Bohaterką jest macedońska pisarka, Lila, o życiorysie do złudzenia przypominającym biografię autorki, narratorką zaś tytułowa ukryta kamera – mikroskopijny chip znajdujący się w palcu nogi bohaterki.
Centrum opowieści stanowi trzymiesięczny pobyt Lili na artystycznym stypendium w Wiedniu. Pokój dzieli Lila z albańską fotografką i pakistańskim śpiewakiem, a ciąg zdarzeń przebiega w schemacie: wzajemne relacje trójki stypendystów – znajomość, która przeradza się w przyjaźń – miłość Lili i Pakistańczyka – choroba Albanki – rozstanie. Lila prowadzi dziennik, ciepły i niebanalny opis dzieciństwa i wczesnej młodości, studiów w Rumunii i pracy w Bukareszcie, pełen reminiscencji z wyjazdów literackich do USA, Tajwanu, Szwecji...
Bywanie i przebywanie w różnych krajach to główne zajęcie Lili. Każdy z odwiedzanych krajów staje się jej domem, każdy porzuca dla kolejnego. W gruncie rzeczy jest to książka o nomadyzmie, o nieustannym zmienianiu miejsca, o byciu zawsze u siebie i wszędzie obcym. Lidija Dimkovska (ur. 1971 w Skopje) jest autorką kilku tomów poezji, tłumaczonych na ponad 20 języków, eseistką, tłumaczką. Ma doktorat z literatury rumuńskiej Uniwersytetu w Bukareszcie. Mieszka w Słoweńskiej Lublanie, pisze oraz tłumaczy literaturę rumuńską i słoweńską na macedoński. Ukryta kamera (2004), debiut powieściowy Dimkovskiej, został uznany przez Stowarzyszenie Pisarzy Macedońskich książką roku.
fragment (...) Długo dzwoniliśmy do drzwi, a w mieszkaniu odzywały się stłumione głosy, jakby ktoś się naradzał, czy otworzyć, czy nie. Joseph uważał, że najlepiej będzie czekać do skutku; Edlirze i tak było wszystko jedno, ponieważ siedziała na schodach skulona jak embrion. Lila pomyślała: „To absurdalne!” i chciała trzasnąć pięścią w drzwi, ale w końcu się otworzyły. Przed nami stanął wysoki, przystojny mężczyzna z długimi czarnymi lokami, jak w indyjskim filmie miłosnym. „A, to ty, obudziłeś mnie”, zwrócił się do Josepha. My tymczasem wcisnęłyśmy się do mieszkania i stanęłyśmy z otwartymi ustami na widok pawia zawieszonego nad lustrem w przedpokoju. „Nie przypuszczałem, że już dzisiaj przyjdziesz”, wycedził George i wpatrzył się w Lilę i Edlirę. „Austriaczki?”. „Nie”, odpowiedziały, „Albanka i Macedonka”. „Oho!”, wykrzyknął George, a Joseph dodał: „Edlira to moja dziewczyna, fotografka, a Lila jest poetką”. „Dobre towarzystwo, nie ma co. Znaczy, że nie wyjdziecie stąd, dopóki Lila nie wyrecytuje choć jednego swojego wiersza po macedońsku, a Edlira nie sfotografuje nas na pamiątkę, żebyśmy mogli wysłać do Lahore parę zdjęć”. „Nie fotografuję ludzi”, wyszeptała Edlira; weszła do salonu i zapadła się w fotel, przykryty zieloną wełnianą narzutą. „Przyszedłem po pieniądze”, zaczął Joseph. „Są mi potrzebne”. George powstrzymał go ruchem ręki i spytał: „Co ja powiedziałem? Najpierw poezja i fotografie, a potem porozmawiamy o pieniądzach, jacy z was artyści, zaraz mówicie o pieniądzach! No, laleczko, chcę usłyszeć, jakie wiersze piszesz i w jakim języku. A ty, serce, wyjmij aparat, będziemy ci pozować”. Co do mnie, to filmowałam bezszelestnie. Lila, Edlira i Joseph patrzyli na niego w milczeniu, szeroko otwartymi oczami. „Co ja mówiłem?!”, zawołał i wstał z bujanego fotela, przykrytego zielonym aksamitem. „Powiesz ten wiersz czy mam ci go wyrwać kleszczami? A ty przestań się na mnie gapić i fotografuj!”.
Do pokoju wpadły dwa rosłe, tęgie typy z wygolonymi głowami i bródkami w szpic, a za nimi długowłosa dziewczyna w kusej czerwonej sukience, obszytej czarną koronką. „Są jakieś kłopoty?”, zapytali i w następnej chwili już trzymali Lilę za ramiona i wrzeszczeli jej do ucha: „Ukłoń się i zaczynaj, albo zmielimy ci głowę w robocie, żebyś wiedziała, co to jest robota!”. Słuchałam z niedowierzaniem, jak Lila drżącym głosem recytuje jeden ze swoich dawnych krótkich wierszy, i pierwszy raz od dawna te krótkie liryczne gnomy i jej, i mnie wydawały się piękne, wartościowe pod względem artystycznym, a ponadto jedynie one mogły nam uratować życie w sytuacji takiej jak ta. „Brawo, brawo!”, pokładały się ze śmiechu draby. „Dostaniesz za to przepustkę na wyjście stąd, i to zaraz! No, już cię tu nie ma, żebyśmy nie musieli wzywać skinheadów z sąsiedniej klatki, bobyś zaczęła pisać i recytować innym językiem!”. Dziewczyna w czerwonej sukience prawie wypchnęła nas za drzwi, draby zaś otoczyły Josepha i Edlirę niczym ofiary w jakimś horrorze.
Stałyśmy z Lilą na schodach, zamieniając się w słuch. Wiedziałam, że w ustach pojawiają jej się afty, że trzęsą się pod nią nogi i huczy jej w głowie, a sama czułam się licho, jak każda kamera, której uniemożliwiono pracę. Nie wiem, ile czasu minęło do chwili, kiedy z mieszkania wypadli Joseph i Edlira, on z rozciętą wargą, ona biała jak płótno, ze zdjętą bluzą. „Twoje pieniądze przechowam, a oddam w Pakistanie, żebyś miał na pochówek”, zawołał za Josephem George i zatrzasnął drzwi. Edlira jedną ręką trzymała się za brzuch, drugą ścierała krew z ust Josepha. Kiedy dowlekliśmy się po schodach do wyjścia, z trudem wykrztusiła, że nie może iść dalej, bo ma straszne bóle; najlepiej, żebyśmy zatrzymali taksówkę. Chciałam wprawdzie zostać z Edlira i filmować, w jakim jest stanie, ale musiałam wyjść z Lilą, która w sposób niekontrolowany machała na każde auto. W końcu stanęła przy nas pusta taksówka.
Kiedy szofer zobaczył pozieleniałą z bólu Edlire, nie pytał, dokąd jechać, ale z największą szybkością zawiózł nas do najbliższego szpitala. Josephowi opatrzono tam górną wargę, a Edlirę poddano najrozmaitszym badaniom.
Po upływie paru godzin lekarz zawołał nas i spytał oględnie: „Wiecie, że wasza przyjaciółka ma żółtaczkę typu C? Jej wątroba jest bardzo zniszczona, infekcja szerzy się na całą jamę brzuszną. Jeżeli nie trafi do szpitala, długo nie pożyje. Nie może niestety zostać u nas, ponieważ z Albanią nie mamy umowy. Musi pojechać tam, gdzie mieszka, i jeżeli znajdzie się ktoś, kto pokryje koszty leczenia, będzie mogła do nas wrócić. Możemy ją zatrzymać tylko dwa dni, a tymczasem kupcie jej bilet na samolot. Nie powinna pozostawać ani dnia bez opieki lekarskiej. To jedyne rozwiązanie”. (...)
Aniki nie było cały dzień. Zmartwiona, poprosiłam kierowcę, żebyśmy jej poszukali. Najpierw nie chciał, potem się zgodził. Gdy inni, siedząc na ławkach w ogrodzie klasztornym, chrupali jabłka, my ruszyliśmy drogą. Po przejechaniu dwóch kilometrów zauważyliśmy z prawej strony mały drewniany barak. „Pewnie tam jest», powiedziałam i poszliśmy z kierowcą do baraku. Anica na nasz widok rzuciła się i podrapała nas. „Czemu go przyprowadziłaś? Czemu? Jesteś taka sama jak oni!», krzyczała, szarpiąc mnie za sweter. Mrugnęłam do kierowcy, by się oddalił, i prosiłam ją, by ze mną poszła. „Pójdę, jeżeli zrobisz, co ci każę». «Zrobię wszystko, bylebyś poszła. Wracamy do Bukaresztu”. Najpierw musiałam uklęknąć i powtarzać za nią: „Anico moja, która jesteś w niebie, święć się imię twoje...», a potem: – Święta Anico, jesteś moim Bogiem, nie znam innych bogów prócz ciebie. Boję się siebie i innych, proszę, pójdź ze mną i ratuj mnie». Zrobiłam wszystko, co chciała, nie zastanawiając się nad sensem słów, i Anica raźno poszła ze mną do autobusu. Całą noc spała tuż za moim siedzeniem, a ja nie zmrużyłam oka. Byłam jak żywy mur między szaleństwem jej, moim i grupy pielgrzymów. O świcie, kiedy po przyjeździe do Bukaresztu zatrzymaliśmy się przed pałacem arcybiskupim, nikt nikomu nie powiedział «do widzenia», każdy się odwrócił i szybko poszedł w swoją stronę. Anica apatycznie machnęła mi ręką i pozostała na swoim miejscu. (...) zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl
|