Autorka wydanej w serii Spojrzenia Kawiarni Saratogi, niemiecka pisarka Malin Schwerdtfeger, prezentuje swoją kolejną powieść – barwną sagę rodzinną. Bohaterami jest czwórka dzieci, których ojciec jest archeologiem. Narratorką powieści jest jedna z dziewczynek, która już nie żyje i dzięki „statusowi ducha” – staje się narratorem wszechwiedzącym, zna przeszłość i przyszłość swojej rodziny, potrafi opowiedzieć, co działo się przed tysiącami lat w miejscach, gdzie jej ojciec prowadzi wykopaliska. Klamrę powieści stanowi kilkuminutowy, niemy amatorski film nakręcony przez matkę w Delfach. Ojciec pracował przy tamtejszych wykopaliskach, rodzina często go odwiedzała i miejsce to stało się dla starszych dzieci niezwykle ważnym elementem ich wewnętrznego świata.
Mamy tu z jednej strony scenerię ruin greckich świątyń, śródziemnomorskie krajobrazy z oliwnymi gajami i gwarną, upalną Jerozolimę, z drugiej zaś strony płaskie, wietrzne, zielone niziny Niemiec Północnych. Schwerdtfeger kreśli wyraziste sylwetki bohaterów, opisuje ich w nadzwyczajnych sytuacjach. Jej prozę wyróżnia bogactwo wielobarwnych obrazów, dowcip, w którym pobrzmiewa nuta powagi, a także szczególna zmysłowość.
Malin Schwerdtfeger
urodziła się w 1972 roku w Bremie. Od 1992 r. Mieszka w Berlinie, gdzie studiowała judaistykę i wiedzę o islamie. Publikowała w czasopismach literackich. W 1998 r. Zdobyła drugą nagrodę w konkursie literackim czasopisma Allegra. Podczas Dni Literatury Niemieckojęzycznej w Austriackim Klagenfurcie w 2000 r. zostało nagrodzone jedno z jej opowiadań. Zadebiutowała wiosną 2001 roku zbiorem opowiadań Łatwe dziewczyny (Leichte Mädchen, wyd. Kiepenheuer und Witsch). Laureatka wielu stypendiów, m.in. stypendium literackiego miasta Bremy (1999). Jest również autorką scenariusza filmu dla pierwszego programu telewizji niemieckiej ARD, który został pokazany w cyklu Debiut w Jedynce. W 2005 roku Malin Schwerdtfeger gościła na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie.
PATRONAT MEDIALNY

fragment 8. Ofiara z moreli Pepita była radosną małą dziewczynką. Ja też byłam radosną małą dziewczynką. Czystość i kolory krajobrazu, w którym żyłyśmy, dawała nam radość. Ta okolica nie miała w sobie nic skomplikowanego, była wręcz trochę głupia. Zieleń wałów ostro graniczyła z brązem mulistego dna morza podczas odpływu i żółcią nielicznych plaż. Z góry, myślała Pepita, cała okolica musi wyglądać jak proste jedzenie, jak to, które podają w hotelu, ulubione jedzenie dzieci i starych ludzi: jeden rodzaj warzyw, jeden rodzaj mięsa, ziemniaki.
Każdego ranka szkolny autobus zabierał nas do szkoły podstawowej w Nordenham. Po południu przywoził nas z powrotem. Słońce „prażyło”, jak mawiała babka Generosa. Albo z wszechogarniającą dobitnością padał deszcz. Morze rzadko było na miejscu. Przeważnie trzeba było odejść daleko od brzegu, żeby je znaleźć, a potem iść jeszcze drugie tyle, żeby zanurzyć się przynajmniej do tyłka. Kiedy morze wracało, było srebrzystoszare. Kiedy świeciło słońce, wisiało ukośnie na horyzontem i na każde źdźbło trawy, na każdą falę kierowało ostry jak nóż promień światła. Pepita i ja jeździłyśmy pod wiatr rowerem, aż nam w ustach świszczało, a oddech smakował krwią. Kraina, przez którą pędziłyśmy, nazywała się Butjadingen, ziemia między Wezerą i Jade, kraj rycerzy. Łatwo było sobie wyobrazić, że kiedyś tę ziemię ryły kopyta mocnych koni. My same gnałyśmy na tych koniach przed siebie, ścinając głowy, zadając rany, pędziłyśmy ku sobie, polem obok siebie, jak zasuwany zamek błyskawiczny. Konie rosły z nasion l.indy, tak samo jak hełm i zbroja, kiedy kaptury kurtek zamykały się wokół naszych twarzy. To były te ziarna, które Linda posiała w pradawnych czasach w Pepicie, razem z ziarnami z jej listów. Jeździłyśmy więc konno, jak kazała Linda, prosto w słońce, a potem pisałyśmy o tym Lindzie, to znaczy Pepita pisała, a ja dodawałam moje chwiejne imię obok jej podpisu na samym dole zapełnionego dużymi literami arkusza papieru.
Pepita pisała o słońcu. Przy zachodzeniu słońce rozpływało się w zależności od pogody w złocistą żółć albo w fosfor. Czasami Koryto Robina daleko na mulistym brzegu wypełniało się rozżarzoną surówką. To były szczególne wieczory. W takie wieczory Pepita lubiła mnie najbardziej. To były jedyne chwile, kiedy Pepita zdawała się rzeczywiście odczuwać moją obecność. Wiatr wokół nas był zimny, ale rozgrzewały nas nasze własne oddechy w ciasno zaciągniętych kapturach, nasze kurtki czyniły z nas niezwyciężonych rycerzy. Pepita i ja z brzękiem porzucałyśmy nasze rumaki w trawie i wychodziłyśmy po palach falochronu w morze, aż do samego końca. Potem w gumowcach brodziłyśmy w rozpalonym mule.
Odpływ był jak druga ziemia, osobna planeta z wyspami i ciekami wodnymi, a strumyk w Korycie Robina nawet przy niskim poziomie wody sączył się, niezawodnie jak rzeka, przez krajobraz, który właściwie był morskim dnem.
Przed brzegiem Butjadingen dno wypiętrza się szczególnie mocno i to wypiętrzenie nazywane jest Wielkim Szlakiem. Z góry Wielki Szlak wygląda jak wyrastający ze stałego lądu Butjadingen i dotykający swym czubkiem wyspy Mellum liść paproci, gdyż jego brzegi są wystrzępione przez niezliczone małe strumyczki. Największy z nich to Koryto Robina. Bierze on prawie nienaturalny zakręt i oddziela cześć Wielkiej Drogi, która tworzy małą wysepkę, trudno ją zauważyć zarówno przy niskim, jak i wysokim poziomie wody. Ale podczas odpływu wynurza się jako pierwsza, a kiedy woda wraca, najdłużej pozostaje sucha. Wreszcie jako ostatni kawałek lądu ulega zatopieniu w morzu. Wyspa ta nazywa się Wysoka Ławica. Nie mogłyśmy chodzić na Wysoką Ławicę. Jopie ciągle nas ostrzegał: „Kiedy podczas przypływu stoi się tam za długo, nie można już wrócić!”.
Gdy przekroczyło się Koryto Robina i weszło na Wysoką Ławicę, trzeba było w tym samym momencie zacząć wracać, bo inaczej się tam zostawało. Wysoka Ławica była miejscem zbiórki, ale nie dla żywych, tylko dla rzeczy i martwych ludzi. Nasz dziadek Jopie na Wysokiej Ławicy znalazł swojego pierwszego topielca. Większość topielców Jopie znajdował na brzegu Koryta Robina. Jego nurt jest bardzo silny. Przy odpływie zabiera rzeczy ze sobą, podczas przypływu przynosi je z powrotem, ale nigdy nie przynosi dokładnie tego samego, co wcześniej zabrał.
Czasami, choć raczej rzadko, Pepita i ja widywałyśmy tam foki – tylko wieczorami i tylko wtedy, kiedy zachodzące słońce napełniało Koryto Robina płynnym złotem. Wtedy przybywały z daleka, ale tylko w te szczególne wieczory. Babka Generosa twierdziła, że nie ma tu fok, nie tak blisko brzegu, ale my je widziałyśmy, a Jopie przyznawał nam rację, on widział je także. Foki sprawiały wrażenie, że – jak wszystko na Wysokiej Ławicy – nie należą do żywych. Poruszały się w wodzie niczym elfy, bezgłośnie i z wdziękiem.
Ale kiedy widziałyśmy je pierwszy raz, z daleka uznałyśmy je za grupę starszych kobiet w czarnych czepkach kąpielowych, kąpiących się w Korycie Robina; pogodne, zadowolone z siebie, spokojnie pływały z głowami wzniesionymi do góry. „To wariatki”, powiedziała Pepita.
Rzeczywiście musiałyby to być zwariowane starsze damy, gdyż w listopadzie woda stawała się tak lodowato zimna, że krzyczałyśmy, wkładając do niej tylko palec, a starsze panie nie wydawały żadnych dźwięków. Dumne i niewyraźne jak cienie unosiły się w wodzie, a w ich ruchach był nieskończony spokój i zadowolenie. Ich błogostan był tak wielki, że przeniósł się nawet na Pepitę i na mnie, choć stałyśmy wiele metrów dalej. Stałyśmy tam, przyglądałyśmy się im i nie mogłyśmy się ruszyć. Poddałam się pogodnej ociężałości, która ciągnęła moje ramiona w dół i coraz głębiej wciskała moje obute w gumowce stopy w grząski szlam, ale równocześnie poczułam wyraźnie, że Pepita próbuje się przed tym bronić. Widziałam i czułam równocześnie, jak z wysiłkiem podnosi rękę, żeby pomachać starszym damom. Damy na chwilę zastygły w bezruchu. Podniosły swoje czarne głowy, spojrzały na nas szybko i wszystkie naraz zanurzyły się pod powierzchnię, krzesząc płetwami ogonowymi iskry w wodzie. (...) zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl
|