Aleksandra Ziółkowska-Boehm
DWÓR W KRAŚNICY
I HUBALOWY DEMON


wydanie I, ilustracje czarno-białe, 304 s.
cena katalogowa 49,90 zł / po rabacie 37,42 zł
ISBN 978-83-06-03221-5


We dworze Antoniego Jaxa Bąkowskiego w Kraśnicy pod Opocznem powstała w latach trzydziestych XX wieku nieduża stadnina koni. To z niej pochodził Demon należący do słynnego majora Hubala, który w czasie wojny korzystał z pomocy mieszkańców dworu. Pomagali oni także oddziałom partyzanckim „Bończy”, „Starego”, „Wichra”, „Doliny” i udzielali schronienia wielu potrzebującym. Po wojnie majątek w Kraśnicy został rozparcelowany, a część uratowanych koni trafiła do innych stadnin. Potomkiem jednego z nich jest legendarny Bask, który dał początek linii królewskiej w Stanach Zjednoczonych.
    Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm opowiada o wojennych i powojennych losach prawnuków Antoniego Jaxa Bąkowskiego. Znajdziemy w niej poruszającą historię adiutanta Hubala, Henryka Ossowskiego, i jego siostry Wandy Ossowskiej, opowieść o życiu Janusza Krasickiego, kontynuatora rodzinnych tradycji lotniczych, oraz dzieje Anny Bąkowskiej i jej córki Ewy, ostatniej spadkobierczyni dworu w Kraśnicy.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm – doktor nauk humanistycznych, stypendystka m.in. Fundacji Kościuszkowskiej i Fundacji Fulbrighta. Należy do niej archiwum Melchiora Wańkowicza, o którego życiu i twórczości napisała kilka książek. W jej dorobku znajduje się także powieść historyczna Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża, nagrodzona przez londyński Związek Pisarzy na Obczyźnie w 2006 roku, Kanada, Kanada (1986), Korzenie są polskie (1992), Nie minęło nic, prócz lat (z Szymonem Kobylińskim, 2003), Ulica Żółwiego Strumienia (1995, 2004), Podróże z moją kotką (2002, 2004), Otwarta rana Ameryki (2007).



WOJNA 1939

(...)

Wszystko to przepadło, bo już 5 października 1944 roku, podobnie jak tysiące wypędzanych, opuścili Warszawę. Wcześniej naprędce uszyli z kotar plecaki.
   Co można było do nich włożyć?... Z pewnością Mama zapakowała wszystkim najpotrzebniejsze rzeczy z ubrania, trochę bielizny i jakieś swetry. Zabrała resztki kosztowności. Niewiele ich już zostało, bo nie było ich nigdy dużo, a w czasie wojny część została spieniężona. I dokumenty – nie było czasu na selekcję, na wyszukanie tego, co może być potrzebne i co może być cenne z rodzinnego punktu widzenia. Tego najbardziej żal. Ale zachowały się świadectwa szkolne Janusza, i o dziwo – korespondencja, którą jako niespełna sześciolatek otrzymywał od Mamy, gdy w 1938 roku leżał w szpitalu przy Litewskiej, gdzie miał operację przepukliny. Janina Krasicka zabrała też najcenniejsze teraz pamiątki – te nieliczne listy od męża z niewoli sowieckiej z lat 1939/1940.
  Ostatni rzut oka, gdy wychodzili z domu.
   Pamięta dobrze te wszystkie nagromadzone rzeczy i pamiątki rodzinne. Spłonęły, jak spłonęło całe mieszkanie.
   Gdy zamknie oczy, widzi je wszystkie. W salonie na ścianie przytwierdzone oryginalne śmigło od szkolnego samolotu Caudron, z pękiem biało-czerwonych wstążek przy piaście. Było to właśnie to śmigło, którym wyróżniony został wuj Henryk Ulanicki w Aeroklubie Akademickim w Warszawie w 1929 roku. Na stoliku w salonie pamiątki po Ojcu – przycisk do papieru z marmuru lub alabastru. Był naprawdę niezwykły. W kolorze bursztynowo-pomarańczowym, z ogromną metalową „gapą” z zielonym wiankiem (odznaka pilota, w której wieniec laurowy ma kolor zielony, to Polowa Odznaka Pilota za loty bojowe w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1918–1920). Obok księga Ku czci poległych lotników, wydane w 1933 roku monumentalne dzieło o historii polskiego lotnictwa, z dziejami poszczególnych eskadr i życiorysami poległych lotników, przygotowywana równolegle z pracami nad budową Pomnika Lotnika. Janusz był za mały, by właściwie ocenić tę księgę w latach wojny. Na szczęście po wojnie księga pojawiała się w sprzedaży antykwarycznej, mógł ją zdobyć i teraz traktuje jako namacalną cząstkę tego, co bezpowrotnie przepadło.
   Myślał o Ojcu. Wracały obrazy z dzieciństwa, przypominały się wspólnie spędzane wakacje, a także wiele momentów „lotniczych”. Pamięta wizytę z Ojcem na Lotnisku Mokotowskim.
   Zapewne był to 1937 rok. Trwały przygotowania do startu małego samolociku. Do próby silnika kilku mężczyzn, wśród nich Ojciec, ustawiło się przy krawędzi natarcia skrzydeł i przytrzymywało samolot. Potem samolot wystartował i wykonał krótki lot. Oczywiście Janusz nie miał wtedy pojęcia, co to za samolot. Ale po latach, już teraz, na podstawie różnych publikacji przypuszcza, że mógł to być samolot słabosilnikowy MIP „Smyk”, konstrukcji Ludwika Moczarskiego, Jana Idźkowskiego i Jerzego Płoszajskiego, którego pierwszy lot odbył się 1 października 1937. Może to właśnie był ten pierwszy lot? I obecność Ojca na lotnisku nie była przypadkowa? Janusz ma teraz świadomość, że prawdopodobnie był świadkiem ważnego wydarzenia w dziejach polskich konstrukcji lotniczych. Tak właśnie wierzy, tak myśli.
   Pamięta wycieczkę z przedszkola, które mieściło się w południowym skrzydle Belwederu.
   Prawdopodobnie był to rok 1937. Niebieskim autobusem Polskich Linii Lotniczych LOT jechali na lotnisko Okęcie. Tam właśnie duże wrażenie zrobił na nim wielki – jak mu się wydawało – bardzo wtedy nowoczesny Douglas DC-2 z charakterystycznymi reflektorami w przodzie kadłuba.
   Wpuszczono ich, przedszkolaków, również do środka samolotu Fokker F-VII. Pozwolono im zasiąść z fotelach. Sześcioletni Janusz dumnie siedział w prawdziwym samolocie. Umiłowanie do samolotów przeszło i na niego. Może jeszcze wtedy o tym nie wiedział.
   Pamięta, że w przedszkolu śpiewali:

Gdy duzi urośniemy,
Kto będzie miał ochotę,
Poleci prosto w słońce
Ślicznym samolotem.
Lecą, suną białe chmury,
Wiatr je pędzi bardzo zły,
A samolot mknie do góry,
Śmigło w słońcu lśni.

   Później Niemcy spalili budynek przy Natolińskiej. Jak całe miasto. Warszawa płonęła.
    Ogień strawił wszystko.

(...)

ARABY W KRAŚNICY

Jedna z najbardziej wpływowych linii męskich w Ameryce została założona przez ogiera, który zmienił oblicze tej rasy na zawsze – ogiera o imieniu Bask (Witraż-Bała łajka/Amurath Sahib). Kiedy Bask przybył na amerykańską ziemię w 1963 roku, został tam uznany za „objawienie Ameryki”, zdobył tytuł czempiona USA i ustanowił standard, według którego oceniano konie arabskie. Jego wnuczkę w 1984 roku sprzedano za 2,5 miliona dolarów.
   Bask urodził się 9 lutego 1956 roku w stadninie w Albigowej. Jego ojcem był gniady urodziwy Witraż (1938), jeden z cenniejszych przedstawicieli rodu Kuhailana Haifiego, który był jego dziadkiem, matką – opisana wyżej Bałałajka, ulubienica pracowników stadniny, a szczególnie jej kierownika Romana Pankiewicza. Bask był dziesiątym źrebakiem Bałałajki. Urodziła też przepiękne klacz Bandolę (1949), zwaną „królową Janowa”, „legendą Janowa” (ojcem Bandoli był Witraż. Bandola również urodziła się w stadninie w Albigowej). Bask wyróżniał się urodą i dobrym charakterem. Do drugiego roku życia wychowywał się w stadninie w Albigowej.
    Jako dwuipółlatek został wysłany na tor wyścigowy do Warszawy. Zenon Lipowicz, który zetknął się z Baskiem na Służewcu, po latach, w 1969 roku, w Scottsdale w Stanach Zjednoczonych, tak go wspomina:
   „Jazda na Basku była przyjemnym relaksem. Był koniem posłusznym, szybko reagującym na żądania jeźdźca, odważnym i niełatwym do wyprowadzenia z równowagi. Ponadto miał wspaniałą akcję w galopie, którą cechowała miękkość i sprężystość araba oraz posuwisty i długi krok konia pełnej krwi. Ustawiony na odpowiednią szybkość potrafił pokonać cały dystans treningu w tym samym tempie galopu, nie ciągnąc i nie wymagając pobudzenia, (...) Bask z dumnie uniesioną, osadzoną na długiej szyi, piękną głową, z ogromnym, wyrazistym, pełnym ognia okiem, wysoko uniesionym proporcem ogona, sprężystym krokiem, prawie nie dotykając ziemi, poruszał się po ringu. Wzbudzał okrzyki podziwu i zachwytu widzów. Kiedy zatrzymał się i zastygł w bezruchu, sprawiał wrażenie wspaniałego posągu króla zwierząt”.
   Bask przez cztery lata biegał w wyścigach na Służewcu. Na 40 gonitw 8 razy był pierwszy, 7 razy drugi i 7 razy trzeci. Po zakończeniu kariery wyścigowej Bask nie wrócił już do macierzystej stadniny, tylko do Janowa Podlaskiego, w którym od 1961 roku znajdowały się klacze albigowskie.
   Bask zwracał uwagę urodą, wdziękiem, subtelnością, odpornością psychiczną. Po latach zastanawiano się, dlaczego nie wykorzystano w hodowli urodziwego i pięknie ruszajacego się konia, a sprzedano go amerykańskiemu hodowcy z Arizony, dr. Eugene La Croix.
   „Założona na początku XX wieku stadnina Lasma Arabians – pisze Zenon Lipowicz – stała się źródłem nowatorskich idei i inspiracją dla hodowców koni arabskich w USA. Jej działalność była podwalina późniejszych sukcesów polskich koni za oceanem. Wszystko zaczęło się, gdy w stadninie Lasma Arabians stanął Bask. Dr Eugene La Croix zakupił swoje pierwsze araby w 1943 roku. Wiedzę o polskich koniach zdobywał, studiując publikacje światowe. W 1962 roku udał się pierwszy raz do Polski. Po obejrzeniu ogierów powiedział, że nigdy nie widział tak pięknych stworzeń, pełnych życia i energii, jednolitych w typie, doskonalej jakości i kondycji. Kiedy wprowadzono Baska, pełnego wigoru, poruszającego się prawie bez dotykania ziemi, La Croix zachwycił się nim i wiedział, że znalazł to, czego szukał. Zachwycił się także siostrami Baska, klaczą Bandolą zwaną «królową Janowa» i piękną gniadą Arfą. Kupił Baska i Bajrama oraz klacze: Gwozdawą, Gwadianę i Wigandę. Towarzyszący mu amerykański hodowca dr Kale kupił urodziwą Eskadrę i Dornabę. Zakupiono także ogiera Naborr dla Anny Mc Cormick, hodowczyni z Arizony. W sumie zakupiono 15 arabów”.
   Bask pozostał w Janowie Podlaskim do lutego 1963 roku i pod opieką Ignacego Jaworowskiego, razem z innymi zakupionymi końmi, popłynął na kontynent amerykański.
   Zakupione w Janowie konie zostały wysłane w długą i męczącą podróż statkiem. Podróżowały w ciągu wyjątkowo srogiej i przedłużającej się zimy stulecia. Przybycie koni do Ameryki opóźniało się. Statek stał w różnych portach, potem zaczął się sztorm i znowu stał dziesięć dni kołysany wzburzonymi ogromnymi falami na Atlantyku. Niepodobna było jeść ani pić. Koniom towarzyszył późniejszy dyrektor stadniny w Michałowie, Ignacy Jaworowski. Zajmował się powierzonymi mu końmi starannie i troskliwie, i to dzięki niemu przetrwały podróż. Na szczęście zakupił większy zapas siana, więc konie miały co jeść. Przybycie statku opóźniły też strajki dokerów w Nowym Jorku. Ostatecz nie przybyli do portu w Nowym Jorku 9 marca 1963 roku. Podróż trwała w sumie pełne 44 dni. Konie dojechały, były jednak w złej kondycji. Bask stracił na wadze 50 kg. Do końca życia miał cienką szramę biegnącą wzdłuż boku. Bajram miał rany na skórze i wytartą sierść. Wiganda zmarła pięć dni później.
   Bask z miejsca zrobił duże wrażenie na amerykańskich hodowcach. Zachwycali się jego prawidłową budową, urodą i eleganckim poruszaniem się. Jak pisze Zenon Lipowicz: „Oglądając Baska podczas debiutu pokazowego, Lucille Schuler, znawczyni koni arabskich i wydawca magazynu «Arabian Horse World», wypowiedziała prorocze słowa: «Ten koń ustanowi nowy wzorzec rasy». Bask był koniem, który wprowadził stadninę Lasma Arabians na szczyty hodowlanej sławy. Nie byłoby sukcesu Baska, gdyby nie wizja dr. La Croix, który potrafił docenić jego zalety, rozwinąć je drogą umiejętnego treningu, dzięki któremu ogier sięgnął po największe tryumfy na ringach pokazowych. Te z kolei zapewniły mu niebywałe powodzenie w programach hodowlanych czołowych stadnin Ameryki Północnej”.
   W kolejnych latach (1964, 1965, 1966, 1967) Bask wygrał wiele pokazów. W 1964 roku na prestiżowym pokazie koni arabskich w Scottsdale zostaje wybrany czempionem ogierów i czempionem w klasie „Park Horse”. Uzyskuje najwyższe tytuły i liczne nagrody. W ten sposób Bask pokazywany „w ręku”, pod siodłem i w zaprzęgu udowodnił, że jest wszechstronnym i wybitnym koniem.
   W lipcu 1979 roku Bask zachorował, zmarł 25 lipca. Pochowano go w Lasma Arabians w Scottsdale. Jego boks w stajni pozostał pusty, a jego imię zostało na nim przez wiele lat. W początkach 1990 roku szczątki Baska, ponoć doskonale zachowane, zostały przeniesione do Kentucky Horse Park niedaleko Lexington. Spoczywają obok innego konia-legendy, Mań O’War (najwspanialszy koń biorący udział w zawodach). Obecnie w lobby Muzeum Konia w Lexington w stanie Kentucky stoi pomnik Baska.

(...)