Seria: BIBLIOTEKA BABEL

Chinua Achebe
WSZYSTKO ROZPADA SIĘ

(Things Fall Apart)
Przełożyła z angielskiego Jolanta Kozak
Wydanie pierwsze w tej edycji
Edycja zawiera eseje:
Simon Gikandi, Chinua Achebe i wynalezienie afrykańskiej literatury
Don C. Ohadike, Kultura i historia Igbo
wydanie I, oprawa miękka, 246 s.
cena katalogowa 29,90 zł / po rabacie 22,42 zł
ISBN 978-83-06-03207-9

    Uznawana za najważniejszą powieść afrykańską w 2008 roku obchodziła swoje 50. urodziny. Przełożona na 45 języków przyniosła światową sławę autorowi, który w roku 2007 otrzymał prestiżową Man International Booker Prize.
    Słusznie nazywany ojcem literatury afrykańskiej, Achebe opowiada o swoim plemieniu. O czasach spokoju, hołdowania tradycji, które minęły bezpowrotnie. Opowiada o czasach, kiedy to w wiosce pojawili się misjonarze i kolonizatorzy. Biali, którzy narzucili swoją religię, podeptali tradycję.
    Okonkwo jest ambitny i silny. Jego życie jest dobre: ma posłuch u żon, plony u niego obfite, cieszy się powszechnym poważaniem. Kiedy pewnego dnia przypadkowo zabije współplemieńca, już nic nie będzie takie samo. Okonkwo musi opuścić wioskę na siedem lat. Przez ten czas wiele się tam zmieni...
   Achebe o wielkich dramatach opowiada szeptem. Jego proza czerpie z tradycji oralnej, stąd jej pozorna prostota. Wielka książka.

„Afrykańska literatura byłaby niekompletna, czymś wręcz nie do pomyślenia bez książek Chinuy Achebego. Jego pasja, intelekt i krystaliczna proza stanowią niedościgniony wzorzec”.

Toni Morrison

Chinua Achebe (wym. Czinua Aczebe) urodził się w 16 listopada 1930 roku jako Albert Chinualumogu Achebe w wiosce Nneobi, w południowo-wschodniej części Nigerii, rejonie zamieszkanym przez lud Igbo. Od najmłodszych lat fascynował się religią i tradycyjną afrykańską kulturą. Napisał wiele książek, wśród nich powieści No Longer At Ease, A Man of the People, Anthills of Savannah, kilka tomów wierszy i poematów (zebranych w Collected Poems, 2004), wiele rozpraw historycznoliterackich, esejów (wśród nich Home and Exile, 2000; także najnowszy autobiograficzny tom, The education of a British-protected child, 2009), kilka zbiorów opowiadań oraz pięć książek dla dzieci. Otrzymał ponad dwadzieścia tytułów honorowych na uniwersytetach w Anglii, Szkocji, Kanadzie, Afryce, Stanach Zjednoczonych, został nagrodzony Commonwealth Poetry Prize, Nigerian National Order of Merit (najwyższe w Nigerii odznaczenie za pracę akademicką) i Peace Prize of the German Book Trade. W roku 2007 uhonorowano go prestiżową Man International Booker Prize. Margaret Atwood nazwała go magicznym pisarzem, jednym z najważniejszych twórców XX wieku. Od czasu wypadku samochodowego, od 22 marca 1990, sparaliżowany od pasa w dół, porusza się na wózku inwalidzkim. Słoń afrykańskiej literatury. Wcielenie samej Afryki.

fragment

Rozdział jedenasty

Noc była czarna, nieprzenikniona. Księżyc wschodził w ostatnich dniach coraz później, aż wreszcie dał się widzieć dopiero o świcie. A gdy księżyc omijał wieczory i pojawiał się z pianiem koguta, noce były czarne jak węgiel.
     Ezinma siedziała z matką na rozłożonej na ziemi madę. Zjadły właśnie wieczerzę złożoną z jamsowego fufu i zupy z gorzkich liści sileńca. Lampa na olej palmowy dawała żółtawe światło. Bez lampy nie dałoby się jeść - człowiek nie trafiłby do własnych ust w tych ciemnościach. W każdej z czterech chat obejścia Okonkwo płonęła lampa oliwna i każda chata oglądana z wnętrza pozostałych chat przypominała łagodne oko żółtego półświatła, oprawione w szczelną masywność nocy.
    Świat milczał; słychać było tylko piskliwe owady, nieodłączne od nocy, i odgłos ubijania w drewnianym moździerzu, w którym Nwayieke tłukła swoje fufu. Nwayieke mieszkała cztery obejścia dalej i znana była z tego, że późno gotuje. Wszystkie sąsiadki znały odgłos moździerza Nwayieke. On też był nieodłączny od nocy.
    Okonkwo zjadł posiłki przysłane mu przez żony i odpoczywał teraz, wsparty plecami o ścianę. Pogmerał w worku i wyjął flaszeczkę z tabaką. Potrząsnął nią nad lewą dłonią, ale nic się nie wysypało. Postukai buteleczką o kolano, żeby wzruszyć tytoń. Zawsze był ten sam problem z tabaką od Okeke. Bardzo szybko wilgotniała i za wiele miała w sobie saletry. Okonkwo dawno nie kupował tabaki u Okeke. Idigo – ten się znał na mieleniu porządnego towaru. Tylko że ostatnio chorował.
    Stłumione głosy, coraz to przerywane piosenką, docierały do Okonkwo z chat żon: kobiety i dzieci opowiadały sobie ludowe baśnie. Ekwefi siedziała na macie z córką Ezinmą. Właśnie przyszła jej kolej na opowieść.
    – Dawno, dawno temu – zaczęła Ekwefi – wszystkie ptaki zostały zaproszone na ucztę w niebie. Uszczęśliwione, jęły się szykować na ten wielki dzień. Malowały się całe na czerwono drewnem cam i za pomocą uli zdobiły skrzydła w przepiękne czarne wzory.
    Żółw zauważył te przygotowania i szybko odkrył, do czego zmierzają. Nic, co działo się w świecie zwierząt, nie uszło nigdy uwagi Żółwia, który był bardzo przebiegły. Gdy tylko usłyszał o wielkiej uczcie w niebie, na samą myśl o poczęstunku zaczęło go łaskotać w gardle. Panował bowiem w owym czasie głód i Żółw nie najadł się porządnie już od dwóch księżyców. Jego korpus telepał się jak suchy patyk w pustej skorupie. Zaczął więc knuć, jak by tu dostać się do nieba.
    – Ale przecież nie miał skrzydeł – wtrąciła Ezinma.
    – Słuchaj cierpliwie – pouczyła ją matka. – O tym właśnie jest bajka. Żółw nie miał skrzydeł, ale poszedł do ptaków i poprosił je, żeby wzięły go ze sobą.
    „Za dobrze cię znamy – odpowiedziały ptaki. – Jesteś przebiegły i niewdzięczny. Jeśli weźmiemy cię ze sobą, na pewno coś spsocisz”.
    „Wcale mnie nie znacie – odparł na to Żółw. – Zmieniłem się. Nauczyłem się, że kto sprawia kłopoty innym, sprawia je także sobie”.
    Żółw umiał słodko przemawiać, więc po niedługim czasie wszystkie ptaki uwierzyły mu, że się zmienił, i każdy ofiarował mu jedno swoje pióro. Z tych piór Żółw sporządził sobie dwa skrzydła.
    Przyszedł wreszcie wielki dzień i Żółw pierwszy stawił się na miejscu zbiórki. Gdy ptaki zgromadziły się w komplecie, wzbili się do nieba wszyscy razem. Uradowany żółw perorował bez ustanku, frunąc pomiędzy ptakami, prędko też wybrano go na mówcę całej gromady, gdyż był wielkim oratorem.
    Jest jedna ważna rzecz, o której nie wolno nam zapomnieć” – oznajmił podczas lotu. – Goście, zaproszeni na tak wspaniałą ucztę jak ta, przybierają na tę okazję nowe imiona. Nasi gospodarze w niebie na pewno spodziewają się, że uszanujemy ten odwieczny zwyczaj”.
    Żaden ptak nie słyszał nigdy o podobnym zwyczaju, wszystkie jednak wiedziały, że Żółw, chociaż ma swoje wady, jest wielkim podróżnikiem i zna się na obyczajach rozmaitych ludów. Każdy ptak przybrał więc nowe imię. Gdy to uczyniły, także i Żółw nadał sobie nowe miano. Nazwał się Wy Wszyscy.
    Dolecieli w końcu do nieba, a gospodarze powitali ich z radością. Żółw, w swoim wielobarwnym upierzeniu, wystąpił naprzód i podziękował za zaproszenie. Przemawiał tak potoczyście, że ptaki, zadowolone, że go ze sobą zabrały, kiwały tylko głowami na każde słowo. Gospodarze uznali więc Żółwia za króla ptaków, także dlatego, że wyglądał inaczej niż reszta.
    Po ofiarowaniu i spożyciu orzechów kola lud niebiański postawił przed gośćmi najsmakowitsze dania, jakie Żółw kiedykolwiek oglądał, nawet w snach. Zupę wniesiono prosto z ognia, w tym samym garnku, w którym się gotowała. Pełno w niej było mięsa i ryby. Żółw węszył głośno, delektując się zapachami. Podano jamsy tłuczone i jamsy duszone w oleju palmowym ze świeżą rybą. Do tego wiele garnków palmowego wina. Gdy wszystko to stanęło przed gośćmi, jeden z mieszkańców nieba wystąpił naprzód i popróbował po trochu ze wszystkich naczyń. Następnie zaprosił ptaki do jedzenia. Ale Żółw zerwał się na nogi i spytał:
    „Dla kogo przygotowaliście tę ucztę?”.
    „Dla was wszystkich” – odparli niebianie.
    Żółw zwrócił się do ptaków i powiedział:
    „Pamiętacie chyba, że nazywam się Wy Wszyscy. Tutejszy obyczaj nakazuje ugościć najpierw mówcę, a dopiero potem całą resztę. Podadzą wam, jak ja skończę”.
    l wziął się do jedzenia, a ptaki zrzędziły zagniewane. Niebianie uznali, że taki widać panuje u nich zwyczaj, iż całe jedzenie oddają królowi. A Żółw powyjadał wszystko, co najlepsze, wypił dwa garnki palmowego wina i zaraz przytył, wypełniając sobą całą skorupę.
    Wówczas ptaki przystąpiły do dziobania resztek potraw, a także kości, które Żółw porozrzucał po całej podłodze. Niejeden ze złości nie mógł jeść i wolał wrócić do domu z pustym żołądkiem, Zanim jednak odleciały, każdy ptak odebrał od Żółwia pióro, które mu wcześniej pożyczył. I tak Żółw został w swojej twardej skorupie, nadęty od jadła i wina, ale bez skrzydeł, które by go poniosły do domu. Błagał ptaki, żeby przekazały chociaż wiadomość jego żonie, lecz wszystkie odmówiły. W końcu jednak Papuga, rozzłoszczona bardziej od innych, zmieniła znienacka zdanie i zgodziła się wziąć wiadomość dla żony Żółwia.
    „Powiedz mojej żonie – polecił Żółw – niech powynosi przed dom wszystkie miękkie rzeczy i zaścieli nimi całe obejście, żebym nie zrobił sobie krzywdy, jak zeskoczę z nieba”.
    Papuga obiecała dostarczyć wiadomość i odfrunęła. Ale kiedy dotarła do domu Żółwia, kazała jego żonie wynieść przed dom wszystkie najtwardsze rzeczy. Żona powynosiła więc mężowskie motyki, maczety, włócznie, strzelby, a nawet armatę. Żółw przyglądał się z góry krzątaninie żony, nie widział jednak z wysoka, co ona wynosi. Gdy wszystko wyglądało na gotowe – skoczył. Spadał, spadał, spadał, aż przestraszył się, że to spadanie nigdy się nie skończy. A zaraz potem, z hukiem godnym armaty, runął w domowe obejście.
    – I zabił się? – spytała Ezinma.

(...)

zamówienia
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 022 827 01 20
e-mail: handlowy@piw.pl