Miron Białoszewski
CHAMOWO
UTWORY ZEBRANE. TOM 11


wydanie pierwsze,
oprawa twarda, 388 s.
cena katalogowa 44,90 zł / po rabacie 33,67 zł
ISBN 978-83-06-03226-0

Prozatorskie zapiski Mirona Białoszewskiego pochodzą z okresu od czerwca 1975 roku do czerwca roku 1976. Obszerne fragmenty tej prozy miały być początkowo opublikowane w tomie Rozkurz. Książka ta jednak w efekcie została rozbudowana o inne części składowe, część zatytułowana Chamowo stała się jedynie esencjonalną pigułką, zwięzłym wyciągiem z owych dziennikowych zapisów. Całość pozostała w wydawnictwie, „do druku po śmierci”, jak mówił autor.
     Rok 1975 to istotny okres w życiu poety. Po przebytym pod koniec 1974 roku zawale serca wiele czasu spędza on w szpitalu i sanatoriach. W połowie 1975 roku wyprowadza się ze swego „starego gniazda”, mieszkania na placu Dąbrowskiego, i zamieszkuje na 9. piętrze nowo powstałego mrówkowca, wielkiego bloku na peryferiach Saskiej Kępy zwanych przez dawniejszych mieszkańców dzielnicy Chamowem.
    Nowe miejsce przynosi eksplozję twórczą; po latach „życia na leżąco” poeta zaczyna chodzić. Odwiedza zaprzyjaźnionych ludzi i miejsca w lewobrzeżnej Warszawie; wiele też spaceruje po prawej stronie Wisły. Stara się ją poznać, oswoić i polubić. Z wielką ciekawością obserwuje i notuje to, co dla niej specyficzne. Życie „blokowego pustelnika” bywa także bardzo męczące.
    Niezwykły dokument zapisywany chwila po chwili, krok po kroku, „tu i teraz”. Życie w tamtych czasach na pograniczu miasta i peryferii powraca do nas podczas lektury w całej swej niepowtarzalności, w nieustannym stawaniu się i zanikaniu.

***

Ta proza dziwnie się mieni. „Chamowo” kartkowane może się wydać błahe i nudne, ale gdy tylko zaczniemy czytać w jakimkolwiek miejscu, wejdziemy do środka, złapiemy rytm – zostaniemy uwiedzeni, przytrzymani jak przez Szeherezadę, która nie chce przerwać opowieści, bo wie, że gdyją skończy, zginie. Tak samo Miron łączy w swoim opowiadaniu wszystko ze wszystkim. Opowiada, żeby żyć. Jego euforia jest ucieczką od pustki.
    Jest w tej książce moment natchniony, jedna z najwspanialszych definicji literatury: „5 maja, środa. Słońce, zimno, jasno, wieje. Wróciłem zmęczony. Nastawiłem babę z Mozartem i od razu przypomniało mi się tyle przeżyć z Mozartem, że nic nie da się już odwołać (...). Pootwierałem pierwszy raz po zimie okna od pokoju. Wywiesiłem się z dziewiątego piętra w dół. Ile ludzi, dzieci, huśtawka, trawki, podlatuje piesek, niucha, pewnie urodzony w styczniu, w lutym. W piaskownicy dzieci. Małe, mało. Jedno aż nieporadne. Co ono z tego ma? Czy ma? I ile? I nagle wypatrzyłem tę piaskownicę napadem całego uczucia. Ogromnie dużo ma. Nie wie co, ale całe jest w piachu. W obijaniu ręką o deskę, o ciepło. O tak, pamiętam, jakbym tam spadł, jak w niebo, w ten piasek, grzebał się. I całe to małe towarzystwo nie liczy czasu. Zrobiła się z miejsca wieczność. Czas wisi. Czas jest odłożony. Już zwyciężony Ale racja. Za ileś to ten piesek nie będzie tak w tym szczęściu. I to dziecko też nie. Zmienią się, odmienia z czasem (...). To tyle, co ja go teraz potrzymam w ręku nad podwórkiem. Wisi. Porozumienie. Ma dwa końce, ale jeden koniec utopiony w żywiole oddalenia, niezłapania. To tak i z Mozartem. On nadawał mi wtedy, teraz ja odbieram. Trzymam za ten koniec, tamten utopiony. Więcej się nie da”.
   W tym momencie Miron jest Mozartem, który „nadaje”, zatrzymuje moment wieczności, a my, żyjący, trzymamy drugi koniec nitki. Wychylenie się z okna, które w innym wierszu kojarzy się z samobójstwem, tu staje się pochwałą bytu. Miron, unikający słowa miłość, nazywa to „czułością wszystkiego”. Niebem jest ta piaskownica z dziećmi, doznana i zapisana chwila, która tworzy komitywę z czytelnikiem, porozumienie ponad nicością. (...)
   Sam Białoszewski wydaje się kimś przezroczystym. Dziwne, ale mimo 13 lat znajomości właściwie nie pamiętam, jaki był. Zniknął w swoim pisaniu. Każdy, kto go czyta, jego oczami patrzy na świat. Kiedy opisuje świt nad Warszawą, rozpływa się w tym widoku jakby opisywał pustkę po sobie. Oto literatura czysta, bezinteresowna, ale mająca znamię konieczności – tak głęboko wniknąć w swoje doznania, żeby się przebić na drugą stronę, oderwać się od siebie, zniknąć, wtopić w pejzaż Chamowa .

Tadeusz Sobolewski, „Gazeta Wyborcza”

Białoszewski potrafił stopić świat, język i własną narrację w jedną całość. Trudno znaleźć w polskiej literaturze innego tak konsekwentnego, osobnego, czułego na rzeczywistość pisarza. (...)
    Trudno po latach powiedzieć coś odkrywczego o pisarstwie Białoszewskiego – jest ono jedyne w swoim rodzaju, naiwne i genialne zarazem. Mamy do czynienia z narratorem, który bywa jednocześnie maksymalnie otwarty i całkowicie zamknięty – otwarty na świat sen-sualnych doznań, potocznych sytuacji, na ciągły, nieprzerwany nurt życia. Zamknięty zaś na wszystko to, co go nie interesuje – na skrajne emocje, politykę, urzędy. Białoszewski czuwa nocami, ucieka od dnia, zatrzaskuje się w swoich automatyzmach, powtarzalnych motywach – w obserwacji, nasłuchiwaniu, wychwytywaniu fragmentów dialogów, puszczaniu płyt. jeżdżeniu po Warszawie pustymi autobusami, włóczeniu się po peryferyjnych łąkach. Choć wciąż spotyka się z ludźmi, są oni bardziej fragmentami jego własnego, wewnętrznego pejzażu niż integralnymi bohaterami opowieści.
   Białoszewskiemu udało się idealnie stopić język z rzeczywistością, wyczyścić go z frazeologii, konwencji, metafor, przyzwyczajeń, a nawet ze stylu. Białoszewski staje się swoim językiem, a język staje się światem – pomiędzy nimi nie ma żadnych barier.
   Czytanie „Chamowa” (koniecznie w małych porcjach) daje podobne wrażenie, co obcowanie z klasyczną japońską poezją, dążącą do zatarcia „ja”, drążącą samą istotę bytu. Białoszewski jest zen .

Piotr Kofta, „Dziennik”

 

Po trzydziestu latach od napisania ukazuje się „Chamowo”. Warto było czekać. Poetycki niby-dziennik Mirona Białoszewskiego to frapująca opowieść o doświadczeniu obcości, oswajaniu miejsca i jedna z najciekawszych książek o fenomenie blokowiska.

Cezary Polak, „Dziennik”

Przeczytaj:
http://www.polityka.pl/miron-nadaje-z-mrowkowca/Lead51, 9 55,297316,18/
http://czytelnia.onet.pl/0,1569310,1,,0,0,0,osobny,artykuly.html


fragment

sobota

   Serce bolało, ale oddech znormalniał.
   Byłem u Lu. i Lu. pierwszy raz po półtora roku.
   Lu. powiedział
   – Nie mam pojęcia, gdzie jest to twoje wygnanie.
   – Przy Trasie Łazienkowskiej.
   – No właśnie. Nie znamy.
   – Tam niechcący można zajechać autobusem – powiedziała Lu.
   Lu. i Lu. obydwoje palą papierosy. Zahaczyłem o moje niepalenie, że chciałbym palić.
   – Co ty, zwariowałeś?

niedziela

   Cały czas mróz.
   Z sercem lepiej.
   Byłem na mieście.
   Otworzyłem drzwi na schody, żeby się wywietrzyło, bo gorąco. A okno po opatrzeniu robi trochę za duży huk. Jęknęła winda. Rozwozi mleko? Spojrzałem na zegarek – wpół do czwartej.
    Winda zajechała na dziesiąte. Za chwilę na nasze. Słyszę drzwiczki, postawienie butelki. Miałem w tej chwili wyjrzeć, czy mleczarz nie zamyka pośpiesznie drzwi windy na siłę, bo ostatnio bardzo wolno się zamykają. Nie chciało mi się wstać. Zresztą otwarte mieszkanie świadczy, że ktoś czuwa. Chyba poczekał cierpliwie, bo długo cisza. Potem trzask. Potem słychać było obsługiwanie niższych pięter.
   Poszedłem do łazienki. Pozamykałem drzwi. I te na schody, i te od pokoju. Położyłem się. Wdałem się w lekturę. Słyszę windę. Zatrzymuje się na naszym piętrze. Ja czytam. W pewnej chwili tak jakby branie za moją klamkę. Ruch drzwi.
   – E, pewnie to na górze.
   Ale nie. Ktoś powoli wchodzi do mojego przedpokoju. Słucham i patrzę. Otwierają się drzwi pokoju, widzę wsuwającą się na klamce czarną rękawicę. Czekam w zaskoczeniu. Wchodzi milicjant. Duży, gruby. Za nim drugi, szczuplejszy.
   – Tu było włamanie...
   – Włamanie? – patrzę na nich z łóżka.
   – Mleczarz zgłosił, że drzwi otwarte.
   – A! otwarte, bo wietrzyłem.
   Uśmiechają się obydwaj, rozglądają. Tłumaczę
   – Zobaczył drzwi otwarte, myślał, że włamanie, ale nie sprawdził. Mógłby sprawdzić. Zajrzeć.
   – Ano tak – przyznają mi rację, wciąż uśmiechnięci.
   – Ja tak wietrzę.
   – A nie lepiej otworzyć okno? – pyta gruby.
   Drugi milicjant
   – E, nie.
   Ja tłumaczę
   – Nieraz lepiej drzwi.
   – Musimy pana spisać. |
   – Proszę bardzo.
   – Bo wie pan, musimy podać, gdzie żeśmy byli.
   Podaję nazwisko, imię.
   – Pan gdzie pracuje?
   – Jestem literatem.
   – No tak. Mógłby sprawdzić.
   – Żeby chociaż zawołał, spytał.
   – Właśnie. To przepraszamy pana bardzo. Dobrze, że on taki czujny.
   – To to tak. I ja przepraszam, chociaż to nie moja wina.
   – Do widzenia.
   „I stworzył Bóg wieloryby wielkie, i wszelką duszę żyjącą i ruszającą się.”
   Wiesio kiedyś czytał o Mojżeszu i był zawiedziony, że sam Mojżesz nic od siebie nie potrafił, wszystko dyktował mu Bóg.
   Lu. mówi
   – Jahwe nie tylko jest traktowany za pan brat, ale daje się przekonać. Bo już machnął ręką na Izraela. Mojżesz go znów prosi, namawia. „Panie, a cóż powie o Tobie Farao?” Wziął go na ambit.
   Lu. przeciw niedokształceniu uczonych
   – Nie ma osobnego cytatu, że wiara przenosi góry. Jest tylko „że choćbyś miał wiarę, która przenosi góry, niczym jest bez miłości”.
   Lu. w dzieciństwie usłyszał, że biblijny Józef jako chłopiec nosił kolorową szatę. Nigdy odtąd nie mogą Lu. zaskoczyć żadne kolory. Po tamtej wizji. Nic jej nie dorówna.
   Mój numer kodu pocztowego 03 969. Teraz to chyba zapamiętam, bo 969 lat żył Matuzalem. Trzy – Trójca. Zero było na początku.

poniedziałek, 24 listopada

   Mróz narasta. Świat sztywnieje.
    Zastałem dziś Le. na klęczkach zamalowującego podkładami na biało małe formaty przyszłych obrazków. Leżało ich sporo na podłodze, podłoga była pobielona. Na dużym obszarze aż do ściany stosy książek. Le. w pewnym momencie zamarł na klęczkach.
   – Młodzieniec Z. pukał?
   – Pukał ktoś?
   – Pukał. Nie wpuszczę. Oglądał książki, chciał koniecznie wejść we wnękę za łóżko, ja powiedziałem, że nie wolno. Ale on tak się przesuwał, że wszedł. Dorwał się do obrazków. Za to nie wpuszczę. Czytam o Mickiewiczu z wielkim zapałem. Była pod Wilnem pustelnica, która się zamurowała.

wtorek

   Jadwiga i Le. dziś przy rozstawionym stole u mnie o mnie.
    – Ja mu się nie zwierzam z chorób, z różnych zmartwień – to Le.
   a Jadwiga
   – On przejmuje się zmartwieniami przyjaciół.
   – Ee... Do niego nie dociera od razu. Ja mu coś mówię, a on po godzinie mnie dopiero o to pyta.

początek środy

   Na górze warczą krany od dwóch dni. Czasem jak samoloty. Czytam sprawozdanie z oślepłego życia pewnej Żydówki z Ameryki. Uczyła się sama w pustym domu gospodarować. Niektóre czynności znam. Na przykład pisanie po ciemku, czyli bez patrzenia, nalewanie na niewidząco płynu do kubka – zabezpieczam sobie na dotyk palcem od góry nieprzelewanie. Jadam po ciemku raz na dobę.
    Od ślepaków – tak oni siebie przezywają – więc od ślepaków wiem, że po utracie wzroku słuch wcale się nie doskonali, często odwrotnie – słabnie. Przecenia się też władzę dotyku. Dłoń ludzka jest mała, skąpo obejmuje. Oglądanie rzeźb rękoma nie jest takie śpiewające, jak fama głosi. A już tym bardziej rzeźbienie. Słuchanie z taśmy czy nawet na żywo cudzego czytania męczy po kilku godzinach. Wodzenie palcem po wypukłych literach jeszcze szybciej. Dochodzą przeszkody, o których widzący nie ma pojęcia. Książka brajlowska jest obszerna, ciężka. Nakłuwane litery wyczytywane palcami tracą na ostrości.
   Niewidomy musi tracić dużo czasu na domacywanie się, dopytywanie o to, co widzący załatwia jednym ogarnięciem wzroku.

środa

   Budzi mnie dziś rano zgrzyt od okna. Patrzę, a tam za zasłoną na szybie cień długowłosego. Od słońca. To się oddala, to rośnie, przekręca, jak w wodzie. Murarz. Co on, czyści szyby teraz, w słoneczny mróz? Poskrobał, pomazał, pobaletował i znikł. Po pewnym czasie zaczął mi włazić do gardła i nosa ostry jad zapachowy. Mam katar. Może to dobrze zrobi? Ale to takie silne, że aż przez zamrożone szpary przenika? Dusiło to ze trzy godziny.
    Poszedłem do nowo otwartej czytelni. Po schodkach, w ciepłe wnętrze pawiloniku. To jedne z tych szyb, przed którymi tak marzłem wtedy na galeryjce. Wypisuję dane w kartkę, zza półek głos
   – A, przyszedł pan do nas, tak myślałam sobie, czy pan tu przyjdzie, czy nie przyjdzie.
   – Bliżej.
   – Właśnie, bliżej.
   – Bo ja mieszkam tu, na Lizbońskiej.
   – Ja pamiętam, że pan mieszka na Lizbońskiej.
   – A pani się przeniosła tu.
   – A ja się przeniosłam tu. Tylko tu jeszcze mniej książek.
   – Należę jeszcze do tamtej.
   – Najwięcej jest, proszę pana, na rondzie.
   – Mogę się wypisać z tamtej i zapisać przy rondzie.
   – Nie musi pan, może pan należeć do obydwóch.
   Przy rondzie nie chciały mnie jednak zapisać, bo pilnują rejonizacji. A mnie nie chciało się gadać, że literat, że przysługuje.


zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 632 22 15
e-mail: handlowy@piw.pl