Groteska, czarny humor są nieodłącznymi atrybutami twórczości Henryka Bardijewskiego. Po tych elementach nieomylnie rozpoznajemy jego prozę. Najnowszy zbiór współczesnych opowiadań sprawia, że mamy okazję wejść w tajemnicze światy pisarskiej wyobraźni Bardijewskiego. Światy niby to realne, ale na wskroś przepojone metafizyką. Nic tu nie jest pewne, stałe. Bohaterowie, ludzie zwyczajni i niezwyczajni, starają się walczyć z przeciwnościami losu i absurdami współczesnego życia. To racjonaliści, którym nie sprawdza się racjonalizm, ludzie poszukujący prawdy i sensu w życiu. Ani na chwilę nie mogą zaznać spokoju, zmuszani wciąż do wyborów, do tego, by określić swoją tożsamość. Wymaga to zawsze zwrócenia się ku swojemu wnętrzu, odrzucenia kolejnych masek, dotarcia do źródeł intuicji. Opowiadania Bardijewskiego pokazują ludzi zagubionych, jakby zaskoczonych gdzieś w pół drogi, ale nigdy nie pozbawionych szansy zbliżenia się do samych siebie, do własnej natury. To proza nasycona ciepłym humorem i pobudzająca do refleksji. Henryk Bardijewski
(ur. 1932), prozaik i dramaturg. Ma w swoim dorobku sześć tomów opowiadań (m.in. „Spis rzeczy i inne opowiadania”), kilka powieści (m.in. „Wiek świateł”), kilkanaście sztuk teatralnych i blisko 100 słuchowisk radiowych nadawanych w wielu radiofoniach europejskich (m.in. tom małych dramatów „Aria na tysiąc głosów”). Za twórczość słuchowiskową otrzymał w 2002 roku nagrodę Teatru Polskiego Radia - Wielkiego Honorowego Splendora. Jego utwory tłumaczone były na kilkanaście języków. Pisarstwo Henryka Bardijewskiego cechuje pogodna ironia, poetycki humor i groteskowe przejaskrawienie opisywanej rzeczywistości. fragment Monstrum
Otrzymałem w spadku jezioro. Radość czy kłopot? Pojechałem w rodzinne okolice rozejrzeć się, a tam jezior pełno, woda obok wody, nie wiadomo, która moja. Usiadłem na brzegu, na czymś w rodzaju plaży, i wyjąłem z plecaka lornetkę. Nie powinienem, bo już nieraz zobaczyłem przez nią rzeczy, których lepiej było nie oglądać, ale moje oczy źle sobie radzą, bez szkieł. Świat bez nich ma niewiele szczegółów, a w szczegółach właśnie ukryty jest – obok przysłowiowego diabła – cały jego smak.
Najpierw zobaczyłem ptaka. Leciał tuż nad wodą, nie poruszając skrzydłami, a potem nagle wzbił się i uciekł mi z pola widzenia. Poleciał na wyspę, bo jezioro miało wyspę, i tam zniknął między drzewami. Może czuł, że jest obserwowany.
Ja natomiast nie czułem – a byłem, w tej okolicy zwracało się uwagę na obcych, a ja nie należałem do swoich. Przysiadł się ktoś niepozorny, ale z doświadczenia wiem, że z niepozornymi trzeba się liczyć. Wszystko miał szare, i bluzę, i koszulę, i spodnie, buty też miał szare. Na twarzy dużo zmarszczek, gęsta siatka, a właściwie dokładna mapa trosk.
– Wypatruję pan... – rzekł cicho, jakby bał się, że spłoszy widok. – Kiedyś także używałem lornetki, ale jak się ma szczęście, to można go zobaczyć gołym okiem. Kogo zobaczyć? – spytałem zdziwiony.
– Raczej co – uśmiechnął się niepozorny.
Nie miał wątpliwości, że ja dobrze wiem co. Mylił się, rzecz jasna, bo ja nigdy nie udaję, że czegoś nie wiem, już raczej udaję, że wiem, zwłaszcza kiedy mam wątpliwości lub wręcz pustkę w głowie. Tym razem nie miałem nawet pustki – strzępy jakichś myśli latały, myśli czy nastrojów, nic co się da wyrazić słowami. To się zdarza nad wodą, nad morzem zwłaszcza, ale jezioro też potrafi wprawiać mnie w stany nostalgiczne. Ponieważ o nic nie pytałem – najlepszy to sposób, żeby się czegoś dowiedzieć – niepozorny sam zaczął opowiadać.
– Na początku to było, panie, zwyczajne jezioro, woda jak wiele innych w tych stronach. Nie przynosiło zysku, no bo co takie jezioro może przynieść? Żeby coś przyniosło, trzeba mieć pomysł. A skąd się biorą pomysły? Nie zgadnie pan. Z innych pomysłów. Tak jak informacja bierze się z informacji, a nauka z nauki.
– Rzeczywistość też się do tego przydaje – wtrąciłem.
– Rzeczywistość? – skrzywił się. – Ona jest, proszę pana, wtórna. Ona jest jak muzyka – trzeba ją najpierw stworzyć, żeby była.
– Zna pan powiedzenie „teorie mijają, żaba zostaje”?
– Zostaje? – skrzywił się ponownie. – Tego by trzeba wpierw dowieść. Żaba niedowiedziona przestaje być żabą. Bóg jeden wie, czym jest, jeżeli w ogóle jest.
– Jest. Nawet w tym jeziorze.
– Niech sobie będzie. Cóż mnie obchodzi, skoro to nie jest żaba mojego pomysłu? W tym jeziorze jest coś znacznie, znacznie ważniejszego. Bo na początku nic nie było.
– Było podobno słowo.
– A przed słowem? Nie wie pan. Cisza. Na początku była cisza. Ale nie sięgajmy tak daleko, zostańmy przy jeziorze. Pomyślałem sobie, że to jezioro powinno coś mieć. Coś, co zaciekawi i przyciągnie ludzi. Zacząłem myśleć i wymyśliłem potwora. Czyli monstrum.
– Mało oryginalne.
Zależy od potwora. Jeżeli go nie ma, to rzeczywiście mało oryginalne, ale jeżeli jest... Niech pan popatrzy tam, na prawo od wyspy. Popatrzyłem. Nic potwornego, nie było też śladów po potworze. Wiatr marszczył wodę i niebo wyglądało w niej niekorzystnie.
– Schował się za wyspę – rzekł niepozorny. – Nie lubi ludzi z lornetkami. Niech pan odłoży szkła.
Odłożyłem, jak prosił, ale potwór się nie pokazał. Ptaki przysiadały na wodzie, niczego się nie bały. Dzień miał się ku obiadowi, słońce tarzało się w ciepłej wodzie. Niepozorny zdjął szarą marynarkę i podwinął szare nogawki.
– Czy widział go ktoś poza panem? – spytałem.
– Czy ktoś widział? – zawołał. – Tysiące widziały! Jest dokumentacja, są dowody.
– Zdjęcia?
– Rysunki. Na fotografiach źle wychodzi. Myśli pan, że bez niego jezioro miałoby takie powodzenie? Czy przyjeżdżałoby tylu ludzi? Czy bez niego powstałyby w okolicy te dacze, zajazdy, pensjonaty? Czy ziemia osiągnęłaby takie ceny? To wszystko on, potwór.
– Otrzymałem właśnie jezioro w spadku – powiedziałem. – Ale obawiam się, że puste.
– Nie ma sprawy, zasiedlimy. Jezioro bez potwora jest nic niewarte. O! Niech pan patrzy!
On zobaczył – ja nie. Ani gołym okiem, ani przez lornetkę. Przyjechali jacyś ludzie, co najmniej dwie rodziny, i też niewiele zobaczyli.
– Jak wygląda ten potwór? – spytałem.
– Jak potwór – wyjaśnił niepozorny. – Kiedy jest w pełnej gali. Bo na co dzień może wyglądać bardzo zwyczajnie, jak ja albo jak pan.
– Co?! Jak ja?...
Ludzie spojrzeli w moją stronę z zaciekawieniem, a parę osób podeszło bliżej, żeby mnie lepiej obejrzeć.
– On czasem wychodzi z wody – ciągnął dalej niepozorny – siada sobie na brzegu i wdaje się w pogawędkę z ludźmi. Przyjmuje dowolną postać, nawet w konia może się przemienić. Widzi pan tego konia? To może być on. (...)
Spis rzeczy
Szkota tańca
Biust Sokratesa
Urodziny u państwa B.
Curriculum vitae
Bohema
Gazeta
Smutek organizmu
Czas zaprzeszły
Trzeci tom Czechowa Akademia statystów
Czas wody
Dzikie anioły
Odwiedziny o zmierzchu
Harmonia
Studia niższe
Śpiewy poranne
Opowiadanie włoskie
Lęk odległości
Dzwon
Monstrum
Opiekunka
Książę dokładności
Salon opieki
Długi uścisk dłoni
Kobieta tygodnia
Niebo przegranych
Widokówki
Wszyscy chcą spotkać Adama
Odezwa do młodości
Cudzoziemiec
Powiedz słowo
Guwerner
Amfilada
Maty i duży
Przewodnicy
Strażnik pamiątek
Wielkość
Gra na zwłokę
|