wierzącym, również są szczerzy. Szczerzy sceptycy. I wielu z nich czuje się jak pod ostrzałem. Jestem z nimi.
SUMIENIE
(...)
Pojęcie sumienia, jak mi się wydaje, jest głównym punktem sporu o istnienie Boga. Naukowcy, jak dotąd, jeszcze nie zidentyfikowali jego genu, a ja wątpię, by to kiedykolwiek nastąpiło. Sumienie, jak do tej pory, nawet nie dorobiło się jakiejś rozsądnej naukowej definicji. Oto jak je określa Oxford English Dictionary: „Wewnętrzne rozpoznawanie wartości moralnej czyichś motywów i czyjegoś działania; zdolność lub zasada, które osądzają wartość moralną czyichś działań czy motywów, pochwalają dobro i potępiają zło”.
Raczej nie mam skłonności, z powodów oczywistych, do nadmiernego cytowania Starego Testamentu, ale wybrałbym wyrażenie użyte do opisania sposobu, w jaki Bóg objawił swoją obecność Eliaszowi. Nie był to wiatr gwałtowny ani trzęsienie ziemi, ale „głos cichy i spokojny”. To, w moim przekonaniu, oddaje wyobrażenie sumienia. W ostatnich latach w kręgach religijnych słowo „sumienie” wyszło z mody. Współczesny chrześcijanin zrównuje je z egocentryzmem i uważa, że musimy raczej zwracać się na zewnątrz, ku Bogu, niż do wewnątrz, ku sobie samym. Według Williama Temple’a celem – wcale niebłahym – wszystkich liczących się religii jest przeniesienie centrum zainteresowania z siebie na Boga. Ale ci, którzy wątpią, już z samej definicji zrobić tego nie mogą. Wątpiących zajmuje spor o to, czy to coś, co nam mówi, co jest dobre, a co złe, jest Bogiem.
SPIS RZECZY
Dedykacja
Podziękowania
Wyzwanie
Część pierwsza. Zacznijmy od początku
Część druga. Linie frontu
Część trzecia. Stan umysłowy narodu
Część czwarta. Wywiady
Część piąta. Listy
Część szósta. Sumienie
Część siódma. Coś... czy nic?
|