WŁADYSŁAW BRONIEWSKI (1897-1962), poeta i tłumacz, jeden z najwybitniejszych i najciekawszych twórców XX wieku. Autor słynnego Bagnetu na broń, niezapomnianych wierszy o Mazowszu i trenów z cyklu Anka.
Postać kontrowersyjna i tragiczna. Legionista, więzień lwowskiego Zamarstynowa i moskiewskiej Łubianki, żołnierz armii Andersa, ale też piewca rewolucji i sztandarowy poeta Polski Ludowej.
Broniewski widziany oczami rodziny, przyjaciół i znajomych. Barwnie, czasem zabawnie, często bardzo osobiście wspominają poetę Kira Gałczyńska, Stefania Grodzieńska, Monika Warneńska, Erwin Axer, Bohdan Drozdowski, Jerzy Giedroyc, Piotr Parandowski, Wiktor Woroszylski oraz żony – Janina i Wanda, przybrana córka Maria Broniewska-Pijanowska, wnuczka Ewa Zawistowska i inni.
Wspomnienia zilustrowane zostały m.in. nieznanymi dokumentami i fotografiami.
Fragmenty
Kira Gałczyńska
Nie głaskało go życie po głowie wbrew obiegowym opiniom, wbrew pozorom. W gruncie rzeczy był samotny – choć zawsze otaczał go tłum – rzadko szczęśliwy, a pod koniec jego życia uważałam go wręcz za tragiczną postać.
O Władysławie Broniewskim niemal wszyscy piszący notują: pił i telefonował po nocy, zamęczając czytaniem wierszy. To prawda. Pił. Telefonował. Czytał wiersze.
I płakał. Tylko jakoś nikomu nie przyszło do głowy zapytać dlaczego? Co sprawiło, że coraz częściej uciekał w alkohol? Że jedyne chwile, kiedy próbował coś o swoim stanie ludziom powiedzieć, to były te nocne godziny, kiedy po prostu m u s i a ł usłyszeć czyjś głos...
Broniewski był człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Waliły się na niego kolejne tragedie, a że nie był psychicznie najmocniejszą osobowością, pozostawała ucieczka w alkohol. Na to wszystko nakładały się upływające lata i choroba.
A przed wojną? Z opowieści jego przyjaciół – ojca [Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego], Ryszarda Dobrowolskiego, Andrzeja Stawara – wyłania się postać szaławiły, owszem, lubiącego wypić, ale ponad wszystko stawiającego dom i rodzinę w małym mieszkaniu na Mokotowie, gdzieś w pobliżu ulicy Madalińskiego [na Sandomierskiej]. Żona Janina, mała córeczka Anka i on, poeta, chwytający się właściwie każdej pracy, aby tym dwóm kobietom zapewnić w miarę dostatni byt. Miał w sobie jakąś wewnętrzną prawość, którą zachował do końca życia. Był bardzo przywiązany do swej wojskowej karty życia, do służby w Legionach, do uczestnictwa w wojnie 1920 roku...
Młodziutki kapitan „Orlik” nie był bynajmniej jednowymiarową postacią, jak chcą tego niektórzy. Ale już wówczas, gdy tylko rozstał się z mundurem, gdy jeszcze nie stracił wszystkich sentymentów do dawnego Komendanta, wybrał inną drogę – trudniejszą. Bliższy mu był bowiem Baryka niż polityczne kariery jego dawnych towarzyszy broni. Wolał więc lombard, przyjmowanie każdej roboty przekładowej i możliwość mówienia tego, co myśli. Tak było zawsze. Władza po wojnie hołubiła go, ponad miarę kochała, obsypywała zaszczytami, ale Broniewski nigdy nie przestał być sobą: zawsze należało się liczyć, że coś zrobi albo powie... Zbieracze anegdot, wspominacze, zanotowali ich wiele... (...)
Kto wie, jak potoczyłyby się dalsze losy poety, gdyby nie śmierć córki? Nie wiemy i nie będziemy wiedzieć. Odejście Anki było ciosem, po którym się nie dźwignął. Pił, znikał w mieście, wracał do domu – samotny, coraz bardziej milczący, nawiązujący kontakt jedynie w nocy, gdy zostawała mu słuchawka telefoniczna i kartka z kolejnym przejmującym wierszem... Był bardzo nieszczęśliwy, zostawiony sam sobie w swej tragedii, łzom, które zamieniał na ziejące rozpaczą wiersze.
Maria Broniewska-Pijanowska
Broniewski wrócił w listopadzie 1945 roku na urodziny Anki. Doskonale pamiętam ten wieczór. Nie chciał żadnych gości, chciał go spędzić tylko z nami – swoją odzyskaną rodziną. Anka i ja dostałyśmy piękne sportowe golfy. Po raz pierwszy czytał nam Ballady i romanse oraz Mazurka Szopena. Od tamtej chwili – to moje ukochane wiersze. Wkrótce okazało się, że mama [Maria Zarębińska] jest nieuleczalnie chora, że ma śledzionę wielkości bochenka chleba. Lekarze radzili wywieźć ją za granicę. Władek mógł wówczas załatwić pobyt w klinice w Szwajcarii. Jeździliśmy do Zurychu parokrotnie. Był bardzo nierówny jako ojciec. W Łodzi nas po prostu tresował. Nie mógł zrozumieć, że minęło pięć długich lat, każda z nas swoje przeszła, byłyśmy naprawdę dojrzałe i samodzielne. Anka żyła bardzo szybko. Zrobiła maturę mając szesnaście lat. Władek chciał, byśmy uczyły się grać na fortepianie. Starsza panienka powiedziała, że zdaje maturę, więc nie ma czasu, a młodsza, niestety, musiała ćwiczyć. Był bardzo staroświecki, a przez to uciążliwy i trochę śmieszny. Przychodziło do nas wielu chłopców. Kiedyś Władek stanął w drzwiach i gromkim głosem oznajmił: – Który z panów ma poważne zamiary – może zostać, a reszta, proszę, won! Wyszli... wszyscy. Zrobiłyśmy mu awanturę, że nas kompromituje, że nie ma prawa wchodzić do pokoju, gdy ktoś jest u nas.
Kiedy mama była w Szwajcarii, czuł się za mnie podwójnie odpowiedzialny. Musiałyśmy czesać się gładko, a ja zrobiłam sobie trwałą ondulację. Gdy wróciłam do domu, krzyknął: – Marsz pod kran! – Nie chciał zrozumieć, że woda jeszcze bardziej skręci włosy. Drobne konflikty były stale. Wcale nie było z nim łatwo na co dzień. Adoptował mnie już po śmierci mamy, gdy byłam w liceum. Obiecał to mamie. Bardzo mu zależało, abym prawnie została jego córką. Zależało mu także na tym, bym używała nazwiska „Broniewska”. Byłam z nim bardziej zżyta niż ze swoim rodowym. Popadłam w konflikt z własną rodziną, rodziną Kornackich. Oddali mnie Jasi [żonie Broniewskiego] tak po prostu, jakbym w ogóle nie istniała...
(...)
Kiedy Władek ożenił się z Wandą, oddał mi obrączki jego i mamy. – Chcę, żeby zostały u ciebie. – Mam je do dzisiaj. Dwie obrączki z wygrawerowanym napisem: „Twój Władek” i „Twoja Marysia”. Pamiętny list mamy, ów brulion, zatrzymał sobie, twierdząc, że to jego talizman, z którym nie chce się nigdy rozstawać. Zeszyt zniknął po jego śmierci...
Jerzy Giedroyc
Broniewski był postacią bardzo skomplikowaną. Niezwykle popularny jako poeta, dla mnie był przede wszystkim doskonałym tłumaczem literatury rosyjskiej. Otaczała go legenda z czasów legionowych, więc – pomimo poglądów komunistycznych czy raczej komunizujących – cieszył się ogromną popularnością.
Nie słyszałem, by kiedykolwiek komentowano jego ewolucję od Legionów do komunizmu. Chyba nie traktowano jej poważnie. O poglądach Broniewskiego w moim środowisku po prostu się nie mówiło.
(...)
Powrót Broniewskiego do Polski był powodowany względami czysto osobistymi. Cierpiał na nostalgię. Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca nigdzie poza Polską. Do tego doszły plotki o śmierci jego drugiej żony i córka, która była przecież w kraju. Wszystkie te czynniki spowodowały, że Broniewski zdecydował się na powrót. W kręgach literackich i rządowych ta sprawa była dobrze znana.
Broniewski dosyć często przyjeżdżał do Paryża. Ilekroć przyjeżdżał, najpierw telefonował: – Tu mówi Broniewski. Panie Jerzy, czy pan mi poda rękę? – Zapewniałem, że podam mu rękę i spotykaliśmy się gdzieś na mieście. Zupełnie normalnie. Był pod „opieką” swojej trzeciej żony, która pełniła rolę cenzora do tego stopnia, że kiedy przychodziłem do niego do hotelu, mówił: – To my wyjdziemy się przespacerować. Siadaliśmy w pobliskiej kawiarni i rozmawialiśmy.
Broniewski był świetnym satyrykiem. Wprawdzie jego fraszki często były okrutne, nie zawsze cenzuralne, ale doskonałe. Chciałem mu wydać te wiersze. Prosiłem, by je spisał. Obiecywał, ale w końcu tego nie zrobił. Nie zdążył. Nie zaskoczyło mnie Słowo o Stalinie. Odniosłem się do niego z dużą pobłażliwością, bo znałem Broniewskiego. Bardzo go lubiłem. Miałem do niego dużą słabość i mogłem mu wiele wybaczyć.
|