Seria: BIBLIOTEKA BABEL

Wilhelm Genazino
ABSCHAFFEL
Trylogia

(Abschaffel. Trilogie)
Przełożyła z niemieckiego Anna Chałabiś
Wydanie I, oprawa miękka, 558 s.
cena katalogowa 44,90 zł / po rabacie 33,67 zł
ISBN 978-83-06-03209-3

    Abschaffel to trzydziestoletni urzędnik, żyjący samotnie w wielkim mieście. Wiecznie nienasycony wędrowiec, maniakalnie obserwujący i komentujący miejsca, zdarzenia i własną kondycję, nieustannie w ruchu. Setki błahych zdarzeń boleśnie obnażają nędzę jego istnienia. Żaden to zwykły urzędnik, a współczesny everyman, w Kafkowskim duchu pozbawiony imienia, w duchu Musila odarty z właściwości. Ów niepozorny, bezbarwny, wyalienowany bohater pozwala autorowi otworzyć niezwykle ciekawą perspektywę egzystencjalną. Abschaffel żyje bowiem w ciągłym poczuciu braku, prawdziwe życie zawsze jest gdzie indziej, jemu dany jest tylko pozór ułomnego niby-życia. Próbuje to rekompensować sobie, wchodząc w związki z trzema kobietami równocześnie, ta jednak próba, jak i wszystkie inne spełzają na niczym, potęgują jeszcze poczucie niezaspokojenia, pogłębiają neurozę.
     Wszystko, co obserwuje i opisuje Abschaffel, pod piórem Genazino ma kształt prozy pozbawionej ozdobników, lecz niezwykle kunsztownej, hipnotycznej wręcz. Jest w niej coś tak fascynującego, iż trudno się oderwać od lektury.

Wilhelm Genazino (ur. 1943) jest przykładem pisarza najwyższej miary, odkrywanego stosunkowo późno. Dopiero bowiem najważniejsza dla niemieckojęzycznej literatury Nagroda im. Georga Buchnera, którą otrzymał w 2004 roku przyniosła mu sławę.

 

ABSCHAFFEL

(1977)

(...)

    Jak udało mu się wyrosnąć i zapomnieć o tarzanowych marzeniach, zastąpić je kolejnym, którego spełnienia równie żarliwie oczekiwał, nie potrafił sobie wyjaśnić przez całe popołudnie w biurze. Abschaffel zastanawiał się i zastanawiał, a oczy robiły mu się okrągłe jak talerzyki. Jak to się stało, że nagle przestałem marzyć o byciu Tarzanem? Może nigdy nie zostałbym urzędnikiem, gdybym między jedenastym a trzynastym rokiem życia nie marzył o zawodzie Tarzana? Czy zupełnie nieszkodliwy człowiek, emigrant, spowodował, że straciłem dostęp do właściwego świata? Abschaffel, ciągle jeszcze będąc dzieckiem, nie zauważył nawet, że pewnego dnia zapomniał o Tarzanie. Prawdopodobnie zdarzyło się to podczas porannej wędrówki do szkoły, podczas tego całkowicie nieświadomego, wiele lat trwającego chodzenia, które byłoby niewykonywalne bez snucia marzeń. Tak czy inaczej pewnego ranka zamarzył o rowerze wyścigowym. Idąc do szkoły, mijał sklep z rowerami i któregoś dnia zobaczył na wystawie wyścigówkę w całej swojej okazałości. Zaczęły go dręczyć straszne myśli, jak by tu zebrać taką wielką kwotę na pojazd. Wtedy mógłby wystartować w międzynarodowych wyścigach i wygrać. Zaglądałby wówczas tylko na chwilę do swoich biednych rodziców, żeby powiedzieć im, jak to dobrze, że kupił sobie rower. Nigdy nie dostał roweru. Zamiast tego odkupił za parę marek używany – od starszego ucznia, który z niewiadomych powodów musiał opuścić liceum i kupił sobie moped. Rower Abschaffela w niczym nie przypominał wyścigówki, był jednym z wielu czarnych, niepozornych, powojennych jednośladów, którymi zazwyczaj jeździli do pracy milczący ojcowie. Nawet błotników brakowało. Chciał mieć rower wyścigowy, a musiał nauczyć się, jak obchodzić się z klipsami do nogawek spodni, żeby nie wkręcały się w łańcuch. Mimo to Abschaffel się nie poddawał. Zamierzał stopniowo przekształcić zwyczajny model w wyścigowy. Na przednim i tylnym kole chciał zamontować hamulec ręczny, szerokie gumowe siodełko zamienić na wąskie skórzane, pragnął mieć głęboką wyścigową kierownicę, dzięki której podczas jazdy ciało pochylone było do przodu. Bagażnik musiał oczywiście zniknąć, a zwieńczeniem miało być pięć włoskich przerzutek, które zastąpiłyby jednobiegowy napęd. Nic z tego nie trafiło w ręce Abschaffela. Zgaszony nadal jeździł na starym rowerze. Nie udało mu się zaoszczędzić tyle pieniędzy, żeby kupić wszystkie rzeczy. Jak tylko dostał markę od jakiejś ciotki, zaraz biegł do najbliższego kiosku. Wyścigówka była wprawdzie czymś pięknym, wspaniałym i na dłużej, ale na co dzień konieczna była czekolada, guma do żucia i wafelki.
     Po fazie rowerowej nastąpiła epoka gitarowa. W wieku szesnastu lat chciał być jak Elvis Presley. Nie musieć pracować, zawsze być szczęśliwym i mieć dużo pieniędzy – zdaje się, że ten cel perfekcyjnie realizował Elvis Presley i Abschaffel zapragnął tego samego. Podrostek Abschaffel przesiadywał w sklepach muzycznych oraz w sklepach z instrumentami, dowiedział się też w szkole wieczorowej o nowym kursie nauki gry na gitarze. Nawet się na niego zapisał, ale – co zaskakujące – nie poszedł ani na jedną lekcję, nigdy też nie kupił gitary. Popołudniami przesiadywał w cichej i zimnej sypialni rodziców, na brzeżku małżeńskiego łóżka. Trzymał ręce ułożone w taki sposób, jakby obejmował nimi instrument, i przyglądał się temu widokowi w wysokim fryzjerskim lustrze na komodzie. Udawał, że śpiewa i gra, czuł się szczęśliwy i bogaty, a gdy słyszał potem w radiu Jailhottse Rock albo Love me tender, myślał ciepło: Ach tak, kolega Elvis znowu gra.
    Najbardziej zaskakujące ze wszystkich marzeń Abschaffela pojawiło się po etapie gitary. Kiedy miał szesnaście lat, zapragnął mieć akwarium. Chciał się przyglądać maleńkim rybkom, jak spokojnie i nie wydając żadnych dźwięków, pływają w pięknym zielonkawym naczyniu. Wyobrażał sobie, że jest po drugiej stronie szyby, równie spokojny i niewydający żadnego głosu, jak ryby. Dzisiaj wyglądało to tak, jakby w pragnieniu posiadania akwarium zawarte były wszystkie inne późniejsze jego rozczarowania spowodowane kolejnymi niespełnionymi marzeniami. Ponieważ akwarium było instrumentem przynoszącym ukojenie wiecznie rozczarowanemu, który wieczorami siadał przy swoich rybkach i podziwiał w nich całkowity brak żądań. Myśl, że mając zaledwie szesnaście lat, rozpoczął trwające po dziś dzień wycofywanie się, niepokoiła Abschaffela i bardzo przygnębiała. Marzenie o akwarium wzbudzało w nim niepokój dlatego, że miewał je również teraz. Widokiem spokojnych rybek, od których jego zdaniem biło absolutne zadowolenie, a także brak jakichkolwiek pragnień, chciał Abschaffel czasami pocieszyć się także dzisiaj.

(...)

ŻYCIE NA NIBY

(1979)

(...)

    Doktor Buddenberg przyjął go uprzejmie jak zawsze. Abschaffel usiadł w miękkim granatowym fotelu dla pacjentów. Gabinet znajdował się na parterze i Abschaffel widział z okna zamarznięte brazowo-szare pole, Abschaffel przez długi czas nie odzywał się. Nie czuł się dobrze; właściwie uznał, że to absolutna pomyłka, i chciał natychmiast wracać do domu. Doktor Buddenberg siedział także w fotelu w głębi pomieszczenia i wodził powoli paznokciem po nogawce spodni. Na ostatnim spotkaniu wspomniał pan, że rodzice często się kłócili, powiedział cicho lekarz. Tak. Kiedy to było, mam na myśli – w jakich sytuacjach. O pieniądze, na przykład, zaczął opowiadać Abschaffel, kłócili się co tydzień, a właściwie to codziennie, jeśli nie byli na to zbyt zmęczeni. Ojciec czuł się urażony, że pieniądze, które zarabia i oddaje na dom, nie starczają. Matka zapewniała, że pieniędzy nie wystarcza, i czuła się urażona, że ojciec tego nie rozumie. Dla mnie było to o tyle trudne, ciągnął Abschaffel, że nie wiedziałem, za kim się mam opowiedzieć. Właściwie to zawsze stawałem po stronie matki. Ale ojca też mi było szkoda. Nie dawało się tego wszystkiego pojąć, tylko że wówczas tego nie rozumiałem. Koniec końców i tak byłem za matka. Była tą słabsza, miała mniej donośny głos i zazwyczaj nie umiała już nic więcej znaleźć na swoja obronę. I tak zdumiewające było, że w ogóle odważała się kłócić. Już po paru minutach nie miała żadnych nowych argumentów; stałem z boku i doskonale wiedziałem, w jakim momencie jej porażka zaczyna być już nieunikniona. Wtedy mówił już tylko ojciec. Mówił i jednocześnie wciąż przeklinał, a brzmiało to tak, jakby od stu lat odmawiano mu do tego prawa. Oczywiście przez cały czas broniłem zaatakowanej matki, ale jedynie w myślach. Matka zapewne domyślała się, że chroniłbym ją, gdybym tylko potrafił to zrobić. Pewnego dnia zaczęła wciskać mi po cichu co jakiś czas pieniądze. Od początku miałem wrażenie, że niewielkie sumy, które mi dawała, są czymś w rodzaju podziękowania za moje współczucie. Dostawałem pieniądze zazwyczaj na koniec tygodnia; starczało na loda i kino w niedzielne popołudnie, seans dla młodzieży. Pieniędzy, które matka darowywała mi od samego początku dobrowolnie i spontanicznie, zacząłem wkrótce po prostu od niej oczekiwać. To znaczy, musiałem stwarzać zawsze dogodne okazje, żeby mogła mi wcisnąć dyskretnie dwie marki. Niedziele doskonale się do tego zazwyczaj nadawały; ojciec tego dnia długo wysiadywał w łazience, ponieważ w ciągu tygodnia nie miał na to dość czasu. Ja natomiast, kiedy ojciec był w środku, siedziałem w zacienionym jeszcze nieco pokoju dziennym i czekałem na wręczenie mi pieniędzy. Odbywało się ono bez słów i w największym pośpiechu. Po udanej operacji przekazania pieniędzy moim zadaniem było zadbać o to, żeby monety nie brzęczały w kieszeni spodni. Zawijałem obie jednomarkówki – zazwyczaj były to właśnie dwie monety – ciasno w chusteczkę higieniczną. Chwilę później widziałem, jak ojciec wychodzi z łazienki. Miał zawsze taką markotną minę, jakby po raz pierwszy przydarzył się denerwujący go fakt, że nie starcza pieniędzy.

(...)

zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl