Amerykańska operacja obalenia reżimu Saddama Husajna nosiła nazwę „Cobra II”. Książka pod tym samym tytułem pokazuje militarne i polityczne przygotowania do inwazji na Irak, przebieg kampanii wojskowej oraz jej następstwa. Autorzy dotarli do imponującej liczby ważnych dokumentów, także posiadających klauzulę tajności, mieli wgląd w stenogramy narad za zamkniętymi drzwiami i relacje z pola bitwy, przeprowadzili także dziesiątki rozmów z osobami zaangażowanymi w planowanie i operację wojskową po obu stronach konfliktu. Dzięki temu mogli opisać wydarzenia wojenne z wielu punktów widzenia, z dokładnością i wiernością, która pozostaje nieosiągalna dla innych komentatorów i badaczy tej wojny.
Michael R. Gordon – główny korespondent wojskowy „The New York Timesa”. W czasie pierwszej fazy wojny w Iraku był jedynym reporterem prasowym, który mógł obserwować prace sztabu wojsk koalicyjnych pod dowództwem generała Tommy’ego Franksa.
Bernard E. Trainor – emerytowany generał marynarki wojennej USA, obecnie analityk wojskowy w telewizji NBC. Wraz z Michaelem R. Gordonem jest autorem książki The Generals’ War. The Inside Story of the Conflict in the Gulf (1994).
Rozdział 6
Kręcimy się w koło
(...)
W lutym Chalilzad, ambasador Białego Domu przy irackim ruchu oporu, spotkał się w Ankarze z przedstawicielami irackich ugrupowań opozycyjnych, by przekazać im wiadomość od administracji, że po usunięciu Saddama z urzędu Stany Zjednoczone będą zarządzały krajem przez okres do jednego roku. Irakijczycy będą pełnili rolę doradczą. Będą się mogły odbyć wybory lokalne, a później wybory powszechne. Kanan Makija, iracki działacz na rzecz praw człowieka mieszkający na uchodźstwie w Stanach Zjednoczonych, który napisał tekst ostro potępiający nadużycia Saddama, był oburzony twardym stanowiskiem Chalilzada. Napisał artykuł prezentujący jego własne poglądy i wysłał go do biura Cheneya, które poprosiło, żeby nie ogłaszał go przez dwadzieścia cztery godziny. Nie miała jednak nastąpić żadna zmiana polityki. Kiedy tydzień później Chalilzad odwiedził północny Irak, ostrzegł przywódców opozycyjnych, że jeśli ogłoszą powstanie rządu tymczasowego, opuści spotkanie. USA postawiły na swoim.
Ponieważ zanosiło się na to, że będzie niewielu irackich bojowników wolnościowych – jeśli w ogóle jacyś – Rumsfeld zaproponował inne źródło do datkowych sił: można by zwrócić się do krajów muzułmańskich o ochronę miejsc kultu religijnego w Iraku. Sekretarz obrony po raz pierwszy zasugerował użycie wojsk arabskich podczas ćwiczenia sztabowego Internal Look. W lutym Mikę Rtzgerald naciskał w tej sprawie w liście do sztabu McKiernana, stwierdzając, że nadszedł na ten temat „płatek śniegu” od Rumsfelda. Podczas wojny w Zatoce w skład koalicji pod przywództwem USA wchodziła dywizja egipska, a nawet syryjska. Egipcjanom powierzono nawet zadanie „wyzwolenia” miasta Kuwejt. Po przepędzeniu sił irackich z tego rejonu przez amerykańską piechotę morską przybyli Egipcjanie, maszerując w paradnym szyku. Lecz obecna misja nie polegała na usunięciu najeźdźcy, lecz na zmianie reżimu. I nie było pewne, czy wojska z sąsiednich państw arabskich będą życzliwie witane przez Irakijczyków. Żaden kraj arabski nie wniósł jeszcze wkładu sił zbrojnych do nadchodzącej inwazji, a zabieganie o arabską pomoc w fazie powojennej wydawało się wielce problematyczne.
Sztab McKiernana mógł sporządzić plan wykorzystania wojsk arabskich, ale planiści mieli wątpliwości, czy okaże się on przydatny.
Po otrzymaniu listu Fitzgeralda pułkownik Benson odpowiedział, że większość państw muzułmańskich, które teoretycznie mogą wnieść wojska, to kraje sunnickie. Chcieć, by sunnici ochraniali szyickie miejsca kultu w zdominowanych przez szyitów miastach takich jak Nadżaf i Karbala – odpisał sarkastycznie – to tak jakby kazać Fitzgeraldowi i Bensonowi jechać do Belfastu, by ochraniać paradę oranżystów.
Podczas gdy generałowie i Pentagon prowadzili ze sobą zmagania o liczebność amerykańskich wojsk inwazyjnych, Stany Zjednoczone usiłowały zdezorientować Irakijczyków, realizując ściśle tajny plan dezinformacji. Chodziło o wprowadzenie Saddama w błąd co do tego, jak wielkich sił CENTCOM zamierza użyć do rozpoczęcia inwazji i gdzie one zaatakują. W ramach wciąż jeszcze tajnego projektu amerykański oficer nawiązał kontakt z irackim agentem wywiadu i zaproponował sprzedanie Irakijczykom informacji o planie wojny. Oficer spotkał się ze swoim irackim kontaktem w Maroku i zgodził się przyjąć za dokumenty znaczną sumę pieniędzy.
Żeby nadać informacji cechy prawdopodobieństwa, funkcjonariusze amerykańscy zmodyfikowali prawdziwe dokumenty CENTCOM-u. Spreparowane plany wskazywały, że wojna rozpocznie się dopiero po zgromadzeniu wielkich sił inwazyjnych, znacznie większych od tych, które McKiernan przewidywał do zainicjowania planu Cobra II. Plany wyliczały również serię operacji powietrznodesantowych w Tikricie i wokół niego, mających na celu skłonienie Irakijczyków do przeniesienia dywizji Gwardii Republikańskiej Hammurabi z jej pozycji na zachód od Bagdadu na północ. Przeszkodziłoby to Saddamowi we wzmocnieniu dywizji Medina rozlokowanej na południe od Bagdadu.
Dla uwiarygodnienia podstępu przygotowano krótkie teksty niejasno nawiązujące do operacji powietrznodesantowych na północy i poinstruowano McKiernana oraz oficerów z 82 Brygady Powietrznodesantowej i l Dywizji Kawalerii, by odczytywali je podczas rozmów telefonicznych, które wedle przypuszczeń Waszyngtonu były podsłuchiwane przez Irakijczyków albo przyjazne im służby wywiadu zagranicznego.
Równolegle CIA telefonowała do irackich dowódców, ostrzegając ich, by nie stosowali broni masowego rażenia, i doradzając im przejście na drugą stronę. Telefonujący płynnie mówili po arabsku, i to nawet z irackim akcentem. Większość irackich dowódców uznała jednak, że Saddam testuje ich lojalność; wielu wyłączało telefon albo zmieniało numer, co później utrudniało im dowodzenie i nadzór podczas wojny.
Istniały oznaki, że Irakijczycy nie wiedzą, co myśleć o poczynaniach Amerykanów. Dwudziestego siódmego lutego iracki MiG-25 z wielką szybkością zbliżył się do granicy saudyjskiej na wysokości dwudziestu tysięcy metrów, po czym równie szybko odleciał. Urzędnicy Pentagonu dawali do zrozumienia, że Irakijczycy mogą testować swoją zdolność do przeprowadzenia desperackiego ataku bronią masowego rażenia. Wysocy funkcjonariusze wojsk lotniczych USA doszli później do wniosku, że lot był misją rozpoznawczą. Irakijczyków zaskoczył „lewy sierpowy” Schwarzkopfa podczas wojny w Zatoce i teraz próbowali ustalić, czy siły inwazyjne USA nie przyczaiły się znowu na zachodzie saudyjskiej pustyni.
Jako że wojna szybko się zbliżała, Franks przygotowywał się do ostatniego objazdu Bliskiego Wschodu, by przypieczętować tajne porozumienia dotyczące korzystania z arabskich baz. Przed wyruszeniem w podróż odbył 16 stycznia w Tampie spotkanie z podległymi sobie dowódcami, by dokonać przeglądu przygotowań wojska. „Jesteśmy na uskoku historii – powiedział Franks. – Podsumowuję to dwoma słowami: szybki i ostateczny. Gdybyśmy prowadzili wojnę pozycyjną, bylibyśmy jak Aleksander Wielki i Eisenhower, którzy potrzebowali przewagi trzy do jednego. My mamy stosunek sił jeden do sześciu. Jak mogę stawać przed wami i prezydentem, i Tonym Blairem, i to mówić? Precyzja na pewno, doświadczenie i akceptacja ryzyka – tym dysponujemy. Bez przesady można powiedzieć, że jesteśmy najbardziej elastycznymi, zdolnymi do adaptacji i doświadczonymi siłami, jakie istnieją” .
Franks planował przeprowadzenie w początkowych dniach wojny dru zgoczącej serii nalotów. Miały one nastąpić na pięć dni przed operacją lądową, chociaż mogły zostać przesunięte o parę dni w jedną albo drugą stronę. „Reżim nie rozgryzł tego, co robimy”, powiedział z dużą pewnością siebie. Na same pierwsze cztery dni wyznaczono 437 celów, z tego 330 w Bagdadzie. Większość miała zostać zaatakowana wielokrotnie. Spośród 437 celów 22 były obciążone, jak określały to wojska lotnicze, „wysokim ryzykiem zniszczeń ubocznych”, co oznaczało, że może w nich zginąć ponad trzydziestu cywilów. Liczbę cywilnych ofiar szacowano przy użyciu programu komputerowego nazywanego „bug spłat”, który prognozował zniszczenia spowodowane nalotami. Pomimo to Franks chciał, żeby wszystkie cele zostały zaatakowane. Miał to być sygnał dla reżimu, że żarty się skończyły. „Rekomendacja dla prezydenta jest taka, by uderzyć we wszystkie dwadzieścia dwa – powiedział. – Musimy im się dobrać do skóry”.
Następnie Franks przeszedł do niezałatwionych kwestii dotyczących baz. Poza potwierdzeniem porozumień dotyczących stacjonowania amerykańskich wojsk i samolotów musiano zadbać o wystarczające zapasy paliwa i amunicji dla potrzeb potencjalnych sojuszników, takich jak Francja, którzy, jak CENTCOM wciąż miał nadzieję, przyłączą się do koalicji.
zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl
|