Seria: BIOGRAFIE SŁAWNYCH LUDZI


Adam Zamoyski
CHOPIN
KSIĄŻĘ ROMANTYKÓW

(Chopin. Prince of the Romantic)
wydanie I w tłumaczeniu Michała Ronikiera książki
Adama Zamoyskiego wydanej w 2009 roku w Londynie
oprawa twarda, ilustracje czarno-białe, 324 s.
cena katalogowa 44,90 zł / po rabacie 37,42 zł
ISBN 978-83-06-03253-6

Autor przedstawia życie i dzieło kompozytora w kontekście europejskim, na tle artystycznych i społecznych środowisk Paryża, Wiednia, Warszawy i Londynu. Kompozytor jawi się w niej jako inteligentny i pełen humoru człowiek, choć często dręczony cierpieniem i troską.
Zamoyski obficie korzysta z źródeł historycznych, zapisków, pamiętników i listów, zarówno polskich jak i obcych.


fragment

Rozdział 7
Pianista à la mode

(...)

Aparycja Chopina była całkowicie zbieżna z jego sposobem gry. Szczupłość i kruchość budowy postaci kojarzyła się z czymś efemerycznym, natomiast majestatyczna głowa, ozdobiona bujnymi jasnymi włosami, wyrazistym nosem, bystrymi oczami i lekko wydętymi ustami sugerowała poczucie wyniosłości, zabarwione nutą drwiącej ironii. Ruchy i zachowanie były pełne wdzięku, a z całej postaci emanowało poczucie harmonii i elegancji. „W jego postawie było tyle dystynkcji – twierdził Liszt – a jego maniery nosiły takie piętno dobrego wychowania, że traktowano go jak księcia”. Krytyk Ernest Legouvé po pierwszym spotkaniu z Chopinem oznajmił, że „wy gląda, jakby był naturalnym synem Webera i jakiejś księżniczki”.
     Wszystko to stanowiło ogromny atut, podnoszący pozycję Chopina w oczach paryskiego towarzystwa. Przed rewolucją lipcową 1830 roku muzycy, nawet tacy jak Liszt czy Rossini, byli zazwyczaj wpuszczani tylnym wejściem, a po zakończeniu gry żegnani i opłacani za pośrednictwem lokaja. Po roku 1830 wysłannik niebios nie mógł już być traktowany jak wędrowny sprzedawca. Muzyk bywał częściej traktowany jako gość i grzecznie proszony, by zechciał coś zagrać, a dar w postaci honorarium przesyłano dyskretnie na jego adres następnego dnia. Chopin, który był przyzwyczajony do zasiadania przy stole w pałacu Błękitnym oraz w Belwederze i czuł się od wczesnej młodości swobodnie w obecności przedstawicieli najwyższych sfer, był w tych okolicznościach tym milej widzianym gościem, że nie zdradzał objawów skrępowania. W związku z tym sypały się na niego ze wszystkich stron zaproszenia, często opatrzone adnotacją w rodzaju: „Oczywiście palce może pan zostawić w domu”.
    Dzięki osobliwemu połączeniu talentów muzycznych i towarzyskich nie narzekał na brak uczniów, gotowych słono płacić za lekcje i stał się wkrótce jednym z najbardziej wziętych nauczycieli w Paryżu. Zachowały się listy arystokratek, które błagały go pokornie, by zechciał uczyć ich córki, a pewien markiz, wstawiając się za córką hrabiego de Castellane, zakończył swe wywody słowami: „Liszt rozpaczliwie chce dawać lekcje pani de Contades, ona zaś chce je brać u Pana”. Jego popularność nie ograniczała się do arystokracji; uczył również studentów Konserwatorium i zawodowych muzyków.
    Na początku 1833 roku dawał do pięciu lekcji dziennie, biorąc za nie po dwadzieścia franków, co oznacza, że jego dochody tylko z tego źródła mogły sięgać sześciuset franków tygodniowo. Kiedy weźmie się pod uwagę, że przejazd dorożką kosztował franka, najlepsze miejsce w operze około dziesięciu, a surdut szyty u najdroższego krawca mniej niż 150, widać wyraźnie, że radził sobie pod względem finansowym bardzo dobrze. Oprócz tego sporadyczne, lecz znaczne dochody przynosiła mu publikacja jego dzieł muzycznych.
    W grudniu 1831 roku Chopin zawarł z wydawcą Schlesingerem umowę, na mocy której zobowiązał się napisać utwór oparty na jakimś motywie popularnej opery Meyerbeera Robert Diabeł. Korzystając z pomocy Franchomme’a, skomponował Grand duo concertant na fortepian i wiolonczelę, które pojawiło się w druku na początku 1833 roku. Po paryskim debiucie Chopina (w lutym 1832) Jacques Farrenc, nieznany szerzej wydawca, kupił prawa do wszystkich większych jego dzieł. Kompozytor pobrał od niego zaliczkę i miał oddać partytury do skopiowania, a potem przekazać je drukarzom. Ale „przez opieszałość i całkowity brak zainteresowania swoimi sprawami” -jak ujął to Farrenc – nie dostarczył czytelnych kopii mimo upływu kilku miesięcy.
    Chopin przyjął od Farrenca pieniądze, ponieważ ich potrzebował, ale zdawał sobie sprawę, że jego twórczością interesują się lepsi wydawcy, tacy jak Schlesinger (w Paryżu) i Probst (w Lipsku), gdyż obaj pytali go listownie o prawa, jeszcze kiedy przebywał w Wiedniu. Żyjąc z pieniędzy otrzymanych od Farrenca, prowadził z nimi negocjacje i jesienią 1832 roku zawarł długoterminowy kontrakt ze Schlesingerem. W listopadzie Farrenc, oburzony na „leniwego i nad miarę dziwacznego” Chopina, który dotąd nie przekazał mu skopiowanych partytur, stracił cierpliwość i podarł zawartą z nim umowę. Nie wiadomo, czy Chopin zwrócił mu zaliczkę, ale znając go, można stwierdzić, że wydaje się to wątpliwe.
    Mimo swej pozornej niefrasobliwości w sprawach dotyczących pieniędzy Chopin stał się bardzo nieufny i podejrzliwy wobec wszystkich przedsiębiorców. Słusznie uznał, że Farrenc nie jest człowiekiem interesu, skoro chciał wydać całą serię wielkich utworów na fortepian i orkiestrę napisanych przez nieznanego kompozytora. Schlesinger natomiast nabył prawa nie tylko do wszystkich dużych dzieł, które zamierzał kupić Farrenc, lecz również do trzech nokturnów, ośmiu mazurków i dwunastu etiud, które chciał wydać w pierwszej kolejności, wiedząc, że będą się dobrze sprzedawać i utorują drogę pozostałym. Odstąpił również niemieckie prawa do tych dzieł lipskiemu wydawnictwu Probsta. W kwietniu 1833 roku Mikołaj Chopin poinformował listownie syna, że lipskie wydanie nokturnów i mazurków dotarło do warszawskich sklepów muzycznych i rozeszło się w ciągu kilku dni.
    Kiedy sytuacja materialna Chopina uległa poprawie, ojciec zaczał uparcie nakłaniać go w listach do odkładania pewnej sumy pieniędzy, ale syn, choć odpisywał mu w uległym tonie, bynajmniej tego nie robił. Przeprowadził się do wytwornego, choć niewielkiego apartamentu przy rue de la Chaussée d’Antin, położonego bliżej centrum, choć niezbyt odległego od jego dawnego mieszkania. Czynsz był tu wyższy, przyjął więc sublokatora, młodego znajomego Polaka, doktora Hoffmanna, i ulegał wszelkim pokusom, z jakimi wiązało się wydawanie pieniędzy. Ubierał się u najlepszych krawców, kupował kosztowne meble i jeździł wszędzie wynajętym kabrioletem, a nie zwykłą dorożką. Ciągle kupował prezenty dla przyjaciół i luksusowe przedmioty dla siebie, a poza tym wydawał spore sumy na zdobienie swych pokoi kwiatami. Zawsze pożyczał pieniądze znajdującym się w trudnej sytuacji Polakom, a kiedy narzeczona Berlioza, Harriet Smithson, złamała nogę w kostce, jej również udzielił, jak się wydaje, hojnej pożyczki.
    Chopin był zapracowany, beztroski i rzadko samotny na tyle długo, by się czymkolwiek martwić. Wydawał się zdrowszy i silniejszy niż kiedykolwiek dotąd i najwyraźniej wyrobił w sobie odporność na choroby, które go dotychczas regularnie nękały. „Chopin jest zdrowy i silny – pisał Antoni Orłowski. – Wszystkim kobietom głowy zawraca, a w mężczyznach zazdrość wznieca. [...] Jest on teraz w modzie i niedługo zapewne świat ujrzy rękawiczki à la Chopin”. Wobec braku wiarygodnych danych trudno dociec, kim były owe kobiety i czy ich mężowie mieli powody do zazdrości.

(...)

Rozdział 11
Życie małżeńskie

(...)

Gdy tylko znaleziono mieszkania i przewieziono meble, Fontana został skazany na wędrówkę po paryskich krawcach i kapelusznikach, gdyż Chopin nagle zdał sobie sprawę, że nie było go w stolicy przez cały rok, więc większość jego garderoby wyszła z mody. Dopiero po załatwieniu tej sprawy nieszczęsny totumfacki otrzymał ostatnie polecenie. „Każ także, moje Kochanie, w nowym mieszkaniu, kiedyś taki sprawny człowiek, żeby mi żadne czarne myśli ani duszące kaszle nie przychodziły – pomyśl, żebym był dobrym – i zmieć mi, jeżeli możesz, wiele epizodów przeszłości. Nieźle by było także, żebym kilka lat wielkiej ukończonej pracy zastał”.
     Gdy jednak wrócił do Paryża, 10 października 1839 roku, piętrzył się przed nim ogrom obowiązków. Wieści o jego przyjeździe rozeszły się tak szybko, że w ciągu dwóch dni był oblężony przez potencjalnych uczniów. A Fontana nie był w stanie zmieść epizodów przeszłości tak skutecznie, jak życzyłby sobie Chopin.
    Przed wyjazdem na Majorkę George Sand i Chopin poinformowali o swoich planach tylko nielicznych przyjaciół, ale ponieważ wielu ludzi i tak o tym wiedziało, nie starali się nawet utrzymać tej eskapady w tajemnicy. Charlotte Marliani nie mogła się oprzeć pokusie pokazywania znajomym niektórych listów, nadchodzących z Majorki, więc choć para podróżników przeżyła całe miesiące bez wieści z Paryża, niemal cały liczący się Paryż śledził ich poczynania. Na początku stycznia Berlioz zauważył w liście do Liszta, że „Chopin choruje na Wyspach Balearskich”, a w dwa miesiące później napisał do Chopina do Marsylii, chcąc się przekonać, czy on jeszcze żyje, gdyż krążyły plotki, iż jest umierający. Kapryśny i drażliwy Chopin, którego mógł niepokoić wielki rozgłos, wywołany przez jego związek z największą skandalistką Francji, i wpływ tego rozgłosu na jego pozycję towarzyską, zachował godną podziwu obojętność. „Nie dziwię się baśniom rozmaitym; możesz miarkować, żem wiedział, że się na nie wystawiam – pisał do Fontany, który lojalnie go o wszystkim informował. Wszakże i to minie, i pogniją nasze języki, a duszy nie naruszą”. Miał rację, gdyż plotki nie nadwątliły ani jego pozycji towarzyskiej, ani spokoju ducha. Uczyniła to dopiero mściwość Marie d’Agoult, która właśnie w tym momencie ponownie wkroczyła na scenę.
    Widziała się po raz ostatni z George Sand latem 1837 roku, czyli na rok przed początkiem jej romansu z Chopinem, do którego tak gorliwie usiłowała ją zachęcić. Kiedy hrabina wyjeżdżała z Lisztem do Włoch, rozstanie obu dam było wzruszająco smutne i upłynęło pod znakiem wzajemnych zapewnień o szacunku i miłości. Zapewnienia te były fałszywe z obu stron.
    George Sand zamierzała już wtedy przekazać Balzacowi wszystkie materiały potrzebne mu do powieści, na której napisanie ona sama nie mogła sobie pozwolić. Gdy wiosną 1839 roku ukazała się Beatrix, została powszechnie uznana za portret pary kochanków Liszt-Agoult. Wady hrabiny były w niej przedstawione z jadowitą wnikliwością, na którą, zdaniem wielu czytelników, sam Balzac nie potrafiłby się zdobyć. „Teraz naprawdę udało mi się rzucić sobie obydwie baby do gardła!” – oznajmił zadowolony autor Bemardowi Potockiemu, spotkanemu w kilka tygodni później w operze. Choć w istocie dolał on tylko oliwy do tlącego się już ognia.
    Marie d’Agoult, nie przestając zasypywać George Sand przesłodzonymi listami, pełnymi zapewnień o miłości i oddaniu, zaczęła rozpowszechniać niepochlebne dla niej plotki. Postąpiła też bardzo nierozsądnie, dając ujście swej antypatii do George Sand w listach do Charlotty Marliani. Ta ostatnia pożerała je z zachwytem, równocześnie zawiadamiając George Sand o jakiejś wymierzonej przeciw niej „ciemnej intrydze i wstrętnej zdradzie”. Pragnąc nadać całej aferze posmak moralny, pokazała też owe listy księdzu de Lamennais, który był wstrząśnięty i stwierdził, że George Sand powinna zerwać wszelkie kontakty z hrabiną i ignorować jej korespondencję.

(...)


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl