Korespondencja z fascynującym człowiekiem musi być niezwykła. Adresatką
listów elektronicznych była dziennikarka Liliana Śnieg-Czaplewska.
Gdy zaproponowała Artyście wywiad-rzekę, odmówił, ale w latach
2003-2005 napisał do niej ponad 600 listów. Wyszedł z tego
blisko dwuletni swoisty zapis rzeczywistości "a la Bexa".
Zdzisław Beksiński - jeden z najwybitniejszych polskich malarzy,
niegdyś fotograf i rzeźbiarz, był niezwykłym, pełnym sprzeczności
człowiekiem. Eremita, ekscentryk, zamknięty w swoim świecie, do
którego na co dzień dopuszczał jedynie wtajemniczonych, "od
święta" znacznie więcej. Wielbiciel hamburgerów i coca-coli,
znawca Biblii i erudyta, wszystko nazywający po swojemu. Ironista
rzadkiej wody. Jak ognia unikał całego blichtru tego świata, na
bankiet by się go końmi nie zaciągnęło. Spolegliwy dla tych, którzy
mieli szczęście zaliczać się do Jego przyjaciół. W krótkim czasie
stracił najbliższych (syn Tomasz Beksiński, wybitny tłumacz i znawca
muzyki popełnił samobójstwo w Wigilię 1999 r.), mimo to pozostał
pogodnym, lubiącym bliźnich człowiekiem.
To nieprawda, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są nimi wielcy
artyści. Gdy przyszła śmierć, okrutna i bezsensowna, był w świetnej
formie. Malował całymi dniami, wciąż inaczej. Zapłacił za swoją
dobroć - śmierć miała znajomą twarz. Ostatni list napisał o godzinie
10.38 dnia 21 lutego 2005 r.
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: Boska Biskupica
Date: 07/27/2003 Dziwnie Pani odbiera obrazy, ale przywykłem już
do tego, że bywam czasamiproducentem rozszerzeń do testu Taylora.
Dla mnie ten typ pozy - zainspirowany ruchem Nike z Samotraki -
jest czymś co nazywam "wieszakiem". Wielokrotnie używałem
i używam tego samego wieszaka, a tylko każdorazowowieszam na nim
nieco inną formę. Takich rozmaitych wieszaków mam zaledwiekilkanaście
i cała zabawa w malowanie to wieszanie na nich innego problemumalarskiego,
który racji tego, że zaczynałem jako abstrakcjonista i chybanim
w sposób ukryty zostałem, ma zawsze charakter formalno-abstrakcyjny.
Krzyż, katedra, morze, obłoki, to tylko kilka innych wieszaków.
Uodbiorców - jeśli im wierzyć - wytwarzają się nieprzewidziane
przez malarzaemocje. Miałem w trakcie studiów taka znajomą z którą
chodziłem na koncertyw filharmonii - w trakcie muzyki zwykła szeptem
komunikować o swoichdoznaniach: owieczki na hali, chłopstwo w karczmie,
góry we mgle, wschódsłońca i tak dalej. Nie mam poza dziecięcym
bębnieniem w klawisze żadnegodoświadczenia w zakresie muzyki, a
tylko spore osłuchanie, lecz czuję, żejeśli teraz jest BIMBAM to
za chwile musi być BUMBIM tylko nieco głośniej,co stanowi przygotowanie
to RACHCIACHCIACH. Nie ma tam miejsca ani naowieczki ani na wschód
słońca. Tak samo widzę malarstwo. Jeżeli tu jestosiowo, to tam
muszę to złamać, a akcent czerwony po lewej zrównoważyćakcentem
zielonym po prawej u dołu. To co potem na ten temat wysłuchuję
iwyczytuję (najczęściej opinię: "same kości")
to już całkiem inny film, alenie powiem: bywa czasami interesujący.
Rosikoniowi obraz chyba się podobał, ale ja nie nadaję się na towarzysza
domodlitwy,
więc ostatnio gadamy non stop i to czasami godzinami o cyfrowymsprzęcie
fotograficznym. No, ale to też rodzaj modlitwy. W końcu niektórebóstwa
są niedostępne lub trudno dostępne bo trzeba by zaryzykować w ciemnokota
w worku za 40.000 dolarów, a dopiero pół roku okazałoby się, że
inneboskie koty były lepsze.Pięknie pozdrawiam i biorę do pracy.
Najsolidniej przez cały dzień, pracujemi się w niedzielę, bo nic
i nikt mi nie przerywa i nie muszę przebierać siędla gości w coś
mniej brudnego i postrzępionego (nie postrzępionego w ogólenie
mam).
Beksinski
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: Raju rety!
Date: 07/29/2003
Ależ to nie teoria, lecz najprawdziwsza prawda: Nie mam o niczym
pojęcia. Towyłącznie debilizm salonowy (to termin psychiatryczny!),
który bierze Paniza dobrą monetę. Tak było przed stu laty z Przybyszewskim:
nieustanniecytował, ale podobno nikt nigdy nie widział go czytającego
cokolwiek. Nawetnie wiem kto to jest Hausner. Oczywiście znam austriackiego
malarza o tymnazwisku, który umarł przed paru laty i był reprezentantem
neo-manieryzmu, do którego i ja bywałem czasami zaliczany, pamiętam
także takie nazwisko z Sanoka i może nawet ze szkoły, ale z niczym
już mi się nie kojarzy, co oczywiście nie świadczy o niczym poza
moją niewiedzą, a już w żadnym wypadkuowym Hausnerze, na temat
którego zbiera Pani informacje. Oczywiście w tejchwili już wiem,
że to jakiś sympatycznie wyglądający pyzaty polityk iposeł, bo
po przeczytaniu maila od Pani zajrzałem do internetu. NA TYMWYCZERPUJE
SIĘ MOJA WIEDZA - PRZYSIĘGAM! Naprawdę nie czytam gazet inaprawdę
nie oglądam wiadomości telewizyjnych, zaś radiowych używamwyłącznie
w charakterze budzika o godzinie 7, nie wysilając się by cokolwiekprzyswoić
z tego co dobiega do moich uszu. Nie twierdzę, że jestem głupi,ale
jestem kompletnie niedoinformowany na skutek braku zainteresowania
tymco się dzieje w świecie ludzi ubranych w garnitury. Zainteresowanie
politykąod strony kibicowania, uchodzi za standardowe zajęcie całej
populacji, alejak widać mam psychikę pustelnika. Ostatni raz oglądałem
dziennik telewizyjne, EuroNews i CNN oraz czytałem Gazetę Wyborczą
jeszcze za życia mej żony i robiłem to dla towarzystwa. Ona siadała
przed telewizorem i czytała Gazetę, więc i ja to robiłem. Howgh,
jak powiadają Apacze!
Beksiński
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: okropny, dziwny, dzień
Date: 07/31/2003
Co czuję? Pani domniemania w tej kwestii być może sprawdziłyby
się w wypadku kogoś w rodzaju Van Gogha, który malował obraz przez
godzinę czy dwie. Ja piłuję rzecz czasami przez 3 tygodnie (czasami
szybciej, ale nie szybciej niż przez tydzień - z reguły zależy
to od ilości wydarzeń jakie mi w tym przeszkadzają). Odczuwam oczywiście
czasami uczucie zadowolenia, że coś mi się udało, ale najczęściej
zadowolenie to wynika z faktu, że mam to w końcu z głowy i mogę
zabrać się za coś innego. Obrazów sprzedawać nie lubię i gdybym
urodził się człowiekiem majętnym na tyle, by nie być zmuszonym
do zarabiania na skromne życie, to na pewno nie sprzedawałbym ich
w ogóle. Jestem facetem, który maluje dla siebie i każdy obraz
maluję dla siebie. Kreacja obrazu nie ma nic wspólnego z seksem,
a jeśli, to raczej z upierdliwym i męczącym płodzeniem potomstwa,
które jednak jest moim potomstwem i najchętniej zostawiłbym je
sobie. Na komórkę, znalazła mnie jakaś dziewczyna z TV4 i mękoliła
bym wypowiedział się w sprawie Doroty Nieznalskiej. Już raz, przed
3 miesiącami wypowiadałem się w POLSACIE w stylu, że chyba sędzia
nie okaże się idiotą, ale sędzia okazał się idiotą, więc tym razem
TV4 coś chciało. Wykręcałem się jak mogłem, bo cóż jeszcze oryginalnego
można w tej sprawie ze siebie wydusić, ale przyszli o godzinie
14, miało to pójść w dzienniku o 21 ale nie poszło i dobrze. Potem
facet z radia. W końcu prawie w ogóle nie miałem szans na malowanie.
Dziś za chwilę przyjedzie pan Krzysztof złota rączka i przez cały
dzień będziemy walczyć w kawalerce: on fizycznie, a ja psychicznie.
Jutro wpołudnie jacyś entuzjaści ze Szczecina. Dlatego malowanie
obrazu trwa takdługo. Bolą mnie dziś cholernie krzyże i nie daję
już rady siedzieć przykomputerze, a muszę jeszcze poprawić co najmniej
300 aliteracji, które naskutek mojej dysleksji wprowadziłem w ten
tekst. Pięknie pozdrawiamBeksinskiPS: Moje ostatnie zdanie bez
poprawek wygląda jak niżej (kopiuję):Bla.onmie dzis,, chonlenie
krzyzze ini eDaje.... jux.. rdya sieddi ec przy kmoputerye, a musze
jesyczeece porpawicconajm,nieje 3)) aliteracx hloioe na s,kitek
mokjej dyslekesji nwpreowadzi9lemw ten teksdty.Wesoło co? Pisanie
to dla mnie niestety tortura.
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: Jutro Kraków
Date: 08/01/2003
A dlatego upierdliwe, że wcale nie kocham stać przy sztalugach
na obolałychnogach, czy nawet siedzieć z bolącym kręgosłupem. Poczucie
spełnienia jesttakie same jak przy budowie willi z parkiem, basenem
i kortem tenisowym wwarunkach polskiego partactwa i nieterminowości.
Chcę mieć obraz, podobniejak ktoś chce mieć tą willę i na końcu
go mam: nie taki jaki sobiewymarzyłem, lecz nieco "w bok",
wymęczony i czasami wręcz znienawidzony,przy czym pamiętając jak
wyglądał zamysł, widzę na skutek przemęczenia(krzywa Kraeppelina!)
tylko niedoróbki, a nie osiągnięcia. Zmaltretowanyjestem psychicznie
do granic możliwości całą tą robota i oczekiwaniem naefekt, sumą
rozczarowań i kompromisów które musiałem zawrzeć z własnąnieumiejętnością
i możliwościami materii: w basenie żaby i liście, na korciesłońce
w oczy, dach w willi od razu przecieka, podłogi trzeba było zrobićdębowe,
a nie bukowe, drzwi się zdeformowały i nie chcą się domykać i takdalej.
Tak to wygląda. W opinii Pani powinienem unosić się na obłoku wuczuciu
twórczej euforii. Kobieca egzaltacja!!! Pięknie pozdrawiam
Beksiński
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: polskie filmy
Date: 08/16/2003
Ja w ogóle słabo znam kino. Kiedyś było inaczej, ale potem, gdyzrezygnowałem
z nadziei, że zostanę reżyserem, przestałem się niminteresować.
Konratiuka chyba poznałem raz u Wańka, ale nie jestem tegopewien.
Pamiętam doskonale jeden film, który kojarzy mi się z jegonazwiskiem
ale nie wiem czy właściwie. Film ten oglądałem kilka razy, bomnie
urzekł, ale za cholerę nie pamiętam tytułu. Jacyś dwaj menele chcąprzelecieć
się LOTem i realizują swój pomysł. To jak Kondratiuk (wg Paniopisu)
mieszka jest dla mnie PRZERAŻAJĄCE, podobnie jak zapewne byłoby
dlaniego moje mieszkanie. Gdy ostatnio Dmochowski zobaczył moją
kawalerkę inaufbau, prychnął że wygląda na mieszkanie technika
budowlanego, a niemieszkanie artysty. No cóż: w Sanoku miałem pracownię
bardziej w stylu"artysty", chociaż także nie kolekcjonowałem
antyków, ale przynajmniej byłazagracona. Mam jak widać upodobania
technika budowlanego. W końcu zwykształcenia jestem czymś podobnym.
Najlepiej określił to jeden z reżyserówtelewizyjnych: "architektura
łodzi podwodnej". Może dodałbym, że jeszczelepszym określeniem
byłaby architektura kabiny kosmicznej. Np. problemnierozwiązywalny:
nawilżanie powietrza w zimie, gdy z powodu kaloryferówwilgotność
spada do 11% i dostaję swędzącej wysypki od zbyt suchegopowietrza.
Eksperymenty z elektronicznym precyzyjnym higrometrem iultradźwiękowym
nawilżaczem, udowodniły, że w celu uzyskania wilgotności 40%,muszę
wpompować w moje mieszkanie 14 litrów wody na dobę. Gdy to uczyniłem,to
po trzech dniach moja żona dostała zapalenia spojówek, a w całymmieszkaniu
osiadł "szron" (dokładnie tak to wyglądało) złożony z
minerałów,które wytrąciły się z ponad 40 litrów kranówy zmiękczonej
specjalnymproszkiem zmiękczającym. Potrzebne więc było 14 litrów
wody destylowanej nadobę, której nie było jak i skąd w tych ilościach
ściągać, co spowodowało,że zrezygnowaliśmy z nawilżania. Gdy założyłem
klimatyzację, przekonałemsię, że pobiera ona z atmosfery i wypluwa
na zewnątrz około 20 litrów wodydestylowanej na dobę. Natychmiast
przyszedł mi do głowy pomysł z kabinykosmicznej. Kupuję mieszkanie
pode mną, ustawiam tam gigantyczne zbiornikina wodę z klimatyzacji,
którą w zimie pobiera urządzenie do nawilżania. Takjak ferma lisio-kurza.
Lisy karmimy kurami, kury karmimy lisami, a futerka ijajka zabieramy
sami. Moja idea: zrobić wszystko tak, by napędzało się samo,a ja
leżałbym do góry brzuchem. Jak wiadomo idea perpetuum mobile igrafomania
zawsze szły w parze, a ja uważam się za grafomana (piktomana) ijestem
z tego dumny. Niestety przez całe życie wygląda to na wyścig zająca
zżółwiem.
Beksiński
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: onieśmielające stroje
Date: 09/21/2003
Chodziło mi w zasadzie o to, że nie przykładam wagi do niczego
poza swoiścierozumianą funkcjonalnością, ale to chyba półprawda,
bo druga połowę stanowiniechęć do szukania po sklepach i pospolite
lenistwo w tym konkretniezakresie. Gotów jestem połowę albo nawet
prawie cały swój czas, co ja mówię:cały swój czas i jeszcze więcej
poświęcić na zdobycie komputera lub aparatufotograficznego akurat
takiego o jakim marzę, ale to w co się ubieram i toco mam w mieszkaniu,
jest wypadkową obu wymienionych na wstępie cechy megocharakteru.
Gdybym miał mieć mieszkanie takie o jakim marzę (nieprawda: niemarzę
o czymś takim jak mieszkanie) to byłoby to coś w rodzaju willi
BillyGates'a, z tym ze bardziej przypominało by wnętrze kabiny
kosmicznej lublodzi podwodnej z jakiegoś Startreku. Migające wszędzie
diody. Syntetycznegłosy. Posunąłbym skomputeryzowanie i wyposażenie
w gadające roboty iautomaty do granic możliwości. Czuję w sobie
w tym zakresie potrzeby małegochłopca. Colę miałbym w kranach,
dostarczaną rurami wprost z wytwórni.Podobnie Hamburgery. Cyk i
mam hamburgera! Dobry Boże: jak fajnie! Niejestem w stanie pojąć
potrzeby gromadzenia antyków, mam jakąś skazępsychiczną na tym
obszarze doznań. Niestety tego mieć nie mogę, a zresztąmoże, gdyby
mnie nawet było stać, to byłoby mi szkoda czasu naorganizowanie
tego wszystkiego i pozostałbym przy funkcjonalnym stereotypie.Pana
Irka zatrudniłem w wyborze obić wyłącznie z lenistwa. Podobniezatrudniam
panią od sprzątania i panią od gimnastyki, by mi kupiły np.szorty
lub prześcieradła - nawet nie wiem, gdzie się to kupuje. Podobny
byłmój syn. Nawet miał jakąś dziewczynę w Krakowie, która została
pomazańcem odkupowania mu odzieży, bo on chyba nie miał o tym pojęcia.
Z tym, że on byłbardziej skrajny ode mnie, bo ja jednak nie włożyłbym
na siebie czasemjakiejś szpanerskiej koszuli, gdyż mam skłonności
mimetyczne, a on nie miałw ogóle osobistej opinii w tym zakresie:
wkładał na siebie to co mu kupiłata dziewczyna: jechał na zakupy
odzieżowe do Krakowa.Goście. Z gośćmi jest tak: Przez cały dzień
nikt nie dzwoni. Cisza i myślę,że już umarłem lub unoszę się w
balii w centrum olbrzymiego, jak oceanjeziora. Nie widać brzegów,
szare niebo i szara woda, łącząca się nahoryzoncie z niebem. Wchodzę
do WC. Ledwie zacznę z niego korzystać, dzwonidzwonek do drzwi
na dole i równocześnie dzwonek do drzwi na górze, dzwoniąnaraz
oba telefony: komórka i stacjonarny, słychać z komputera, że spłynąłjakiś
mail, a do okna zaczyna dobijać się facet, który skacząc naspadochronie
zawisł na 3 piętrze. Wybiegam jak oszalały, podciągającspodnie,
ale telefony i dzwonki już ucichły, w poczcie spłynął spam: bigerharder
better o tym jak mam powiększyć swoje wdzięki, a facet naspadochronie
obsunął się na wysokość 2 piętra i dobija się już do sąsiadów.Następuje
ponownie cisza. Coś jak w filmie "Żółta łódź podwodna":
gonitwa zaplecami, która znika w momencie, gdy obrócić się do niej
przodem. Podobniegoście: nie atakują mej samotności nieustannie
lecz falami, na podobieństwoekonomicznych cykli Kondratiewa. Trudno
włączać non stop sekretarkę, boodbijają się od niej czasami bez
słowa ci, z którymi powinienem lub chciałbymporozmawiać. Pięknie
pozdrawiam
Beksiński
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: horror
Date: 10/25/2003
Mój syn wyznawał ideę, że ta forsa, którą trzyma w kieszeni to
jego forsa, a wszystko inne to abstrakcja. Ta idea niewiele różni
się odmoich poglądów. Gdy coś zarobię, to i tak zaraz wydaje na
coś, co wcale niejest mi potrzebne. Zarówno stan posiadania jak
i ubóstwa, przerabiałem nawłasnej skórze wielokrotnie. Zapewne
przez całe życie usiłuję sprostać pewnej idei z mego wczesnego
dzieciństwa, gdy myślałem, że całe zasoby finansowe mego ojca znajdują
się w jego niezgłębionej - jak mi się wydawało - portmonetce. Co
miesiąc dostawałem jakąś tam groszową sumę, która wydawałem na
naboje do straszaka i wiatrówki (byłem dziecięciem o potrzebach
militarystycznych, poza tym trzeźwo oceniałem, że lody i tak zafunduje
mi jakaś ciocia) oraz raz w roku całe 5 zł za dobre świadectwo.
Gdy raz zapytałem ojca, ile pieniędzy posiada w pularesie, odpowiedział,
że nie wie. Stało się to moim cichym marzeniem: nie wiedzieć, ile
się ma forsy. Świadomość tego, że ojciec nabyć może sobie - o ile
zapragnie - tak nieprawdopodobną ilość naboi do straszaka, że cała
rodzina ogłuchnie od kanonady, była wręcz upajająca. Nie zostawszy
Billem Gatesem, staram się wszelako zachowywać z pozoru luzacki
stosunek do strony finansowej: forsa jest w kieszeni. "Nie
wiem" ile jej posiadam, ale gdy zaczyna jej brakować, to dopiero
wtedy zaczynam się martwić i usiłuję jakoś skołować kasę, po czym
znowu następuje Eldorado. Swoją drogą, że jakoś tam podświadomie
czuwam nad stanem własnego posiadania i kupienie nowych spodni
czy skarpetek uważam za lekkomyślność, natomiast gdy tylko w jakimś
sklepie ukazał by się zegarek na rękę, będący zarazem telefonem,
radiem, urządzeniem radiolokacyjnym i komputerem do ściągania i
odtwarzania plików MP3, aparatem fotograficznym,oraz posiadający
trzy cyferblaty, tak że zorientowanie się, która jestgodzina, wymagałoby
sporej sprawności manualno intelektualnej i orlegowzroku, a zaprogramowanie
całości tak by funkcjonowała, zajmowało by całydzień, natychmiast
bym go nabył, a po dwóch dniach wspaniałej zabawy wrzuciłdo szuflady
i zapomniał, no bo zwykły zegarek jest wygodniejszy. O Jezu -zaraz
przychodzi pani Kupcowa do sprzątania. Będzie miała dziś sporoproblemów
ze zmyciem PepsiMax z szafek futryn i drzwi. Pięknie pozdrawiam
Beksiński
(...)
Top
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: Re: nieprawidłowa prawidłowość
Date: 10/26/2003
Boże: znowu ta opowieść o coli dzięki której puszczają śruby. Gdy
wewrześniu gościłem szwedzkie małżeństwo takich jak ja starców,
to ich okrzykizgrozy na moją strategię żywieniową i wszystko co
tylko miałem w lodówcepamiętam do dziś. Musiałem po nich wszystko
raz jeszcze myć, bo detergentjest niezdrowy, pepsi to zgroza, gdyż
jest tam kwas fosforowy, a kwasfosforowy rozpuszcza rdzę. Boh ty
moj! Kwas fosforowy rozpuszczarzeczywiście rdzę i jest do tego
celu powszechnie używany w przemyśle, aleagresywniejszy od niego
kwas solny też rozpuszcza rdzę. Używałem - jakofacet, który lutował
przed laty rzeźby z blachy - jednego i drugiego kwasu.Znam bajki
o tym, że zardzewiała łyżeczka włożona do coli, na drugi dzieńbyła
jak nowa. Kto i po co wkłada zardzewiałą łyżeczkę do coli i gdzie
ulicha spotkać można w przyrodzie zardzewiałą łyżeczkę. Ja takiej
niewidziałem. Stalowych łyżeczek po prostu nie ma. Wiem natomiast
i to nie jestbajka, że ilość kwasu solnego który w tej chwili ma
pani w swoim żołądku,pozwoliłaby na odrdzewienie dwóch metrów żelaznego
ogrodzenia w parku ijakoś Pani z tym żyje i nawet maluje sobie
ściany. No dobra: rzeczywiściejadałem za życia mej żony sosy lepsze
niż Uncle Ben's i wołowinę lepszą niż"Wołowina we własnym
sosie" (PN-A-82022-1998, panu Krzysztofowi polecamzawsze skontrolować
normę) , ale i jedno i drugie jest najlepsze z tego comogę mieć
szybko i pod ręka tak, aby przygotowywanie jedzenia wraz zezjedzeniem,
nie zajmowało mi więcej niż kilka minut czasu. Poza tym degustibus
non est disputandum. Zapewne nie uwierzy Pani lub powie, że robięsobie
jaja, ale osobiście znam ludzi, którzy uwielbiają nawet takiepaskudztwo
jak kuchnia śródziemnomorska, te wszystkie ohydne frutti di mare(czy
jak się toto pisze), kraby, langusty, krewetki, ostrygi w końcu
nawetryby. Zwykle, gdy na jakimś filmie widzę to na straganie lub
na stole,zamykam oczy i czekam słuchając dźwięku, czy już przestali
to pokazywać - dotego stopnia budzi to moją odrazę. Pamięta pani
tego komisarza policji zfilmu Hitchcocka, który jadł sandwicze
w pracy, bo jego żona chodziła nakursy gotowania w stylu kuchni
francuskiej i robiła supdepółasą? Ja jestemtakim facetem jak on.
Wzdrygam się na samą nazwę kuchni francuskiej. Tojedna z przyczyn,
że nie lubię turystyki. Na dodatek te opowieści, żewołowina to
nowotwory i choroba szalonych krów, a ryby to samo zdrowie...Akurat
właśnie ryby można za oknem wieszać zamiast termometru, bo tyle
wnich jest rtęci. Oczywiście nie dlatego ich nie jem - po prostu
odczuwam doryb odrazę, wprawdzie nie tak mocną jak do krabów i
krewetek ale jednak. Zkolei ze wszystkiego co podaje się u nas,
najbardziej nie lubię grzybów ikrwawego steku. W nader rzadkich
momentach gdy jestem w restauracji, a dowyboru jest tylko wołowina,
proszę kelnerki by kucharz piekł ją dwa razydłużej niż normalnie,
a potem proces ten powtórzył, a potem jeszcze trochę,aż do momentu
gdy będzie się już wstydził tego co upiekł, bo wtedynajprawdopodobniej
dam radę zjeść to ze smakiem. W przeciwnym wypadkuzostawię na talerzu.
Ja w końcu też mam swoje upodobania, których nikomunie narzucam,
natomiast mnie wszyscy wokoło nieustannie pouczają, żeodżywiam
się źle i mam zły gust. Oczywiście wiem, że mam gust prymitywny
alenie pretenduję do znawstwa w tym zakresie. Przykrą i upokarzająca
czynnośćjedzenia, lubię odwalić jak najszybciej i z jak najmniejszym
wysiłkiem. SosUncle Ben's (mówię o "Tajskim Chili" i "Seczuańskim
Chili", bo inne mirzeczywiście mniej smakują) nie jest najlepszym
sosem, jaki mógłbym sobiewymarzyć, ale jest całkiem fajny i mój
stereotypowy obiad składa się zpokrajanej w kostkę wołowiny w sosie
własnym z sosem tajskim lubseczuańskim. Stosunek: dwie puszki wołowiny
na cztery małe lub trzy dużesłoiki sosu Do tej mieszaniny dodaję
garść pieprzu i sporo gałkimuszkatołowej. Wystarcza to na cztery
obiady. Gotuję ryż Uncle Ben's wtorebkach i mój obiad to pół torebki
ryżu i ? zapasu mieszaniny opisanejwyżej, którą ochrzciłem mianem "Przysmak
Beksińskiego". Ryż też gotuje naraz 2 torebki i wystarcza
na 4 razy. Znajoma lekarka powiedziała mi, że podwóch dniach przechowywania
w lodówce żywność staje się bezwartościowa, aponieważ staram się
korzystać z rad fachowców, to trzymam najpierw wszystkow lodówce
przez trzy dni, aby już na pewno było bezwartościowe i dopierowtedy
przystępuję do konsumpcji. Niestety nie zmniejszyło to mej wagi.
Dieta zawsze jest wyrzeczeniem - jaka by ona nie była. Poza tym
odchudzanie się w moim wieku, zaczyna się od szyi i oczu. Zwiotczała
skóra, pomarszczona szyja i wygłodniały wzrok. Pamiętam sprzed
lat jakiś odcinek Porucznika Columbo, w którym aktor Louis Jourdan
grał rolę smakosza-mordercy zabijającego przy użyciu ryby Fugu.
W jego oczach widać było ile wysiłku wkłada w odchudzanie się i
gdyby tę rolę grał Bikont, wszystko byłoby na swoim miejscu, a
tak był to chyba ironiczny dowcip.Aha, aha. Przepraszam za chaotyczny
tekst ale teraz dopiero zauważyłem w Panimailu zapytanie dlaczego
robię zapasy. Wołowinę kupuję zazwyczaj z rocznym lub półtorarocznym
terminem ważności i cały zapas trzymam w lodówkach, a mam ich obecnie
aż trzy ogromne. To wynika stąd, że nie mam samochodu i nie cierpię
robić zakupów. Kupuję wszystko co się da en masse i kontrolując
terminy ważności zjadam planowo. Do McDonald's mam pół kilometra
i gdy leje deszcz, jest ślisko, lub (co najczęściej) nie chce mi
się przerywać pracy, to tam nie idę. Z McDonald's korzystam gdy
akurat jest termin obiadu (dla mnie to godz. 12 - 12:30) a ja załatwiam
coś w mieście czy gdzieś obok McDonald's. Do domu zamawiam czasami
pizzę, byle bez ryb i pieczarek, oraz z rzadka KFC. Poza tym jadam
tez gotowe obiady odgrzane w mikrofali. Zraz w sosie własnym z
kaszą firmy NASZA KUCHNIA, jest nawet fajny, tyle że dodane tam
buraczki były już raz zjedzone - widać inaczej się nie da. W końcu
prowadzę kuchnię staregokawalera - wszystko jednak jest na razie
lepsze niż gospodyni domowa (vide: proces Bardell contra Pickwick),
a gotować sam sobie na pewno nie będę, mimoiż umiem: szkoda na
to czasu.Pięknie pozdrawiam
Beksiński
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@poczta.onet.pl>
Subject: RE: a jednak brak
Date: 11/12/2003
O co walczy Henricot. Mój Boże - nie mam pojęcia! Mogę mówić o
sobie i mogępowiedzieć generalnie. Generalnie każdy walczy z własnym
brakiem talentu iumiejętności, bo (pomijając reklamę i plakat)
wcale nie jest tak, żetrudność realizacji polega na wymyśleniu
tego co to dzieło będziedemonstrować. Tak nie było nawet w tym
okresie gdy powstawały dziełarenesansu czy dawniejsze, mimo iż
mecenas stawiał sprecyzowane wymagania.Wymyślić temat i scenę (
sic: pomijam tu reklamę i plakat!!!) każdy idiotapotrafi. Problem
polega na tym jak to zrealizować i na ile w trakcierealizacji trzeba
będzie odstąpić od pomysłu pierwotnego, bo nie potrafimyzrealizować
tego co chodziło nam po głowie lub dlatego, że to co jużczęściowo
namalowane, zaczyna żyć własnym życiem i podsuwa inne sposoby narozwiązanie
problemu. Rozwiązaniem problemu na pewno nie jest zrealizowanieprzesłania
jakie oficjalnie niesie dzieło. Przesłanie to, o którym potembredzi
się w prasie, a które nazywa się czasami "treścią obrazu",
jestzaledwie mało ważnym pretekstem na użytek ludu bożego. Jest
nieprawdziwaanegdota o tym jak papież wzruszony sonetami Petrarki,
postanowił zwolnićjego lub jego wybrankę (nie pamiętam) ze ślubów
zakonnych, a wtedy Petrarkanapisał do papieża, żeby się wstrzymał
z decyzją, bo on ma jeszcze pomysły nakilka innych sonetów. "Tren
dla ofiar Hiroszimy" Pendereckiego, wcale niebył pisany z
tą myślą, ale przed jakimś międzynarodowym konkursem podsuniętomu
w ostatniej chwili taki tytuł - czy jakoś tak, bo szczegółów nie
znam.Jednym słowem: utwór jest dla twórcy czymś milion razy ważniejszym
niżjakaś tam idea, której rzekomo służy. Czyli "wyświęcenie" Henricot,
zapewneuzyskało tytuł po zakończeniu obrazu kiedy trzeba go było
jakoś na użytek"ceprów" (góralskie określenie) nazwać.
Pani skojarzyło się z perwersją izmysłowością, a jemu zapewne z
numenem lub obrządkiem. Ja nie daję w ogóletytułów. O co walczył
Henricoit nie wiem - może o formę, może o materięmalarską. Ja walczę
głownie o formę i tu - moim zdaniem - udaje mi sięzwyciężać oraz
o materię malarską i tu najczęściej przegrywam, gdyż daleko mido
Henricot ale lepszy jestem o niebo od Picassa, który (jeśli idzie
omaterię) paćkał jak kura pazurem, co oczywiście (pomijając mnie)
nieoznacza, że Henricot jest większym malarzem od Picassa. Czy
Wasza Wielmożność czai o co biegnie czy jeszcze nie? To wszystko
nie jest aż takie proste, jak to widzą uczone panie profesor. To
tak jak z porównywaniemRembrandta do Halsa: Rembrandt kładł farbę
wręcz bosko, a obrazy Halsasprawiają wrażenie, że spoiwem farby
była dla niego margaryna Kama. Ja w teklocki jestem kiepściutki
i przez siebie już nie przeskoczę. Myślę, żelepszy jestem w budowie
formy. Co to jest za zwierzę, ta forma. Trudno to wparu zdaniach
wyjaśnić. Wisi u mnie obraz, który "znawcy" oceniają
jakokompozycję falliczną. Każdy musi się wypowiedzieć, żeby go
broń boże nieuważano za idiotę co to ani be ani me ani kukuryku
i z reguły tak sięwypowiada, a tymczasem (vide zdjęcia) obraz ten
był w założeniu krzyżem, alew trakcie walki o formę, poziome ramie
było zbyt przytłaczające dladelikatnej roślinności u dołu, po prostu
zamykało sztywno przestrzeń u góry,więc je w końcu zamalowałem.
Po ukończeniu obrazu i powieszeniu, zacząłemzbierać pochwały w
stylu uczonych bredni o kompozycji fallicznej. OK.Niechże tak będzie.
Jeśli komuś się wydaje, że w ten sposób zaczyna odbieraćcokolwiek
z obrazu, to jego prawo. Ja nigdy NIE WIEM tego CO (w sensierzekomej
treści) namalowałem, bo to mnie prawie w ogóle nie interesuje.Pisałem
poprzednio, że malując obrazy przez ostatnie 20 lat, najchętniejposługuję
się myśleniem zbliżonym do wariacji muzycznych. Chciałbym to przyokazji
jakoś dokładniej wyjaśnić. W celu wykonania wariacji trzeba mieć
ichtemat i albo musi być to bardzo prosty temat podany na wstępie,
który każdyod razu zapamięta jak np. w Enigma Wariations Elgara,
albo temat powszechnieznany jak swego czasu walc Diabellego w wariacjach
Beethovena, czy teżobecnie, trzecia część 2 symfonii Mahlera w
wariacjach (symfonii) Berio.Podobnie jest w jazzie. Improwizacji
z reguły dokonuje się w oparciu opowszechnie znane standardy. Jeśli
temat wariacji będzie nieznany, to prawienikt, poza wybranymi profesjonalistami,
nie będzie w stanie podążyć zawariacjami i zgubi się już na początku.
Tak więc tematem dla mnie jest zjednej strony idea obrazu i tego
co przedstawia, jaka wykształciła się przezstulecia, a także z
drugiej strony, najbardziej powszechne oglądy rzeczy.Tak więc z
jednej strony będzie to ukrzyżowanie, portret, akt lub krajobraz,a
z drugiej strony twarz, postać, chmury, drzewo etc. Temat komponuję
wsposób konwencjonalny, ale formę nadaję mu już własną, co pomagać
maodbiorcy w tym by nie zagubić tematu i podążyć za formą (o ile
potrafi). Coto do oglądu rzeczy, to staram się nie zagubić w wariacjach
kształtu, którywprawdzie odrealniam, ale nie do tego stopnia, by
urwała się łączność zoglądem powszechnym.Czy cokolwiek w ten sposób
Pani wyjaśniłem, czy tylko spowodowałem jeszczewiększą ciemność?
Beksiński
(...)
From: <bex@acn.waw.pl>
To: <lilianasc@neostrada.pl>
Subject: Re: Pełnia
Date: 08/31/2004
Nie. Z kotletami Abbelen koniec. Zje je pies pani Lidii. Jak mam
czegoś dość, to mam dość i żadne nastroje ani pełnie księżyca tego
nie załatwią. Niewiele znam poezji Miłosza ale jakoś do mnie nie
przemawiała gdy na nią gdzieś natrafiłem. Potrafi mnie czasem głęboko
poruszyć jedno krótkie zdanie jak np. sformułowanie "choćbym
szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę" z psalmu chyba 23,
czy jakiś stary wiersz o śmierci napisany przez kogoś pod tytułem
Anna Kamieńska, który przeczytałem w jakimś tygodniku przed wielu,
wielu laty z jakimś genialnym skrótem łączącym dzieciństwo ze śmiercią,
czy nawet jakieś fragmenty angielskie i niemieckie, mimo iż nie
znam języków ale znam te fragmenty. Myślę, że umiem tylko w ten
sposób to odebrać. Czytanie całego tomu to jak wypicie 40 butelek
słodkiego wermutu.Po tym niezrozumiałym porównaniu musi nastąpić
wyjaśniająca je anegdota: Gdy pracowałem jako designer w fabryce,
ludzie którzy pracowali tam we wspólnej sali biura projektowego,
od czasu do czasu robili wspólne imprezy alkoholowo gastronomiczne.
Ja się wykręcałem i mniemano iż to dlatego, że jako pracujący na
pół etatu nie mam dostatecznej ilości kasy na składkę imprezową.
Zafundowano mi więc w końcu taką imprezę w jakiejś wynajętej salce
jednej z sanockich restauracji. Było chyba ze 20 półlitrówek czystej,
na jakieś 12 osób. Bractwo siedziało wokół stołu, jakieś takie
speszone i nieruchawe, ale pierwsze kieliszki spowodowały rozluźnienie,
które przeszło potem w zbiorowe śpiewy. Dwie czy trzy dziewczyny
odpadły po pół godzinie i ulotniły się po angielsku. Panowie przeszli
z piosenek bieżących na repertuar partyzancki (wszyscy byli o ca
10 lat młodsi ode mnie i wojny nie pamiętali) przy czym trzeba
było non stop pić. Do zakąszania była tylko kiełbasa typu mortadela
i bałem się już, że się porzygam. Coraz bardziej pijany domagałem
się nieustannie proszącym głosem o kiszone ogórki do zakąszania
zamiast tej cholernej mortadeli, ale ich w tej restauracji nie
mieli. Dwóch czy trzech osunęło się pod stół. Ja wytrzymałem do
ostatniej kropli ale byłem zalany w trupa. Potem po pijanemu poszedłem
jeszcze w towarzystwie na strzelnicę i we własnym mniemaniu, wygrałem
swą celnością, półmetrowego siedzącego kota z gipsu, pomalowanego
na złoto i z czerwonym oczami. Widziałem już oczyma zalanej w trupa
wyobraźni, jak stawiam tego paskuda w swojej pracowni, a miałem
wtedy pracownię bardziej "artystyczną" niż dziś. Niestety
kierownik strzelnicy był innego zdania i doszło nawet do awantury.
No nic. To była dygresja w dygresji. Na drugi dzień wszyscy w pracy
byli bladzi z podkrążonymi oczami, a niektórzy biegali co chwila
do kibla i rzygali. Rozpocząłem więc "pracę u podstaw" i
zacząłem wykład na temat czy takich spotkań nie można byłoby organizować
bardziej "kulturalnie", nie przy czystej lecz przy winie,
a może i nasze panie by wtedy od nas nie uciekały i w ogóle. Zaproszono
mnie więc po jakimś czasie na kolejną imprezę, która miała stanowić
spełnienie moich postulatów. Wchodzę do wynajętej restauracji,
a tam na stole stoi 40 butelek słodkiego wermutu Istra. Mistrz
ceremonii udaje się na zaplecze i z tryumfalną mina przynosi półmisek
pełen kiszonych ogórków i zwraca się do mnie słowami: "mistrzu,
są tym razem ogórki". No i "kulturalnie" wykosiliśmy
te 40 butelek słodkiej Istry pod kiszone ogórki. Od tej pory już
starałem się nikomu niczego nie doradzać. Pięknie pozdrawiam
Beksiński (...)
|